Liane Moriarty i "Dziewięcioro nieznajomych" czyli czekamy na kolejny super serial. Oby dorównał "Wielkim kłamstewkom". Prawa do ekranizacji kupiła już Nicole Kidman i stworzy serial dla platformy Hulu. Oczywiście sama zagra jedną z głównych ról. Potencjał jest ogromny. Dziewięcioro przypadkowych osób spotyka się na turnusie w ośrodku SPA, który obiecuje uczestnikom odnowę duchową i fizyczną. Centrum zapewnia, że wszyscy kuracjusze przejdą niewyobrażalną przemianę, wyjadą odmienieni i znajdą na nowo sens życia. Trudno się nie skusić, prawda? Zwłaszcza, że z ośrodka nikt nigdy nie wyjeżdża przed czasem a recenzje w internecie są fantastyczne. Dziewięć przypadkowych osób, w tym min. autorka średnich romansów, były gracz futbolu australijskiego, wiecznie odchudzająca się, rozwiedziona matka czterech córek zjawiają się w SPA by odmienić swoje życie.
Lekka, zabawna i optymistyczna lektura, chociaż bohaterowie zmagają się z poważnymi problemami. Ciekawe kto zagra poszczególne role?
Tak jak zapowiadałam po pierwszym przeczytanym kryminale Anny Kańtoch - "Łaska" ,dołączyłam do wiernego grona jej wielbicieli.
"Pokutę" również czyta się świetnie!
Czytelnika wciąga zakręcona intryga, z wieloma mylącymi wątkami. Wszystko dzieje się Przeradowie - małym, nadmorskim miasteczku po sezonie. Turyści wyjechali, a właściciele miejscowych biznesów zastanawiają się, jak przetrwać nadchodzące miesiące. Nuda wieje z każdego kąta. Do momentu, gdy mieszkańcami wstrząsa zabójstwo nastolatki - Reginy Wieczorek. Jej ciało zostało odnalezione w lesie niedaleko morza. Policja tym razem musi się zmierzyć z nadmiarem winnych: jeden morderca już siedzi za kratkami, drugi się sam zgłasza na komendę i wyznaje, że oprócz Reginy zamordował jeszcze inne dziewczyny z Przeradowa. Robił to regularnie od bardzo dawna, równo co 7 lat. Krzysztof Igielski z miejscowej komendy staje przed nie lada wyzwaniem.
Anna Kańtoch jest królową w obrazowaniu polskich, małych miasteczek. Rok 1986, listopad w Przeradowie po sezonie, szaro, buro, większość kiosków, sklepów, barów, dyskotek zamknięta na siedem spustów. Milicjant prowadzący śledztwo idzie na kolację do swojego przyjaciela lekarza, który będzie mu mógł udzielić dodatkowych informacji (mieszka tu od lat, więc zna tego i owego, różnych ma pacjentów, słyszy wiele plotek itd.), idzie w deszczu i naprawdę czytając czujemy ten deszcze i tą listopadową słotę niemalże na sobie. W rozwikłanie zagadki znikających dziewczyn wplątana zostaje też Pola, córka właścicielki miejscowego pensjonatu, koleżanka Reginy. Podejmowane przez nią w powieści kroki nie są zbyt mądre, ale ostatecznie wszystko jest lepsze niż totalna nuda. Czytelnik razem z bohaterami zatapia się w śledztwie na dobre. Dostajemy też od Autorki smaczki minionej epoki: milicja, która może po prostu wejść sobie do domu, ciuchy z zagranicy jako wyznacznik statusu, marlboro jako poszlaka, bo przecież to papierosy nie na kieszeń i możliwości przeciętnego obywatela.
Wakacje, wakacje, wakacje... woda, słońce i książki...
Autor: Jacek Dehnel Tytuł: "Ale z naszymi umarłymi" Wydawnictwo Literackie, czerwiec 2019
Polska "wyjątkowość" w pełni: czyli zombie wstają z grobów i tylko u nas takie cuda! Metafora polskiego nacjonalizmu, brutalizacji języka i obyczajów. Jako komentarz do lektury polecam wywiad z Autorem.
Autor: Filip Springer
Tytuł: "Dwunaste. Nie myśl, że uciekniesz"
Wydawnictwo Czarne, sierpień 2019
"Obok hygge, designu, kuchni, kryminałów, zamiłowania do kawy, cynamonowych bułek i lukrecji prawo Jante jest jednym z najczęściej wymienianych elementów nie tylko duńskiej, ale w ogóle skandynawskiej kultury." Powszechny stereotyp (w wielkim skrócie) mówi o tym, że prawo Jante każe znać swoje miejsce, nie wychylać się i nie myśleć, że jest się lepszym od innych.
Jeden z bohaterów mówi: "Jesteśmy ciągle dość jednolitym krajem, lubimy robić wszystko tak samo. Ramy normalności w Danii są bardzo wąskie". Po czterech latach mieszkania w Danii pozostaje mi tylko się zgodzić z tym. Ale czym naprawdę jest prawo Jante? Okazuje się, że niewiele osób potrafi precyzyjnie odpowiedzieć. Nawet autorzy piszący o Danii nie do końca rozumieją to pojęcie, a na pewno nie znają jego źródeł. Filip Springer w swojej reportersko - fikcyjnej opowieści wyrusza na Północ, aby trafić do Jante.
Autor: Iweala Uzodinma
Tytuł: "Ani złego słowa"
Wydawnictwo Poznańskie, wrzesień 2019
Wstrząsająca opowieść o odkrywaniu własnej tożsamości, o walce w dążeniu do wyznaczonych standardów, o zmaganiach z kreowanym przez Kościół wielkim i niszczycielskim poczuciem winy. To także książka o podwójnej dyskryminacji: ze względu na orientację i kolor skóry. Niestety bez szczęśliwego zakończenia.
Autor: Alex Michaelides
Tytuł: "Pacjentka"
Wydawnictwo W.A.B, marzec 2019
Szczęśliwa żona i zawodowo spełniona malarka i fotografka, pewnego dnia pięć razy strzela mężowi w głowę, a potem przestaje mówić i kończy w zakładzie psychiatrycznym. Czy potrzeba jeszcze większej zachęty do lektury tego psychologicznego thrillera?
Autor: B.A. Paris
Tytuł: "Za zamkniętymi drzwiami"
Wydawnictwo Albatros, luty 2017
Jeżeli coś wydaje się tak idealne, że aż nieprawdopodobne, to pewnie właśnie takie jest. A jeżeli z najcudowniejszego związku nie masz wyjścia (chociaż byś nawet nie chciała akurat teraz wychodzić), to już jesteś ofiarą. Wciągający thriller o idealnym małżeństwie i nadciągającej nieuchronnej katastrofie. Na szczęście perfekcjoniści też popełniają błędy.
"No to jakie masz szanse, jeśli jesteś dzieckiem? Do kogo możesz uciec? Kto ci uwierzy i powie: jestem po twojej stronie? Zamiast tego takie dzieci słyszały: jeszcze raz mi się sprzeciwisz, a zabiję twojego ojca. Jeszcze raz, a zgwałcę twoją matkę. Kto uwierzy dziecku, które daje swoje słowo przeciw słowu duchownego? - pyta Susan, ale aula w Toronto Reference Library milczy."
Wstrząsająca, porażająca, szokująca i maltretująca psychicznie lektura. I obowiązkowa! Autorka nie zatrzymuje się na cudownym, bogatym, kolorowym, wielokulturowym, otwartym Toronto, przez pryzmat którego na skróty postrzega się czasem Kanadę.
"Poprzecinano łączące nas sznurki. Szkoły z internatem zniszczyły całą naszą społeczność. Nigdyśmy się nie podnieśli. Ekscytujecie się modą na Kanadę bo patrzycie na nią przez kolorowe skarpetki naszego nowoczesnego premiera. Ale prawda mniej nadaje się lajkowania."
Joanna Gierak-Onoszko dociera do tej mniej reprezentacyjnej strony, do ludzi, którzy nie świętowali Canada150, bo nie czuli potrzeby obchodzenia takiej daty, gdyż oni byli na tej ziemi od zawsze: od 150, 1500, 15000 lat. Dziś ciągle na marginesie, wciąż nie u siebie, z gorszymi szansami na życie, biedni, bez perspektyw, z przemocą, alkoholizmem, narkotykami i niesioną przez pokolenia traumą kościelnych szkół, które miały z dzieci wykorzenić pochodzenie i zasymilować je z "cywilizowaną" Kanadą.
Przez całe lata kanadyjskie władze uważały, że najmłodszych należy odbierać rdzennym rodzicom i przekazywać ich do szkół z internatem. Mieli zdobyć edukację, nauczyć się angielskiego i zapomnieć o tym, skąd pochodzą: dokładnie i w każdym aspekcie. Zabraniano im mówić we własnym języku, w efekcie czego po kilku latach nie byli zdolni porozumieć się z rodzicami (o ile w ogóle jeszcze mieli szansę ich spotkać), zrywano więzy, poprzez systemowe i konsekwentne rozdzielanie rodzeństwa, dzieci wysyłano często do szkół oddalonych o setki kilometrów, skutecznie uniemożliwiając im kontakt z rodziną. Ludzie z pierwszych narodów, często żyjący w skrajnej biedzie, nie mieli możliwości ucieczki przed tym opresyjnym systemem szkolnym. Niektórzy naiwnie liczyli, że zapewni ich dzieciom lepsze życie. Niektórzy nie mieli złudzeń, ale niewysłanie potomstwa do szkoły, skutkowałoby utratą świadczeń i zapomóg otrzymywanych od państwa. Nie można sobie było na to pozwolić. Tego co się działo w tych szkołach, nie sposób sobie wyobrazić: przerażająca przemoc na każdym kroku, wykorzystywanie seksualne, znęcanie się psychiczne... nawet skrawka uczucia, wsparcia, opieki. Placówki w dużej części prowadzone były kościół katolicki, a państwo nie miało nad nimi należytej kontroli. Wiele dzieci umierało, wiele próbowało ucieczki, ale nikt ich nie szukał, więc umierali gdzieś w lasach z głodu i zimna.
Czytanie tej książki jest torturą... człowiek o minimalnym poziomie empatii nie jest w stanie przez te zbrodnie psychicznie przebrnąć.. na poziomie lektury... a dla tych dzieci to był jedyny świat. Bez możliwości ucieczki, bez nadziei. Kanada już na zawsze będzie się zmagać z tym dziedzictwem. Lata walki ocalonych z tych szkół, doprowadziły do tego, że kanadyjski rząd przeznaczył miliardy dolarów na wypłatę odszkodowań dla byłych uczniów. A premier kraju Justin Trudeau w oficjalnym i emocjonalnym wystąpieniu złożył przeprosiny w imieniu Kanady i wszystkich Kanadyjczyków na ręce tytułowego Toby'ego Obeda.
"Proces był ważny, wystąpienie też było ważne. tak samo ugoda i odszkodowania. Ale Toby mówi, że najważniejszy był tamten moment za kulisami. Nieutulone nigdy dziecko, zmienione w posiwiałego mężczyznę bez nóg, usłyszało (od Justina Trudeau, który go przytulił):
-Wiem, co ci zrobiono. Wiem wszystko.
Potem wszedł na scenę. Były publiczne uściski, gratulacje, błyski fleszy. Była publiczność - w sali, na świecie, patrząca na Toby'ego Obeda. Tylu ludzi w jego sprawie. Przybijali piątkę, gratulowali, robili pamiątkowe zdjęcia. Toby rozglądał się dookoła. Byli tam z nim wszyscy.
Tylko nie mama."
"Nikt mi nigdy nie powiedział, że jestem ważny, że jestem potrzebny. Nikt mnie nigdy nie pochwalił, nie pogłaskał po głowie, mówiąc: dobra robota, chłopcze.
Dopiero dziś czasem ktoś mu to mówi. Tak normalnie podczas polowania, przejażdżki skuterami śnieżnymi po Wielkiej Ziemi albo kiedy Toby sędziuje na turnieju siatkarskim: "No, chłopie, dobra robota!
Toby nie potrafi od razu tego przyjąć. Instynktownie odpowiada wtedy od razu: A weź się pierdol!
- Nie wiem, co to znaczy, jak cię akceptują. Jak nie chcą zrobić ci krzywdy. Można powiedzieć, że ja zbytnio nie nawykłem do dobra."
"To nieprawda, że nikt wcześniej nie wiedział. Nie da się nie wiedzieć.
Ktoś mieszka w pobliżu szkoły z internatem, w której zamknięte są rdzenne dzieci. Ktoś dowozi do niej jedzenie. Ktoś inny dzieci z internatów leczy, ktoś je przecież grzebie.
Czyjemuś dziecku znikają koledzy, jakiejś rodzinie - sąsiedzi.
Nie za głośno, nie przy najmłodszych, ale jednak się o tym rozmawia. Najczęściej w domu, jeśli w szkole, to nigdy na lekcjach. Z czasem napomknie coś jedna czy druga gazeta. Można tę krótką notkę jakoś wyłowić wzrokiem, przetrzeć oczy, stracić oddech.
Nie da się nie wiedzieć, więc przez te wszystkie lata Kanadyjczycy wiedzieli. Nie wiedziała tylko Kanada."
"Przydaje się wtedy formuła mająca wszystkie wątpliwości rozwiać, a wszelkie winy unieważnić. Cudowne zaklęcie, trzy słowa, które dobrze brzmią w każdej epoce i pod każdą szerokością geograficzną.
Ta-kie-by-ły-cza-sy.
Mówi się też: cena postępu, przykry odprysk, wielkiej dziejowej historii. To co prawda niefortunne, ale jednak odizolowane przypadki.
O skali tego, co się działo w szkołach, Kanada dowie się oficjalnie dopiero w 2015 roku."
"Za zbrodnie w szkołach z internatem przeprosił oficjalnie Zjednoczony Kościół Kanady, osobno przeprosili katoliccy księża oblaci, przeprosił kościół anglikański, przeprosili prezbiterianie.
Po drodze przepraszali też przedstawiciele władzy - od premiera Harpera po premiera Trudeau, a także reprezentanci poszczególnych prowincji, przedstawiciele policji, instytucji i uniwersytetów.
Na tym tle dominujące jest milczenie Stolicy Apostolskiej".
"-Jeśli jesteś z Polski, to może mi to wytłumaczysz. Jak katolicki papież może się na to godzić? Jak może nas nie przeprosić. Wszyscy papieże po kolei umywali ręce. A przecież każdy z nich miał chyba dostęp do Biblii?
Powiedz mi, co jest w tej Biblii takiego, że zabrania Kościołowi powiedzieć przepraszam?
Nawet Jezus, nasz Pan, tuż przed śmiercią żałował z swoje grzechy. Dlaczego więc papież nie może powiedzieć, że przeprasza za to, co nam uczyniono?"
Bez zbędnych wstępów i subtelności: pozycja obowiązkowa! A lekturę polecam szczególnie trzem grupom kobiet:
1. Tym, które uważają, że wszystko zawdzięczają sobie. (Pomijam już nawet takie kwestie, jak szczęście, bądź nieszczęście urodzenia się w konkretnej rodzinie; urodzenia się zdrowym czy chorym itd.). Ale czy naprawdę ambicja i ciężka praca wystarczyłby, gdyby ktoś kiedyś (czytaj inne kobiety) nie zawalczył o prawo do edukacji, o bierne i czynne prawa wyborcze kobiet, o prawo do wyboru męża i prawo do rozwodu, o prawo do decydowania o własnym, odziedziczonym po rodzicach majątku, o prawo do pracy zawodowej i do samodzielnego dysponowania własnymi, zarobionymi (!) w tej pracy pieniędzmi, o prawo do decydowania o przyszłości dzieci itd. itd.
2. Tym, które uważają, że walkę o prawa kobiet można odłożyć na później, bo kiedyś przyjdzie czas, gdy politycy sami z siebie wykrzykną: "dobra kobiety - teraz to już naprawdę wy" i polecą z listą wszystkich kobiecych postulatów, potem uchwali się szybko niezbędne prawo, aby postulowane kwestie wprowadzić w życie i będziemy mieć równość. Brzmi fajnie? Tak, tak... też się uśmiałam! 100 lat temu mieliśmy dokładnie te same problemy, które obecne są w życiu publicznym dzisiaj: spychanie kobiet na ostatnie miejsca na listach wyborczych, obiecywanie na odczepne (np. wtedy większej niezależności kółek kobiecych w ramach komitetów wyborczych), odkładanie kwestii aborcji na potem, bo ważniejsze było układanie się z Kościołem.
3. Tym, które co prawda popierają prawa kobiet, ale fuj - feministkami to na pewno nie są i nigdy nie będą (jakby popieranie postulatów bycia traktowaną jak człowiek po prostu ,było obraźliwe). Kobiety 100 lat spotykały się z tym samym. Słowo "emancypantka" było obraźliwe: no bo co robią emancypantki?Wiadomo: latają po mieście bez sensu, agitują, rozdają ulotki, organizują edukację, a więc uświadomienie, zamiast siedzieć przy mężu i pokornie się przyglądać, jak trwoni odziedziczony majątek, a potem rozwodzi się z żoną, która dłużej do niczego nie jest mu potrzebna. (historia np. Gabrieli Balickiej, chociaż ona akurat bierna nie była).
O pierwszych posełkach tak naprawdę nie wiemy dużo. Nie zachowało się zbyt wiele materiałów i dokumentacji. Całe szczęście, że parlamentarzystka Zofia Moraczewska (żona polskiego premiera Jędrzeja Moraczewskiego) postanowiła przerwać tak typowo kobiece niechwalenie się własną pracą i sukcesami i zaczęła pisać dzienniki, z których możemy się dowiedzieć o tym, o jakie sprawy walczyły pierwsze polskie polityczki.
A poniżej kilka cytatów z książki. Gdyby usunąć daty, a w miejsce organizacji kobiecych wstawić nazwę jakiejś współczesnej, naprawdę w wielu miejscach można by się zastanawiać czy czytamy o wydarzeniach sprzed 100 lat, czy może wczorajsze wiadomości.
"Posłowie dużo chętniej debatują o minionej wojnie niż o przyszłości nauki. A jeśli już koniecznie muszą o nauce, to też najlepiej w kontekście przeszłości - karania nauczycieli, którzy sprzeniewierzyli się przeszłości przez uczestnictwo w rusyfikacji i germanizacji."
"To, co nie udaje się austriackiemu zaborcy, próbuje zrobić też polski Kościół. Ligawki (kobiety z Ligi Kobiet) domagają się niepodległości nie tylko tylko dla Polski, ale też dla siebie. A mówienie o prawach politycznych dla kobiet to zdaniem kleru "zagrożenie dla porządku społecznego. W maju 1917 roku Episkopat wydaje list pasterski. Wierni dowiadują się z niego, że Liga Kobiet to zło wcielone, zagrożenie dla Kościoła i Narodu. Pobożni mężowie i mądrzy duchowni powinni jak najszybciej skłonić podlegające im kobiety do wystąpienia z Ligi. Jeśli już muszą coś robić, niech zapiszą się do Związku Niewiast Katolickich albo innej organizacji, zajmującej się starą, dobrą, nieszkodliwą filantropią. Ale niech na miłość boską, nie bawią się w politykę."
"Prace nad zmianą dyskryminujących przepisów rozpoczęto jeszcze w 1919 roku, ale Komisja Kodyfikacyjna wciąż natrafi ana rozmaite trudności i pracy nie kończy. Usunięcie wszystkich przepisów, które - teraz już wbrew konstytucji - nie traktują kobiety jako równej wobec prawa, wymaga strasznie dużo roboty, żalą się posłowie, a przecież tyle jest pilniejszych spraw do załatwienia.
- Nie chciałyśmy dla siebie żadnych przywilejów, chciałyśmy dla siebie tylko tych praw, które są prawami ludzi w ogóle - mów spokojnie posełka Balicka. - Kwestia kobieca jest kwestią mało interesującą społeczeństwo polskie, kobiety muszą się dopominać same o swoje prawa. Zdawałoby się, że otwieramy drzwi otwarte. Są one jednak zaledwie uchylone. Musimy otworzyć je własnym wysiłkiem - wysiłkiem, który nas jednak nie przerasta - zapewnia kolegów posłów."
"Władze związku rozsyłają ankiety do lokalnych oddziałów, zbierają informacje o życiu kobiet w różnych zakątkach kraju. Przekonują, że szczególnie na prowincji mówienie o prawach kobiet napotyka opór. "Wbrew logice faktów, jednym z zagadnień, które najmniej interesują świat kobiecy, jest właśnie kobieta.
Zofia zastanawia się, co jest tego przyczyną. Może naiwna, nieprzemyślana obawa zasłużenia na nazwę emancypantek - może chęć pokazania otoczeniu, że kobiety nie uważają swoich praw bynajmniej za najważniejsze."
"Endecka Gazeta Warszawska w sprawie praw wyborczych kobiet najpierw długo milczy. Jako pierwszy komentarz - po kilku tygodniach od powstania nowego państwa - drukuje list zaniepokojonej czytelniczki. "Nie czas teraz na kobiecą kampanię, gdy kraj w ogniu, gdy granice - mało powiedzieć zagrożone, bo zajęte przez wrogów, gdy trzeba nam ludzi o tęgich głowach, żelaznej woli i nie lada wyrobieniu politycznym i społecznym, by kraj wyprowadzić z zamętu. Zaniepokojona czytelniczka tłumaczy też, kiedy przyjdzie na to czas: gdy wszystkie inne problemy państwa zostaną już rozwiązane, gdy każdy robotnik będzie miał pracę, a chłop zapewniony byt - wtedy może się ewentualnie kobieta upomnieć o swoje prawa."
Tytuł: "Droga do wyzwolenia. Scjentologia, Hollywood i pułapki wiary"
Wydawnictwo Czarne, luty 2015
Absolutnie pochłaniająca lektura o pisarzu science fiction i twórcy scjentologii Ronie L. Hubbardzie oraz jego zwolennikach i Kościele, który po sobie pozostawił.
Ukłony dla Autora za głębokie, rzetelne podejście do tematu oraz za wielkie zaangażowanie i autentyczną ciekawość w dociekaniu, co ludzi skłania do tej religii, co powoduje, że wyrzekają się rodziny i przyjaciół, aby trwać przy tezach "dyktatora", którego zdrowie psychiczne było przez psychiatrów kwestionowane. Jaka siła ciągnie człowieka w zainwestowanie wszystkich swoich pieniędzy w scjentologię i odcięcie się od rzeczywistego świata. Założenia tej religii, której początki wywodzą się z nauki, mającej być alternatywą dla psychologii, wydają się tak absurdalne, że nie sposób pojąć, że ktokolwiek w ogóle w to wierzy. Chciałam użyć cudzysłowu przy słowie religia, ale nie ma on uzasadnienia. Scjentologia jest chroniona pierwszą poprawką do Konstytucji Stanów Zjednoczonych, zapewniającą wolność wyznania i zwalniającą Kościoły z podatków, co czyni z niej religię na równi z innymi.
Hubbard od zawsze uważał, że psychiatria jest źródłem wszelkiego zła na świecie. (Psychiatria, zdaniem Hubbarda, stanowi "jedyny powód upadku naszego wszechświata"). Wg niego scjentologia z jej sesjami audytowania, wglądem we własne przeżycia może uwolnić jednostkę od nałogów, zgubnych nawyków i działań prowadzących do samozniszczenia, a światu przynieść pokój i harmonię.
O Hubbardzie: Miał nieuleczalną skłonność do ignorowania oczywistych sygnałów porażki oraz do wyciągania ze swoich doświadczeń wniosków, które innym ludziom wydawałyby się mało racjonalne, albo wręcz dziwaczne. Z czasem nabrał zwyczaju - być może nieświadomie - wypełniania mitologią luki powstałej między rzeczywistością a własną jej interpretacją. Na tym właśnie opierał się jego rzekomy "geniusz" - przez wielu zwany szaleństwem.
Odrzucenie koncepcji Hubbarda przez specjalistów w dziedzinie zdrowia psychicznego (jeszcze przed publikacją Dianetyki) samo w sobie było czymś w rodzaju urazu z okresu prenatalnego. Od tej pory, ilekroć środowiska medialne lub rządowe atakowały dianetykę lub scjentologię, Hubbard widział w tym rękę psychiatrów.
Scjentologia dosyć szybko zaczęła budzić zainteresowanie wśród rządów wielu państw, ponieważ była dosyć ekspansywna: ekspresowo powstawały nowe siedziby, scjentolodzy pojawiali się w kolejnych państwach. Nie byli mile widziani, a im działaniom zaczęto się wnikliwie przyglądać.
Z raportu rządowej komisji dochodzeniowej w Australii (1967 rok):
Scjentolodzy niestety żyją w świecie urojeń, a wielu z nich cierpi na choroby psychiczne. Raport przyznawał, że niektórym wyznawcom tej religii zdarza się odnosić "przejściowe korzyści", zaznaczał jednak, że organizacja wykorzystuje te korzyści, aby u swoich sympatyków wywołać "uległość graniczącą niemal ze zniewoleniem umysłu.
[...] choć Hubbard przejawia "bezduszną wrogość" wobec psychiatrów i osób zajmujących się zdrowiem psychicznym, sam jest "upośledzony psychicznie", ma objawy "mani prześladowczej" oraz "imponujący zestaw symptomów, które w kręgach psychiatrycznych uchodzą za mocne wskazania do postawienia diagnozy schizofrenii paranoidalnej połączonej z manią wielkości, co stanowi mieszankę często spotykaną u dyktatorów".
Going Clear: Scientology and the Prison of Belief
Scjentolodzy, mówiąc z grubsza, dzielą się na tych z wyższej półki i na szeregowych członków. A przepaść między nimi jest mniej więcej taka jak pomiędzy szefem Amazona Jeffem Bezosem, a jego pracownikami, którzy pakują przesyłki. Celebryci tacy jak John Travolta czy obecnie najbardziej znany zaangażowany Tom Cruise mogą czerpać garściami ze wsparcia, jakie daje im Kościół (rezydencje, samochody, prawnicy, kontakty itd.). Swoimi twarzami przyciągają do religii coraz więcej ludzi, płacą też na organizację miliony dolarów.
Powrót Cruise'a do pełnego zaangażowania w scjentologię trwale odmienił związki Kościoła ze środowiskiem hollywoodzkich celebrytów. Gwiazdor przekazywał na cele organizacji miliony dolarów - w samym roku 2004 były to trzy miliony. Nie był figurantem, lecz prawdziwym aktywistą, wywierającym wpływ na swoich fanów na całym świecie. Dzięki jego pozycji Kościół uzyskał możliwości wcześniej nieosiągalne. Aktor traktował każdą światową trasę promującą jego filmy jako okazję, żeby wywierać nacisk na na zagranicznych przywódców oraz amerykańskich ambasadorów w różnych krajach i nakłaniać ich do popierania scjentologii.
Z Kościoła nie jest łatwo odejść. Sam Tom Cruise został już kilkakrotnie zmuszony do rozwodu, bo jego żony były uznawane za jednostki "antyspołeczne", co oznacza, że scjentolodzy powinni się od niech odciąć. Jedną ze znanych osób, która odeszła (i to nie po cichu), oficjalnie odcina się od Kościoła i go krytykuje jest Paul Haggis. Spędził ze scjentologami około 30 lat, a potem zaczął przeglądać na oczy.
Wysiłek podjęty przez Haggisa jest o tyle ciekawy, że mało kto pośród znaczących scjentologów zadaje sobie podobny trud i próbuje sprawdzić zarzuty od lat wysuwane pod adresem Kościoła. Tego rodzaju działania nie są mile widziane przez władze organizacji, a członkom mówi się, że wszelkie artykuły krytyczne są źródłem "złych wibracji", które powodują niepotrzebne wzburzenie ducha.
Wszystkie osobiste informacje uzyskane w czasie sesji audytowania są przechowywane, aby można je było wykorzystać i w razie potrzeby użyć jako szantażu. Scjentologom doradza się zerwanie więzi z osobami "antyspołecznymi". Trudno uwierzyć, żeby gwiazdy w organizacji, nie wiedziały, co się dzieje wśród szeregowych członków. A prawda jest porażająca. Dzieci żyją odcięte od rodziców, ludzi za najdrobniejsze przewinienia odsyła się do obozów reedukacyjnych, w których spędzają nawet po kilka lat. Są poniewierani i poniżani. Ale jak pisze Lawrence Wright niewielu z nich zdecydowałoby się na odejście. Osoby, które urodziły się jako scjentolodzy, często nie znają innego życia. Ich kontakty ograniczają się do członków Kościoła, nie wiedzą jak funkcjonuje współczesny świat. Nawet gdyby chcieli odejść, nie wiedzieliby jak.
Organizacja dysponuje ogromnymi środkami, co pozwala jej na wyczerpujące dla zwykłych ludzi wojny prawne. Scjentolodzy znani są z tego, że byłych członków i przeciwników nieustanie śledzą, składają w sądach setki pozwów, generalnie po prostu dręczą. Przy ww. filmie dokumentalnym pracowało około 160 prawników, żeby analizować i sprawdzać, czy przypadkiem nie ma w nim treści, za które Kościół może Autorów pozwać.
W pewnym więc sensie współodpowiedzialność za stworzenie legendy Hubbarda ponoszą jego wielbiciele, którzy nigdy nie zdobyli się na odwagę, żeby podać w wątpliwość którąkolwiek z jego tez. Za wszelką cenę starali się natomiast chronić jego wizerunek proroka, odkrywcy i przyjaciela ludzkości.
Hubbard swój gniew coraz częściej obracał przeciwko dzieciom, których obecność na statku z każdym dniem bardziej dawała mu się we znaki. Uważał, że najlepiej je wychowywać z dala od rodziców, którzy przejawiają wobec nich "kontr-intencje".
[...] Dzieci, które dopuściły się jakiś drobnych przewinień (takich jak niestosowny śmiech lub mylenie scjentologicznych terminów), musiały wchodzić na bocianie gniazdo znajdujące się na górze na maszcie, na wysokości około czterech pięter, i tam spędzać noc, albo siedzieć w ładowni i skrobać zardzewiałe sprzęty.
[...] Hubbard kazał go zamknąć w komorze łańcuchowej - pomieszczeniu, w którym przechowuje się łańcuch kotwiczny. Było tam ciemno, mokro i zimno. [...] Dostawał jedzenie, ale nie miał nawet koca i nie wolno mu było wyjść do ubikacji. Siedział tam tam przez dwa dni i dwie noce.
"Można sobie później zadawać pytanie: Dlaczego nic nie zrobiłaś? Dlaczego nie zaprotestowałaś? - wspomina Eltringham w wywiadzie. - Ale widzi pan, ja naprawdę w to wszystko wierzyłam. Byłam przekonana, że Hubbard wie, co robi. Niestety wierzyłam, że on wie, co trzeba uczynić, żeby pomóc wszystkim ludziom na świecie, i że nawet jeśli ja sama tego nie rozumiem, to moim obowiązkiem jest stosować się do jego wskazówek i go wspierać. Nikt z nas nie protestował. Nikt z nas nie kiwnął nawet palcem.
Bernhard Schlink to oczywiście autor zachwycającego "Lektora". Mając ciągle w pamięci ten zachwyt, przeczytałam potem kolejną jego książkę: "Kobieta na schodach", a niedawno najnowszą, czyli właśnie "Olgę".
Analizując swoje myśli i odczucia względem ostatniej powieści, dochodzę do wniosku, że cos się zdarzyło, ale nie do końca wiem co. Możliwości jest kilka:
1. stałam się jeszcze bardziej przyziemna niż do tej pory (więc gdzież mi rozumieć bohaterkę, czekającą latami na "zbłąkanego" ukochanego i niewyrastającą z miłości)
2. feminizm mi się całkiem rzucił na głowę i oczy (więc gdzież mi rozumieć bohaterkę, czekającą latami na ukochanego, którego bardziej od Olgi pociągają wielkie idee, i który obiecuje, że jeszcze tylko cos i w końcu wróci, a póki co to tylko na moment)
3. zupełnie prozaicznie - wyrosłam z prozy Bernharda Schlinka
Olga dorastała bez rodziców i przy ogromnym samozaparciu i sile woli zdołała ostatecznie zdobyć wykształcenie i zostać nauczycielką. Jej dziecięca przyjaźń z Herbertem - synem majętnego właściciela ziemskiego z czasem przerodziła się w wielką, nigdy przez rodzinę chłopaka niezaakceptowaną, miłość. Bohaterka chciała dla siebie tylko szczęśliwego i spokojnego życia, podczas gdy jej ukochany marzył o robieniu rzeczy wzniosłych i ważnych dla świata, o dalekich podróżach i nowych odkryciach, o Niemcach jako potężnym i wszechmocnym państwie. Dwoje ludzi, którzy nie mogli się różnić bardziej. Prosta z pozoru historia oczywiście rozwija się i komplikuje, a w raz z kolejnymi stronami dostarcza nowych, zaskakujących faktów.
Powieść wciąga, dobrze się czyta, ale jestem pewna, że za chwilę zupełnie o niej zapomnę.
Ciąg dalszy postanowień na ten rok: więcej Olgi Tokarczuk, więcej Wiesława Myśliwskiego.
Jedna z tych powieści, w której niemal każde zdanie jest dopracowane do perfekcji i po prostu zachwyca. Czytanie tej książki jest jak duńskie hygge: przytulny, domowy czas z herbatą na kanapie, w cieple kominka, pod milusim kocem, gdy życie wydaje się nieskomplikowane i mamy pewność, że zmierza w dobrym kierunku.
Piotrek opowiada nam o swoim dzieciństwie i dorastaniu na polskiej prowincji w okresie wojny i tuż po niej. Świat widziany przez proste i ufne (naiwne?) myśli dziecka. Cała gama wspaniałych, wyrazistych postaci, walczących o przetrwanie w trudnej rzeczywistości, w każdy możliwy sposób: chory i nieobecny myślami ojciec, matka ciągle wysoko aspirująca, ale sprowadzona na ziemię przez nieustanne, codzienne zmagania o obiad i edukację syna, panny Ponckie z ich niekończącymi się tangami i zapasem kakao. Piękna, mądra, wzruszająca powieść!
"Becoming. Moja historia" było absolutnym hitem wydawniczym, 750 tys. egzemplarzy sprzedanych w dniu premiery. To liczba, nawet jak na realia amerykańskiej skali, powalająca. Ale nie co dzień była Pierwsza Dama tego pokroju co Michelle, postanawia opowiedzieć o swoim życiu.
Nie jest to arcydzieło w sensie literackim, ale książka oczywiście warta przeczytania z uwagi na Autorkę i jej historię. Po ośmiu latach spędzonych w Białym Domu, Michelle Obama w bardzo szczerej prozie przybliża nam swoją rodzinę, dzieciństwo, oszałamiającą ambicję i jeszcze bardziej oszałamiające cele, jakie sobie stawiała na każdym etapie życia. Typ wzorowej uczennicy, we wszystkim najlepszej. Obowiązkowa, sumienna, zawsze perfekcyjnie przygotowana. Jednocześnie jak sama przyznaje przez wiele lat po prostu dążyła do zdobycia jak najlepszego, prestiżowego wykształcenia i to się jej udało. Zwieńczeniem była praca w renomowanej kancelarii prawniczej, w której była min. mentorką swojego przyszłego męża i przyszłego Prezydenta Stanów Zjednoczonych. Jednocześnie przez ten cały czas nie udało jej się odnaleźć nic, co ją naprawdę pasjonowało. Albo raczej o tym zapomniała. Super jest oczywiście świetnie zarabiać i zamawiać sobie dostawy wyrafinowanych win do apartamentu, ale to się z czasem może znudzić. Tym, co nadaje życiu sens i uczucie spełnienia, jest pasja, poczucie sensu i misji. Na szczęście dla wszystkich i dla samej siebie Michelle nie bała się "zrobić kroku w tył" i zająć tym, co naprawdę wydawało się jej ważne.
Michelle Obamę podziwiam absolutnie! A oto w kilku zdecydowanie niewyczerpujących całości tematu punktach, dlaczego:
Za pozostanie sobą: pamiętanie zawsze skąd pochodzi, skąd się wywodzi, kim byli jej rodzice, jak ciężko pracowali na to, żeby mogła się uczyć i zostać w życiu kimś.
Za zdawanie sobie sprawy z własnej uprzywilejowanej pozycji. (To cecha, którą bardzo cenię ludzi. Dużo osób twierdzi, że zawdzięcza wszystko sobie. Rzadko kiedy jest to prawdą. Michelle mimo, że pochodziła z niezamożnej rodziny, żyła w niezbyt dobrej dzielnicy Chicago, zawsze podkreślała, że i tak jest uprzywilejowana, bo może się uczyć, w przeciwieństwie do wielu dzieciaków wokół niej). Oczywiście znakomita większość jej przyszłych kolegów ze studiów, była w położeniu o 100% lepszym już tylko z racji miejsca urodzenia i koloru skóry.
Za mówienie "pełnym głosem", pozostawanie z podniesioną głową, niekulenie się pod siebie, cokolwiek przykrego czy niesprawiedliwego ją spotykało.
Za długotrwałe wspieranie dziewcząt z różnych środowisk, szkół etc. (Czyli nie jednorazowa akcja ze zdjęciem do gazet, bo ładnie wygląda, tylko rzeczywista długoletnia praca).
Za przetrwanie dwóch kampanii prezydenckich swojego męża. "Przez większość 2008 roku próbowałam nie przejmować się ciosami".
Za godne spotkanie z Donaldem Trumpem i Melanią, oficjalne "przekazanie im Białego Domu". Podziwiam, bo Trump nieustająco szczuł na jej rodzinę, nie biorąc zupełnie pod uwagę tego, że jego nienawistne słowa, mogą być jak woda na młyn dla różnych szaleńców, gotowych tylko odpalić broń. (Zwłaszcza w kraju, w którym o pistolet czy karabin jest tak łatwo).
Za program mentorski oferowany dziewczętom z różnych środowisk, w którym mentorkami były współpracowniczki Białego Domu.
Za program walki z otyłością, za ogromną kampanię społeczną w temacie odżywiania dzieci w szkołach, za zaangażowanie w temat firm dostarczających lunche, przekąski i napoje do szkół.
Za przyjmowanie dzieci w Białym Domu.
Za jeszcze, jeszcze, jeszcze więcej.
Za dobrze rozumianą normalność.
"Kariera męża pozwoliła mi z bliska przyglądać się mechanizmowi polityki i władzy. Wiedziałam, że garstka głosów oddanych w każdym okręgu może zaważyć nie tylko na tym, czy przejdzie ten czy tamten kandydat, lecz także na tym, który system wartości zatriumfuje. Jeśli w każdej dzielnicy kilkoro ludzi postanowi zostać w domu, ich decyzja może wpłynąć na to, czego nasze dzieci będą się uczyć w szkołach, jakie możliwości leczenia otrzymamy albo czy poślemy żołnierzy na wojnę. Głosowanie było zarówno proste, jak i niesamowicie skuteczne."