piątek, 19 kwietnia 2019

Maciej Jarkowiec "Powrócę jako piorun. Krótka historia Dzikiego Zachodu"

Autor: Maciej Jarkowiec
Tytuł: "Powrócę jako piorun. Krótka historia Dzikiego Zachodu"
Wydawnictwo Agora, luty 2018


"W tysiącach szkół w Stanach Zjednoczonych nauczanie historii Ameryki zaczyna się od Kolumba. Obchodzony w drugi poniedziałek października Dzień Kolumba ustanowiony na pamiątkę "odkrycia" Ameryki, jest świętem państwowym. Formalna nazwa stolicy USA to Dystrykt Kolumbii - a więc "ziemi Kolumba".
Amerykanie w przeciwieństwie do Kanadyjczyków nigdy nie przeprosili ani nie rozliczyli się z Pierwszymi Narodami za dziki podój i przymusową cywilizację, jaką im tutaj urządzili. Dzisiaj Indianie to ponad dwa miliony obywateli USA. Około miliona żyje w rezerwatach. Czterech na pięciu mężczyzn nadużywa alkoholu, umieralność noworodków jest ponad trzy razy większa niż wśród reszty społeczeństwa, dochody średnio 13 razy niższe.
Reportaż Macieja Jarkowca zbudowany jest wokół życia i działań Russela Meansa, Indianina z plemienia Lakotów, aktora, celebryty, rozrabiaki, bojownika o prawa indiańskich plemion. 
Pokazuje niechlubne poczynania i pomysły kolejnych władz na zasymilowanie Pierwszych Narodów ze społeczeństwem Stanów Zjednoczonych. Jest to historia grabieży ziem (często przyznanych Indianom kontraktami), masowego wybijania bizonów, aby uniemożliwić dotychczasowy tryb życia, zabierania dzieci i umieszczania ich w specjalnych szkołach, niszczenia wierzeń w imię zasady znasz "zabobon" jest lepszy niż wasz. Jednym słowem historia niechlubna i ciągle nierozliczona. 

"Ze stolicy na Zachód idzie rozkaz, by powstrzymać Taniec Ducha. Wysyłane są dodatkowe oddziały kawalerii. Jeden z urzędników depeszuje: "Radzę pozwolić im tańczyć. Przybycie oddziałów bardzo ich wystraszyło. Gdy Adwentyści Dnia Siódmego gromadzą się w oczekiwaniu na drugie nadejście zbawiciela i wniebowstąpienie, armia Stanów Zjednoczonych nie zostaje zmobilizowana, żeby ich powstrzymać. Dlaczego podobny przywilej nie miałby dotyczyć Indian. Zapewniam, że jeśli oddziały tu pozostaną, niechybnie nadejdą kłopoty". Ale to odosobniony głos."

"1851 Pierwszy traktat z Laramie. USA uznaje wyłączną zwierzchność ludów Czejenów, Lakotów, Dakotów, Arapaho,Wron, Assiniboinów, Mandanów i Arikarów na terenach środkowego i północnego Zachodu. Ustalone zostają granice między ziemiami plemion. Lakoci i Dakoci dostają m.in. Góry Czarne. Indianie gwarantują USA bezpieczny korytarz dla osadników przemierzających szlak oregoński na Zachodnie Wybrzeże." Zarówno ten traktat jak i koleje będą notorycznie łamane. Spór o święte dla Indian Góry Czarne pozostaje nierozstrzygnięty do dzisiaj. 

"Miasteczko powstało jako pierwsza osada nad rzeką Yellowstone. Miało posłużyć za port dla armii toczącej wojny z Indianami. Nazwane zostało ku czci Jamesa Forsytha, generała kawalerii. 
29 grudnia 1980 roku dowodził oddziałem, który wystrzałami z dział zmasakrował niemal 200 lakockich kobiet i dzieci nad potokiem Wounded Knee w rezerwacie Pine Ridge. 
Miast nazwanych imionami bohaterów rozprawy z Indianami są w Stanach dziesiątki. Stoją setki pomników ludzi, którzy mordowali Pierwszych Amerykanów z zimną krwią. Gdy w całym kraju trwa rozbiórka pomników bohaterów Konfederacji, którzy bronili niewolnictwa, monumentów na cześć rzeźników Indian nikt nie tyka."

Polecam!
Moja ocena: 5.5/6

wtorek, 9 kwietnia 2019

Lars Saabye Christensen "Magnes"

Autor: Lars Saabye Christensen
Tytuł: "Magnes"
Wydawnictwo Literackie, październik 2018


Książka norweskiego Autora, którego bardzo lubię. Jednakże w odróżnieniu od wszystkich poprzednich nie zrobiła na mnie ogromnego wrażenia.
Dlatego tylko wklejam poniżej link do recenzji z Wielkiego Buka. 

A to co zostaje ze mną, (z racji miejsca zamieszkania i codziennych doświadczeń) to opis wrażeń bohatera w amerykańskim mieście - mogłoby być o mnie (nie tylko w mieście, praktycznie wszędzie, gdzie są Amerykanie) 😉:
"Stanął i słuchał. Nagle uświadomił sobie hałas. Oczywiście słyszał go już wcześniej, codziennie, odkąd tu przyjechali, ale dopiero teraz ten hałas dotarł do niego w całym swoim okropieństwie i zmienił się w akustyczną świadomość. To nie ruch uliczny mu przeszkadzał, syreny, nawoływania ani muzyka z rozlicznych ghettoblasterów, tylko amerykański śmiech. Nie mógł się do niego przyzwyczaić. Amerykański śmiech nie mieścił się w żadnym znanym repertuarze. Nie był oznaką radości ani wyższości, nie był próbą ukrycia zawstydzenia, nie rozlegał się jako naturalna ulga pod dobrym żarcie czy komicznej scence, którą w filozofii określa się mianem kichnięcia duszy. Amerykański śmiech był przejawem czystej woli, a ponieważ Amerykanie pragną okazywać silną wolę, to był głośny, bardzo głośny. Był eksplozją dokonującą się w twarz i nikt nie wiedział, kiedy może nastąpić."

Moja ocena 4/5


poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Dionisios Sturis, Ewa Winnicka "Głosy Co się zdarzyło na wyspie Jersey"

Autorzy: Dionisios Sturis, Ewa Winnicka
Tytuł: "Głosy Co się zdarzyło na wyspie Jersey"
Wydawnictwo Czarne, luty 2018 

Spojrzenie pary wybitnych reporterów na tabloidową historię, którą żyły media na wyspie Jersey w 2011 roku. Wiadomo, że happy endu nie będzie. Popołudniem 14 sierpnia 2011 roku Damian Rzeszowski zaszlachtował nożami teścia, żonę i dwójkę dzieci oraz przebywającą w odwiedzinach przyjaciółkę z córką. Potem sam zadał sobie kilkanaście ciosów, ciężko ranny trafił do szpitala, ale został odratowany i stanął przed sądem. W procesie sędzia skazał go na 30 lat pozbawienia wolności w więzieniu o zaostrzonym rygorze. Damian został uznany za niepoczytalnego w chwili popełnia czynu, dlatego skazano go za zabójstwo, a nie morderstwo. Mógłby więc wyjść na wolność po odbyciu kary. To się jednak nie stanie, bo skazany odebrał sobie życie 31 marca 2018 roku. Reporterzy zabierają nas na salę sądową, gdzie rozgrywa się batalia psychiatrów o stan umysłowy oskarżonego. Wiadomo, że zabił. Adwokaci przyjmują linię obrony o słyszanych głosach, niepoczytalności, silnej depresji. Powołani na świadków psychiatrzy w większości przychylają się do tej wersji. Tylko jeden lekarz jest odmiennego zdania i twierdzi, że Damian dokładnie wiedział, co robi. Mnie akurat on przekonał, ale ława przysięgłych nie dała mu wiary. Ewa Winnicka już w reportażu Był sobie chłopczyk pokazała, że ma wybitną umiejętność nakreślania szerszego tła sytuacji. Tutaj szczególnie zwraca uwagę na problem imigracji Polaków. Pisze między innymi o tym, że polska imigracja podzielona jest na imigrację A i B. A to ludzie wykształceni, znający języki, często wyjeżdżają, na z góry zaplanowane kontrakty, zapisują dzieci do lokalnych szkół i szybko się integrują. Imigracja B to Polacy przeważnie ze słabym wykształceniem, emigrujący z regionów, w których załamał się przemysł, często nieznający języków. Zdarza się, że dzieci zostają w Polsce, a tylko rodzice pracują za granicą. Bardzo często są to ludzie nieznający swoich praw, których dotyczy kryzys finansowy, a to "prowadzi do stanów lękowych i halucynacji". Zdarza się, że Polacy nie rozumieją też kodów kulturowych, inaczej się ubierają, inaczej wyglądają, nie odnajdują się w społeczeństwie wielokulturowym. Ograniczenia w znajomości angielskiego (albo brak statusu rezydenta - który np. na Jersey dostaje się po 5 latach dopiero, pod warunkiem spełnia surowych wymogów), uniemożliwia im dostęp do pomocy psychologicznej. Szokujące jest to, że ludzie wyjeżdżają gdzieś i zupełnie nie orientują się w sytuacji kraju, w którym mieszkają. Cytowana w reportażu "Barbara Drozdowicz, szefowa East European Resources Center - organizacji pomocy dla migrantów z Europy Środkowej - mówi, że wielu obywateli polskich nie ma świadomości, że Wielka Brytania opuszcza Unię Europejską. Nie słyszeli o brexicie."
Drugim ważnym tłem jest oczywiście rodzina Damiana. Okazuje się, że była przemocowa. Empatia chyba też nie była tam zbyt mocną stroną, skoro rodzice Damiana nie pofatygowali się na pogrzeb synowej i wnucząt, bo zajęci byli pilnowaniem, żeby im nie przepadło mieszkanie.
Według naszej obecnej władzy w polskich rodzinach nie ma kwestii przemocy, to wszystko to tylko lewackie wymysły. Tymczasem "według statystyk ogłoszonych przez policję w 2017 roku kobiety z Polski stanowiły jedną czwartą wszystkich ofiar przemocy domowej w Wielkiej Brytanii. Następne na liscie były Albanki. Tylko w pierwszych pięciu miesiącach 2018 roku w samym północnym Londynie zginęły cztery Polki. Zostały zamordowane przez swoich polskich partnerów."
To mówi samo za siebie!


Polecam!

Moja ocena: 5/6

wtorek, 26 marca 2019

Joanna Kuciel-Frydryszak "Służące do wszystkiego"

 

Autorka: Joanna Kuciel-Frydryszak
Tytuł: "Służące do wszystkiego"
Wydawnictwo Marginesy, październik 2018

Mało jest po nich pamiątek, zdjęć, eksponatów w muzeach, mimo że, było ich bardzo, bardzo wiele - służące. Historia niań, kucharek, sprzątaczek, albo po prostu kobiet do wszystkiego, które żyły razem z rodzinami, harowały od rana do wieczora, bez dłuższych urlopów i dni wolnych, traktowane przeważnie jak podludzie, z sypialniami urządzonym pod schodami, w łazienkach, albo kuchniach, często głodne, bez prawa do kąpieli, czy nawet korzystania z umywalki, wyrzucane na bruk na starość, mimo wielu lat przepracowanych u państwa z pełnym oddaniem. Historia polskiego niewolnictwa, taki podtytuł mógłby nosić ten reportaż.
Znakomita większość służących pochodziła z wiejskich, przeraźliwie biednych rodzin. Już jako małe dzieci były podrzucane na służbę do państwa, a potem gdy tylko mogły, jechały w świat. Rozwijające się miasta przyciągały, marzące o  lepszym losie, wiejskie dziewczyny. I często nawet najpodlejsze warunki u państwa były lepsze niż to, co miały w domu. Uciekały od opresyjnych ojców i przed małżeństwami, które prowadziły tylko do większej harówki i większego upodlenia. Przybywało ich do miast bardzo dużo. Rozpaczliwie potrzebowały zatrudnienia, więc zgadzały się na wszystkie proponowane warunki bez mrugnięcia okiem. Młode i naiwne, przeważnie analfabetki, marzące o królewiczach, którzy odwróciliby ich marny los, były łatwym łupem różnorakich cwaniaczków i oszustów. Spora część służących kończyła jako prostytutki. Powszechnym zwyczajem było zwalnianie służby na okres wakacji. Dziewczyny pozostawały bez pracy i domu. Jeśli nie miały u kogo się zatrzymać, często kończyły na ulicy. Z czasem zaczęły powstawać organizacje pomocowe, przeważnie kościelne, oferujące dwutygodniowe, darmowe noclegi i wyżywienie, pozwalające na znalezienie nowej pracy. Dziewczyny mogły też w tych stowarzyszeniach odkładać drobne kwoty, które zapewniały im utrzymanie na starość.
Są też historie o służących, które stały się niemalże częścią rodziny i pozostawały pod jej opieką, gdy same już nie mogły pracować, ale to zdecydowanie wyjątki. 
Reportaż Joanny Kuciel-Frydryszak przytacza wzruszające dowody ogromnego przywiązania służących do swoich pracodawców: wyprowadzanie z getta, ukrywanie podczas wojny, ratowania dzieci. Ale wymowa całej pracy jest gorzka. Mieszczaństwo uważało służące za podludzi, bez prawa do czasu wolnego i odrobiny prywatności. Często nawet bez prawa do własnego imienia. Standardem było wołanie na wszystkie bez wyjątku służące Marysia, bo akurat do takiego imienia państwo przywykło. Próby regulacji stosunków pomiędzy służbą i pracodawcami były wyśmiewane i długo w tym temacie nic się nie działo. Wielkie panie nie wyobrażały sobie, że miałby samodzielnie iść na zakupy i ugotować obiad.
Rozdziały w reportażu przeplatane są cytatami z poradników dla służby domowej. Dziś mogą budzić tylko żenadę i niedowierzanie, ale kiedyś wyznaczały niewolnicze standardy pracy wielu tysięcy młodych dziewczyn. 

Doskonała lektura!
Polecam!

Moja ocena: 6/6

poniedziałek, 18 marca 2019

Łukasz Pilip "Podwórko bez trzepaka. Reportaże z dzieciństwa"



Autor: Łukasz Pilip
Tytuł: "Podwórko bez trzepaka. Reportaże z dzieciństwa"
Wydawnictwo Agora, luty 2019

Reportaże dobitnie pokazujące, że dzieciństwo nie zawsze jest beztroskie, a dzieci muszą mierzyć się z sytuacjami wobec których często dorośli są bezradni. Bardzo szeroki zakres tematów: opieka nad śmiertelnie chorymi rodzicami, wszelkiego rodzaju rodziny dysfunkcyjne i patologiczne, autyzm, prawo do prywatności osoby niepełnoletniej i wiele, wiele innych. Wszystkie mocno emocjonalne. 

Moja ocena: 4/6 

czwartek, 7 marca 2019

Maciej Zaremba Bielawski "Dom z dwiema wieżami"

Autor: Maciej Zaremba Bielawski
Tytuł: "Dom z dwiema wieżami"
Wydawnictwo Karakter, grudzień 2018


Zachwyt i wzruszenie. 
Polski dziennikarz, żyjący w Szwecji, mierzy się już po śmierci rodziców z historią ich życia. Spotkali się w gabinecie Oskara - sławnego polskiego psychiatry w 1946 roku, rozstali w marcu 1968, kiedy matka, w połowie Żydówka, zdecydowała się opuścić wraz z dziećmi Polskę. 
Autor próbuje odkryć i zrozumieć najboleśniejsze momenty ich życia, okryte milczeniem, schowane na zawsze. Zestawia ze sobą ich wojenne przeżycia - tak dalece od siebie różne. Matka przez całą wojnę uciekała i walczyła o przetrwanie. Nieprawdopodobne zbiegi okoliczności i przypadki doprowadziły do tego, że właśnie jej się udało. Ojciec z kolei był więźniem oflagu, czyli obozu jenieckiego dla oficerów, więc przeżył wojnę w zasadzie w komfortowych warunkach. Czy ich związek mógł się udać? To pytanie bez odpowiedzi. Zdeterminowana do granic możliwości, bezwzględna w oczekiwaniach kobieta, która postanawia zostawić swoje żydowskie korzenie w przeszłości. I mężczyzna, który stara się jak może, podejmuje wiele wyrzeczeń w imię miłości, ale nie zna demonów wybranki.

"Lila niemało ma do zapomnienia. Nie tylko swoje imię i nazwisko. Gdy idą razem, potrafi nagle wyszeptać: "patrz, tam jest miejsce na czworo." Wypatruje kryjówek, poddaszy, ciężkich gdańskich szaf, ziemianek z ledwie widocznym wejściem. Wtedy Oskar, słynny psychiatra, mówi "Musisz przestać tak myśleć. Zabraniam ci."
Teraz jestem prawie pewien, że ten majowy dzień 1946 roku to musiał być jedyny raz, gdy ona opowiadała. Przez dwie, może trzy godziny a potem już nigdy. 
Może istnieję dzięki temu milczeniu. Gdyby opowiedziała więcej, on mógłby dostrzec jej otchłań i zląc się. To najgorsze i tak by zataiła. Kobiety tak robią i słusznie: nikt nie jest panem własnej wyobraźni. Jednak on by się domyślał, a od tych obrazów już nie można się uwolnić. Więc gdy ona budzi się z krzykiem, on nie pyta, co jej się śniło, tylko ją obejmuje i cicho jej śpiewa. Tak to musiało być. Wybierają życie w teraźniejszości. Oskar nie dowie się, że to spojrzenia Polaków były najbardziej niebezpieczne dla ukrywającej się Żydówki. Przypuszczalnie nie opowiada mu nawet o gettach ławkowych. Nie chce być ofiarą. Chce być nieponiżona. Jak on. Urodzi polskie dzieci, z tarczą herbową i świadectwem chrztu. Oskar nigdy nie dowie się, że aby przeżyć, zostawiła swojego ojca. W imię mojej przyszłości musi pozostać sama ze swoją winą." 


A historia ich życia wydarza się  w Polsce, kraju szalejącego antysemityzmu. 

"Polski antysemityzm, tak należy mówić. Nie antysemityzm w Polsce. Zupełnie własna paranoja, uszyta na miarę dla Polski. Ekstremalnie odporna na zużycie. Przeżywa, jak się okazuje, w każdych warunkach, nawet bez Żydów. Tak dopasowana, że musiała powstawać w laboratorium."

"Niewiele tego na tożsamość, być negatywem fanatyzmu. Szczególnie trudno być anty-czymś, czego już nie ma. I trochę niewygodnie, kiedy się pomyśli, jak i dlaczego zniknęło. Ale nic na to nie poradzisz. Gdyby transport polskich endeków wysadzić na bezludnej wyspie, zaczęliby kopać palmy w przekonaniu, że to przebrani Żydzi. Albo tropić Semitów we własnym gronie. Bez negatywu z garbatym nosem Polacy spod znaku Dmowskiego są jak pijane dzieci we mgle." 

Piękna i poruszająca biograficzna opowieść jednego z najlepszych polskich reporterów. Perełka!
Gorąco polecam!

Moja ocena: 6/6

czwartek, 14 lutego 2019

Ian McEwan "Pokuta"


Autor: Ian McEwan
Tytuł: "Pokuta"
Wydawnictwo Albatros, maj 2018

Droga do lektury "Pokuty" była pokrętna: bohaterka "Morderstw w Somerset" - redaktorka, wymienia ją, jako jedną z książek, która odmieniła jej życie. Historia jest znana głownie z filmu z 2007 roku, nakręconego na podstawie tej powieści. 
W 1935 roku 13-letnia Briony widzi przypadkowo swoją starszą siostrę Cecilię w intymnej, dziwnej sytuacji z synem ogrodnika - Robbim. W czasie tego upalnego lata wiele się dzieje w angielskiej, wiejskiej rezydencji: do domu przyjeżdża starszy brat Leon, wraz z przyjacielem, kuzyni bliźniacy i kuzynka, których matka uciekła do Paryża z kochankiem. Briony ze swoją bujną wyobraźnią i pasją pisarską oraz dramaturgiczną zamierza wystawić sztukę. Porzuca jednak swój pomysł, gdyż próby, "aktorzy", główna bohaterka znacznie odbiegają od jej wyobrażeń. Wieczór ostatecznie i tak jest stracony, gdyż bliźniacy postanawiają uciec, a ich siostra zostaje zgwałcona. Trzynastoletnia dziewczynka jest jedynym świadkiem wydarzeń, ostatecznie swoimi zeznaniami posyłając do więzienia niewinnego człowieka. Rodzina zostaje rozbita, potem wybucha wojna, a Briony pracuje jako pielęgniarka w szpitalu. Zdaje sobie sprawę, że jej zeznania zniszczyły życie wielu osób. Jako dorosła kobieta, pisarka tworzy kolejne wersje powieści, które mają ją przybliżyć do prawdy, co wydarzyło się tamtego dnia. 
Dla mnie to przede wszystkim fantastyczna opowieść o istocie rzeczy. O tym, co naprawdę widzimy, naprawdę słyszymy oraz o tym, co wydaje nam się, że widzimy i wydaje nam się, że słyszymy. Przypadek Briony, trzynastoletniej dziewczynki w okresie dorastania, z wielkimi emocjami, z ogromną, wybujałą wyobraźnią tylko dobitniej pokazuje, jak bardzo możemy się mylić w swoich osądach. Zresztą Robbie i Cecilia, poszkodowani kochankowie, też mają swoją własną nieprawdziwą wersję wydarzeń, opartą na dopowiedzeniach. Bo to niestety zmora nas wszystkich, nieumiejętność oddzielenia faktów, sytuacji, które po prostu są, jakie są od tego, co do nich dopowiadamy. Dodajemy treści i znaczenia, których najczęściej nie ma, tworząc swoje fałszywe przekonania. 
Mistrzostwo Autora polega na tym, że stopniowo wciąga nas w emocje i przeżycia wszystkich bohaterów. Patrzymy ich oczami. Widzimy jak Briony składa swoje zeznania, ale także proces jak się w nich utwierdza, albo raczej jak utwierdza się w nich w jej otoczenie (rodzice, policja, sędziowie) - z wygody, z potrzeby szybkich odpowiedzi i nie pozwala bohaterce na refleksję. Koło się zamyka. Ostatecznie nastolatka już sama nie wie czy widziała, czy sobie dopowiedziała. Briony, jako dorosła kobieta, zdaje sobie sprawę z krzywdy, jaką wyrządziła. Pragnie odkupić swoją winę, ale pytanie czy to w ogóle jest możliwe. 
Piękny język, głębokie emocje, polecam!

Moja ocena: 4,5/6

piątek, 1 lutego 2019

Wiesław Myśliwski "Ucho Igielne"

Autor: Wiesław Myśliwski
Tytuł: "Ucho Igielne"
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, październik 2018 


"Uwierzyć w życie, jakaż to trudna wiara, jeśli się nad tym zastanowić. Może dlatego, że z pozoru prosta, zwyczajna, pospolita. A jednak to najtrudniejsza z wiar. Tym bardziej, że są tylko dwie perspektywy życia: młodość i starość. Kiedy człowiek jest młody, nie wierzy, że będzie stary, a gdy jest stary, nie wierzy, że był młody."


Wiesław Myśliwski to kolejny polski Autor, z którego prozą koniecznie muszę się zapoznać. I to jest jedno z moich wyzwań na ten rok. Jakiś czas temu przymierzałam się do lektury "Widnokręgu", ale ktoś mi powiedział, że jestem za młoda, że do jego twórczości, przemyśleń trzeba dorosnąć. To było około dwunastu lat temu i myślę, że "za młoda" już straciło na aktualności. Poza tym zapałałam uwielbieniem do Autora po wywiadzie w Magazynie Książki.Mądry, bezpretensjonalny, nie silący się na górnolotne frazy i dodawanie znaczenia, tam gdzie go nie ma, niepopularnie w dzisiejszych czasach niewypowiadający się na tematy, na których się nie zna i nie dotyczą pisania. Kilkadziesiąt lat w związku z jedną kobietą, uznający miłość za coś najważniejszego, co się człowiekowi może przytrafić.

"Miłość też może się nie spełnić, ona prostu może nie zaistnieć, i to jest przypadek bohatera "Ucha Igielnego". Ale jest w człowieku coś takiego, co każe mu wierzyć, że marzenie się ziści. I on będzie czekał na tę miłość wbrew rozsądkowi i nadziei."

"Ucho Igielne" to zmierzenie się Autora z czasem i własną pamięcią, spotkanie starości i młodości. W jednej z ostatnich scen bohater siedzi ze swoimi kolegami na uroczystościach rocznicowych szkoły, do której razem chodzili. Wszyscy troje wspominają wspólne mieszkanie na stancji z trzema innymi uczniami. Dochodzi do kłótni i niemalże rękoczynów, gdy zaczynają spierać się o fakty. Każdy jest przekonany, że było tak a nie inaczej, że jego wersja jest prawdziwa a pozostali zapomnieli. 
W "Uchu Igielnym" wszystko się przeplata. To co jest teraz, z tym co było, a właściwiej powiedzieć z tym, co wydawało się, że było. Autor kilkakrotnie zastanawia się czy opowiadamy, o tym co się wydarzyło, czy za każdym kolejnym razem snujemy tak naprawdę inną opowieść. Pamięć i czas nieustanie nas zwodzą. 

"Głowy nie dam, czy to było potem czy przedtem. Nie ma to zresztą większego znaczenia. Mogły mi się czasy zamienić. Czas lubi się tak nieraz zamienić z innym czasem. Czas jest chytry jak lis, a bywa i złośliwy. Potrafi płynąć w tę i zarazem przeciwną stronę. A tylko nam się wydaje, że zawsze płynie razem z nami i nasze życie wyznacza mu granice. Nic bardziej błędnego. Ciągnie nas, gdzie chce. I w tył, kiedy nas nie było, i w przód, kiedy nas nie będzie. Bawi się nami wiedząc, że i tak nic nie możemy. Człowiekiem nietrudno się bawić".

Bardzo piękna i mądra książka, zmuszająca do myślenia, a momentami wzbudzająca niepohamowane wybuchy śmiechu! Doskonała!

Moja ocena: 6/6



piątek, 25 stycznia 2019

Olga Tokarczuk "Księgi Jakubowe"

Autorka: Olga Tokarczuk
Tytuł: "Księgi Jakubowe"
Wydawnictwo Literackie, październik 2014

Zarzekałam się, że nie przeczytam. Nie zamierzałam i już. Nawet po tym, jak książka otrzymała Nike w 2015 roku. Ale po spotkaniu z Olgą Tokarczuk w Bostonie stwierdziłam, że podejmę wyzwanie, że warto spróbować zapoznać się z najnowszą prozą jednej z najbardziej rozpoznawalnych polskich pisarek, odświeżyć też stare lektury i generalnie być na bieżąco, żeby wiedzieć, za co poniektórzy Autorkę wyklinają. I fantastycznie, że takie postanowienie poczyniłam. 
Bo "Księgi Jakubowe" to powieść totalna, wszechogarniająca, lektura, w którą człowiek wpada i się zatapia, ciężko jest skupić myśli na innych tematach. I tak się podróżuje przez 1000 stron ("siedem granic, pięć języków i trzy duże religie").
Dobrze, że dużo tego druku, bo wątków jest tyle, że przy stronie nr 200 ma się wrażenie, że akcja dopiero się zaczyna. Wiele warstw, wielu bohaterów, wiele historii. Wszystko spaja razem Jakub Frank, żydowski, samozwańczy mesjasz, który w drugiej połowie XVIII wieku namówił tysiące żydów do przyjęcia chrztu. Jak powiedziała Autorka: "najbardziej nieprawdopodobne w tej historii jest to, że naprawdę się wydarzyła". Narrację w książce prowadzi kilka osób. Min widzimy świat z perspektywy Jenty - babki, która miała umierać, ale nie umiera.
Połknęła zapisany amulet i teraz nie wiadomo, w którym ze światów przebywa. Ma jednak szerszą perspektywę niż większość bohaterów, a przez to i my więcej wiemy. Mentor Jakuba i jego najwierniejszy, najbardziej naiwny (?) wyznawca Nachman prowadzi zapiski z życia Pana (jak wierni nazywają Jakuba), zatytułowane "Resztki" i stara się w nich opisać drogę, wierzenia, nauczania, historię frankistów czyli antytalmudystów. Ksiądz Chmielowski w osobnym wątku próbuje stworzyć encyklopedię wiedzy uniwersalnej, która obejmowałaby porady dla wszystkich i stała na półce w każdym domu. Jest jeszcze Antoni Kossakowski czyli Moliwda - barwny ptak, który trochę frankistom pomaga, ale tak naprawdę ustawia wszystko pod siebie - typ cwaniaczka, który zawsze unosi się na powierzchni (to moja interpretacja). I kobieta czołg - hrabina Kossakowska - prototyp amerykańskiego lobbysty - nie ma opcji, że się nie da. Jeżeli coś postanowiła, to uda się to przeforsować.  A poza tym dziesiątki innych różnorodnych, świetnie i pełnie nakreślonych postaci. 

"Księgi Jakubowe" to proza wielowarstwowa, ogrom tematów do dyskusji i interpretacji. Mnie szczególnie podobał się proces powstawania i upadku mesjasza, używając górnolotnego określenia. Człowiek niegłupi, można powiedzieć inteligentny, ale bez przesady, prosty w obyciu i usposobieniu, za to z brawurą wypisaną na twarzy, wielką pewnością siebie, znajduje ludzi, którzy zaczynają w nim widzieć przewodnika. Stopniowo sam nabiera pewności, że jest stworzony do przywództwa, zagłębia się w "nauki", wysłuchuje starszych, nabiera mocy, robi dużo szumu wokół siebie, aż któregoś dnia okazuje się, że to mesjasz. Prowadzi wystawny i głośny tryb życia, zarówno prawdziwe historie o nim i jak i plotki, zaczynają mutować, żyć własnym życiem i trafiają w świat. Dużo szumu, mało treści. Taki osiemnastowieczny celebryta. Coraz więcej ważnych osób chce go poznać, bo być może warto. Jakub Frank zdecydowanie budzi ciekawość. Bohater oczywiście z tego korzysta, wszystko niby dla nowej wiary i lepszej przyszłości wiernych. R
zeczywiście, niektórym się powiodło. Jako konwertyci na katolicyzm otrzymywali często tytuły szlacheckie. Ale generalnie byli wyklęci przez swoich jako zdrajcy, a katolicy patrzyli na nich podejrzanie. Sam Jakub z życia korzystał  jak mógł: mesjasz mesjaszem, ale rozwiązłość seksualna, materialne zbytki, najlepsze, najdroższe jedzenie i alkohole za czasów dobrobytu były na porządku dziennym. Pieniądze oczywiście pochodziły od wiernych (nie zawsze świadomych, na co dokładnie płacą). Ciekawe jest to, że mesjasz przecież sam się nie kreuje. Tworzą go ludzie, którzy w niego wierzą. W zwykłym kichnięciu wyznawcy Jakuba nie dostrzegali przeziębienia, tylko znak od Boga (to oczywiście mój skrót myślowy). Z czasem bohater popadł w niełaskę, najwierniejsi wyznawcy rozpierzchli się po świecie, a młodzież, która przyjeżdżała na nauki i szkolenia, widziała w coraz starszych frankistach już tylko grupę żałosnych starców. 

"Księgi Jakubowe" są pięknie wydanie. To jedna z tych książek, którą naprawdę powinno się mieć w wersji papierowej. Podzielona na księgi, z licznymi rysunkami i mapami, z odwrotną numeracją stron. "Inna numeracja ksiąg zastosowana w tej książce jest ukłonem w stronę ksiąg pisanych po hebrajsku. A także przypomnieniem, że każdy porządek jest kwestią przyzwyczajenia." 

Bardzo, bardzo polecam!

Moja ocena: 6/6


środa, 2 stycznia 2019

Mary Beard "Kobiety i władza. Manifest"

Autorka: Mary Beard
Tytuł: "Kobiety i władza. Manifest"
Dom wydawniczy Rebis, wrzesień 2018
"Chcę wyjść od początków zachodniej literatury i pierwszego zapisanego w niej przypadku mężczyzny każącego kobiecie się „zamknąć”, mówiącego, że nie może ona zabierać głosu publicznie. Mam na myśli chwilę uwiecznioną w Odysei Homera, prawie trzy tysiące lat temu.
Skłonni jesteśmy dzisiaj uważać to arcydzieło za epicką opowieść o Odyseuszu, jego przygodach i tarapatach, w jakie wpadał, wracając po wojnie trojańskiej do domu, gdy tymczasem jego żona Penelopa latami wiernie na niego czeka, opierając się nachalnym zalotnikom. Odyseja jest jednak w równym stopniu historią Telemacha, syna Odyseusza i Penelopy, historią jego dorastania i tego, jak w toku narracji zmienia się z chłopca w mężczyznę. Proces ten rozpoczyna się w pierwszej pieśni, kiedy Penelopa schodzi na dół, do wielkiej sali pałacowej i słyszy, jak aojda śpiewa dla tłumu jej zalotników o przeszkodach, które muszą pokonać greccy bohaterowie w drodze do domu. Nie podoba jej się ten przygnębiający temat i w obecności wszystkich prosi go, by wybrał inny, pogodniejszy. Wtedy wtrąca się młody Telemach: „Matko moja (…), wracaj do siebie i pilnuj swojej roboty, krosien i kądzieli (…). Słowo do mężów należy, a ze wszystkich do mnie najbardziej, bo moja władza w tym domu”. I Penelopa wraca na górę. Trochę śmieszne, że mający jeszcze mleko pod nosem chłopiec ucisza rozumną, dojrzałą kobietę. Scena ta dobrze pokazuje, że już u zarania kultury zachodniej, kiedy pojawiają się jej źródła pisane, kobiecego głosu w sferze publicznej nie słychać."

Anthony Horowitz "Morderstwa w Somerset"

Autor: Anthony Horowitz
Tytuł: "Morderstwa w Somerset"
Dom Wydawniczy Rebis, wrzesień 2017

Kolejny kryminał w krótkim czasie. 
Z dwóch powodów: pilnej konieczności wciągającej ale niezbyt wymagającej lektury oraz tego, że "Pogrzeb na zamówienie" tego Autora bardzo mi się podobał. Jest jednak jasna wskazówka, że nastąpił przesyt kryminałów i błyskotliwych detektywów, mianowicie gromki śmiech w kluczowym momencie oglądania filmu "Morderstwo w Orient Expressie". Teraz czekam już tylko na Annę Kańtoch i poza tym już nic kryminalnego nie wyszukuję, nawet gdy będę potrzebować pilnie lektury, łatwej i przyjemnej. 

Susan, redaktorka z londyńskiego wydawnictwa, współpracująca z Alanem Conwayem, autorem kryminałów, otrzymuje jego najnowszą powieść, w której brakuje jednak kilku ostatnich stron. Szybko okazuje się, że są one kluczowe nie tylko dla rozwiązania zagadki w książce, ale także tragicznych wydarzeń, dziejących się świecie rzeczywistym. Susan sama musi zamienić się w detektywa. Mamy więc kilka morderstw, dużą grupę potencjalnych sprawców, bo okazuje się, że całkiem sporo osób miało powód do uśmiercenia nieszczęśników i kilka godzin zajmującej lektury!

"Postanowiłam pobawić się w detektywa, a jeśli jest coś, co łączy wszystkich detektywów, o których czytałam, to ich nieodłączna samotność. Podejrzani się znają - często bywają grupą przyjaciół albo rodziną. Detektyw zaś zawsze przychodzi z zewnątrz. Zadaje niezbędne pytania, ale nie stara się zawrzeć bliższego związku z rozmówcami. Nie ufa im, a oni się jego obawiają. Jest to relacja oparta na podstępie, zatem z definicji prowadząca donikąd. Gdy w końcu zabójca zostaje zidentyfikowany, detektyw odchodzi i nigdy nie powraca. W dodatku wszyscy się z tego cieszą."

"To właśnie jest szczególną cechą kryminału, powodem, dla którego zajmuje on specyficzne miejsce w panoplii gatunków literackich: wytwarza jedyną w swoim rodzaju więź z czytelnikiem.
W kryminałach zawsze chodzi o prawdę - ni mniej, ni więcej, tylko o prawdę. W swiecie pełnym spraw niepewnych trudno o bardziej satysfakcjonujące doświadczenie, niż rozwiązanie zagadki, rozpisane tak starannie, że nie brakuje kropki nad żadnym "i" ani daszka w żadnym "t". Literatura naśladuje doświadczenie życiowe - trwamy w napięciu, w dwuznacznych sytuacjach, które przez pół życia staramy się rozwikłać, i pewnie dopiero na łożu śmierci zdołamy poczuć, że w końcu wszystko to ma jakiś sens. Tymczasem dobry kryminał zawsze dostarcza nam to poczucie spełnienia." 

Polecam!!!
Moja ocena: 5/6

Durian Sukegawa "Kwiat wiśni i czerwona fasola"

Autor: Durian Sukegawa
Tytuł: "Kwiat wiśni i czerwona fasola"
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, październik 2018

Biorąc pod uwagę mój cynizm, to chyba nie była jednak książka dla mnie. Ciekawa, mądra itd., ale podsumowałabym ją następująco: taki japoński Paulo Coelho, co nie jest niestety komplementem, w moich ustach. Chociaż nie zaprzeczam, że przeczytałam większość jego książek i swego czasu bardzo mi się podobały. 
Ale ponieważ od kilku lat w mojej facebookowej bańce jest profil "Zdelegalizować coaching i rozwój osobisty" oraz z wiekiem (przynajmniej u mnie) rośnie też gwałtownie poziom cynizmu i złośliwości (tak jeszcze bardziej) 😊 to mądrości objawione i powtarzane do znudzenia motywacyjne bon moty już tylko mnie śmieszą. 
Ale książkę polecam, bo może się jednak podobać. Zachwyca się nią chociażby Jarosław Czechowicz z bloga Krytycznym Okiem.
I jego recenzja zdecydowanie zachęca do lektury. 

Moja ocena: 3,5/6


środa, 19 grudnia 2018

Robert Galbraith (J.K. Rowling) "Zabójcza biel"

Autor: Robert Galbraith (J.K. Rowling)
Tytuł: "Zabójcza biel"
Wydawnictwo Dolnośląskie, listopad 2018

Nie ma co udawać, że kryminały to nie jest marnowanie czasu, jest (!!!) ale jakże przyjemne!!! Tym bardziej, że chodzi o J.K. Rowling i kolejne zmagania Cormorana Strika i jego partnerki Robin. Jak to się wyśmienicie czyta!!! A dodatkowo czytelnik wie już od dawna, że bohaterowie są dla siebie stworzeni i czeka, kiedy w końcu padną sobie w ramiona. 😆 Autorka nie jest jednak łaskawa dla naszej niecierpliwości... i więcej zdradzać nie będę. Czwarta część kończy się tak, że nie wyobrażam sobie, żeby miało nie być następnej, więc pozostaje pytanie, kiedy piątka trafi do księgarń. W "Zabójczej bieli" agencji detektywistycznej Cormorana Strika wiedzie się już całkiem nieźle, detektyw nie może narzekać na brak zleceń, zatrudnia kilku pracowników i bez przerwy jest w akcji. Do jego pokoju przychodzi chory psychicznie mężczyzna i mówi, że wiele lat temu widział jak zamordowano i pochowano dziecko. Agencja dostaje też zlecenie od jednego z ministrów na szukanie materiałów obciążających jego przeciwników politycznych. Zahaczamy o kręgi władzy, rodzinne tajemnice i pranie brudów, a w połowie książki jedna z głównych postaci popełnia samobójstwo (?). Cormoran i Robin próbują powiązać ze sobą różne wątki, działają pod przykryciem, podążają za podejrzanymi, analizują dane, żeby nas w końcu oświecić, o co chodzi. A nie jest z tym łatwo. Autorka zagmatwała wszystko po mistrzowsku! 
Oprócz prób odgadywania, kto jest przestępcą i jakie ma motywy, w tej części dużo też przyglądamy się osobistym perypetiom bohaterów. Robin rok temu wyszła za swojego kolegę z lat szkolnych - Matthew, ale jej małżeństwo, mimo krótkiego stażu, przeżywa głęboki kryzys. Cormoran wchodzi w przygodne związki, z których stara się jak najszybciej wyplątać, gdy tylko okazuje się, że druga strona za bardzo się przywiązuje. A do tego my wiemy, a oni nie, że są w sobie zakochani... ehhh... i tak to się toczy. 😍

Polecam!
Fantastyczna, wciągająca rozrywka!

Moja ocena: 5.5/6






piątek, 14 grudnia 2018

Marta Madejska "Aleja Włókniarek"

Autorka: Marta Madejska 
Tytuł: "Aleja Włókniarek"
Wydawnictwo Czarne, sierpień 2018 



Tytuł książki o Łodzi Marty Madejskiej "Aleja Włókniarek" w dwóch słowach pokazuje czym, a raczej kim to miasto było od zawsze. Było kobietą! Jest to bezpośrednie nawiązanie do nazwy jednej z największych łódzkich arterii komunikacyjnych: Alei Włókniarzy. Włókniarzy, w formie męskiej, mimo, że praktycznie od samego początku rozwoju przemysłu włókienniczego w Łodzi, to kobiety stanowiły w nim większość zatrudnionych. Od niedawna byłe włókniarki mają w Manufakturze (ogromne, modne centrum handlowo - rozrywkowe w zrewitalizowanej fabryce Poznańskiego) swój plac: Rynek Włókniarek Łódzkich. I tyle! Jest jeszcze Marta Madejska, która z dostępnych skrawków próbuje pozbierać i poskładać, co się da, żeby oddać hołd niemym tłumom łódzkich robotnic. 
Wyprowadziłam się z Łodzi 6 lat temu, ale minimum raz w roku staram się przyjeżdżać. Za każdym razem nie mogę się nadziwić, w jakim ogromnym stopniu miasto się zmienia. Dziesiątki nowych inwestycji, przebudowy ulic, rewolucja w komunikacji miejskiej, ścieżki rowerowe, autostrada (!) na Okęcie, rewitalizacje fabryk i Hanna Zdanowska, pierwsza kobieta, która została prezydentem miasta Łodzi, niedawno wybrana w pierwszej turze na kolejną kadencję, mimo wściekłej nagonki, jaką zorganizował na nią PiS. Zmienił się też rynek pracy, dzisiaj to raczej pracodawcy szukają pracowników i gdyby nie napływ siły roboczej z Ukrainy, wielu z nich miałoby problem z prowadzeniem biznesu. Odwrotnie niż w początkach przemysłu tekstylnego, gdy do miasta płynął tłum kobiet ze wsi, uciekających przed biedą, harówką na roli, przemocą. Każda chciała pracować w fabryce, być niezależna, zarobić na łóżko, chociażby we wspólnym z innymi pokoju. Na każde miejsce dziesiątki chętnych. A praca była koniecznością. Bez niej czekała ulica, bezdomność, głód. 
Marta Madejska przejrzała naprawdę ogrom dostępnych materiałów archiwalnych, ale niewiele jest tam udokumentowanych historii łódzkich robotnic. Ten reportaż jest zbiorem strzępków opowieści, uzupełnionych historią powszechną, ale najbardziej jest zbiorem pytań: z jakimi nadziejami jechały do miasta, o czym marzyły, jak potoczył się ich los... Nawet dotarcie do kobiet z nie tak odległej historii np. z czasów PRL-u jest niemożliwe. Są ich nieme twarze w kronikach filmowych, ale nie wiadomo kim są bohaterki. 
Autorka pisze również o handlu żywym towarem - zjawisku występującym praktycznie wszędzie, gdzie jest duża liczba bezrobotnych kobiet, zdesperowanych, żeby utrzymać swoje rodziny. W Łodzi ten proceder kwitnął od zawsze: młode, naiwne, przyjeżdżające ze wsi kobiety, bardzo często były uwodzone, przed podstawionych mężczyzn i wysyłane statkami do domów publicznych na całym swiecie. Podobnie w latach 90-tych, XX wieku, gdy w Łodzi załamał się przemysł włókienniczy, miasto zaroiło się od domów publicznych, salonów "masażu" itp. 
Łódzkie kobiety zawsze miały pod górkę. Po wojnie było ich w mieście dwukrotnie więcej niż mężczyzn. Ich praca w przemyśle tekstylnym była koniecznością. Z nadzieją zabrały się za odbudowę włókienniczej Łodzi, w weekendy jeździły odgruzowywać stolicę. Zawsze zarabiały mniej niż w innych regionach, na miasto nigdy nie było środków, mimo że było drugą co do wielkości aglomeracją w Polsce. Ale zawsze było odłożone na potem, zawsze w cieniu Warszawy. Fatalna jakość mieszkań, kanalizacji, wodociągów, ogromna śmiertelność noworodków, gruźlica, zastraszająca liczba aborcji i poronień. Takie było robotniczne, PRL owskie miasto kobiet. Praca w fabryce na trzy zmiany, kolejki po pracy, żeby zdobyć cokolwiek do jedzenia, choroby. Ale z siłą kobiet nie można się było nie liczyć - strajkiem w  fabryce Poznańskiego, w grudniu 1971 roku zmusiły władze do cofnięcia decyzji o podwyżce cen żywności. Marta Madejska bardzo celnie zauważa w swoim reportażu, że gdy mężczyźni strajkowali, ich strajk określano strajkiem o honor i godność, gdy kobiety, czasami miesiącami, nie wychodziły z fabryki, mówiło się, że są histeryczne i strajkują o chleb i kaszankę. Jakby męska godność mogła się obyć bez jedzenia. 
A potem skończył się w Polsce komunizm, upadł eksport do Związku Radzieckiego a wraz z nim upadła Łódź. Z dnia na dzień tysiące ludzi zostało wyrzuconych na bruk. Pracę traciły całe rodziny, bo często w jednej fabryce pracowali wszyscy jej członkowie. Jedyny taki region w Polsce, któremu państwo pozwoliło się załamać. Bo włókniarki nie zarzucały maszynami dróg, jak rolnicy ziarnem czy górnicy węglem. Górników zresztą państwo chroni do dzisiaj. Wbrew zdrowotnym, ekonomicznym i środowiskowym interesom Polski i Świata. Łodzianie i łodzianki wywaleni z dnia na dzień nie dostali niczego. Wielu się przystosowało do nowej rzeczywistości, ale wielu nie. Stanowią pokolenie, których życia zostały zmarnowane, a rodzina często do dzisiaj tę dysfunkcję niesie jako spadek. Jak pisze Autorka: "Ze wszystkich nurtujących mnie pytań to jedno pozostaje wciąż bez odpowiedzi: co się właściwe wydarzyło w Łodzi w latach dziewięćdziesiątych?"



W tym roku Łódź pojawiła się w kilku zestawieniach miast, które koniecznie trzeba zobaczyć. Nie byłoby jej historii, bez historii tysięcy łódzkich włókniarek. 







Polecam!
Moja ocena: 5/6


wtorek, 11 grudnia 2018

Anthony Horowitz "Pogrzeb na zamówienie"


Autor: Anthony Horowitz
Tytuł: "Pogrzeb na zamówienie"
Dom wydawniczy Rebis, październik 2016 

Idealna książka na podróż według mnie: bardzo wciąga, nieustannie trzyma w napięciu, nie jest zbyt ciężka, żeby dało się czytać, gdy w 20 godzinie od wyjścia z domu nie można już ani spać ze zmęczenia, ani nie za bardzo wiadomo, co zrobić z czasem, który nie chce płynąć - jednym słowem - kryminał.
I tutaj objawia się "Pogrzeb na zamówienie". Bohaterka odwiedza biuro pogrzebowe i bardzo szczegółowo ustala harmonogram swojego pogrzebu. A kilka godzin później zostaje zamordowana we własnym domu. Emerytowany detektyw, mroczny, odrzucający typ, który musiał opuścić służbę, wkracza do akcji, gdyż policja, która go wywaliła, ciągle jednak potrzebuje jego usług. Dodatkowo proponuje, autorowi powieści dla młodzieży, żeby chodził z nim i przyglądał się dochodzeniu, a potem napisał książkę. I intryga gotowa. Kilka potencjalnych problemów też. Ciekawi bohaterowie, błyskotliwy humor, czyli wszystko czego potrzeba do doskonałej rozrywki!
Jeśli ktoś jeszcze się nie przekonał, to dodam, że książkę polecała Anna Kańtoch - mistrzyni kryminału - w jednym ze swoich wywiadów.

Gorąco polecam!

Moja ocena: 5/6