sobota, 18 czerwca 2016

Martin Caparros "Głód"

Autor: Martin Caparros
Tytuł: "Głód"
Wydawnictwo Literackie, marzec 2016

Skończyłam tą książkę już ponad miesiąc temu i nie mogę się zabrać za wpis o niej. Jest zdecydowanie za ważna, bym mogła ją pominąć na tym blogu, a jednocześnie budzi tak skrajne uczucia, że ciężko zacząć o niej pisać. Zastanawiam się też, co właściwie mam powiedzieć... ja... osoba aktualnie na diecie, która zastanawia się, jaki wymiennik białka zalecany przez dietetyka, dzisiaj zjeść. Moje dylematy krążą między jajkami, krewetkami i soczewicą. Jak mogę pisać o "Głodzie" Martina Caparrosa, o ludziach których spotkał w czasie pracy nad książką. O ich perspektywach i horyzontach żywieniowych, sięgających wyobrażeń o jedzeniu, zamykających się marzeniami w stylu: gdybym mógł sobie wyobrazić, że mogę mieć wszystko, co chcę do zjedzenia, to bym chciał mieć codziennie pod dostatkiem ryżu albo prosa albo sorgo. Ale co jeszcze? Możesz wybrać wszystko, mówi im Autor. Ale oni nic innego nie znają. Więc dostatek prosa jest szczytem szczęścia. "Przyszłość jest przywilejem ludzi najedzonych" powtarza Martin Caparros kilka razy. Bo ci, których dieta ogranicza się do prosa, które albo jest, albo go nie ma, nie myślą w czasie przyszłym. Martwią się tylko o tu i teraz i o to, żeby mieć COKOLWIEK do zjedzenia. I często jest to niemożliwe do osiągnięcia. W Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka czytamy: "Każdy człowiek ma prawo do stopy życiowej zapewniającej zdrowie i dobrobyt jego i jego rodziny, włączając w to WYŻYWIENIE, odzież, mieszkanie, opiekę lekarską i konieczne świadczenia socjalne, oraz prawo do ubezpieczenia na wypadek bezrobocia, choroby, niezdolności do pracy, wdowieństwa, starości lub utraty środków do życia w inny sposób od niego niezależny." I jak słusznie zauważa Autor: "[...] gdy mówimy o prawach człowieka, myślimy zwykle o tym, że nie wsadzą cię więzienia bez uzasadnionych powodów, nie będą cię torturować, , nie pozbawią życia, pozwolą ci podróżować, wyrażać opinie - ale nie przychodzi nam do głowy jedzenie. [...] Tymczasem każdego dnia setki milionów ludzi nie mogą zrealizować swojego prawa do wyżywienia."
"Dnia 11 września 2001 roku w Nowym Jorku pawie trzy tysiące ludzi - dokumenty mówią o 2973 osobach, ale dokładna liczba nigdy nie będzie znana - zginęło w atakach powietrznych nowego rodzaju. Tego samego dnia w pozostałej części świata około 25 tysięcy ludzi umarło z przyczyn związanych z głodem. I następnego dnia tyle samo, i następnego, i następnego."
Głód w dzisiejszych czasach nie jest kwestią niemożności wyprodukowania jedzenia w ilościach zapewniających każdej osobie na świecie realizację podstawowego prawa człowieka, czyli prawa do wyżywienia. "Rozwój" krajów bogatych kreuje głód w pozostałej części świata na różne sposoby:

  • Zatruwanie środowiska, czyli pozbawianie lokalnych społeczności dostępu do zasobów naturalnych np. ryb, do możliwości uprawiania ziemi z powodu skażenia. 
  • Monopol dużych koncernów na produkcję ziarna zmodyfikowanego genetycznie. A tym samym uzależnienie rolników od wielkich korporacji. Od wieków uprawa polegała na tym, że część plonów odkładało się pod przyszłoroczny zasiew. Tymczasem plony z upraw GMO są wprawdzie trochę większe, ale rok rocznie trzeba kupować od koncernów nowe ziarno. Biedni rolnicy, którzy raz się zapożyczą u dostawcy, z trudem potem mogą wyplątać się ze spirali zobowiązań i dosłownie przymierają głodem. Albo popełniają samobójstwa. 
  • Subsydiowanie rolnictwa w krajach rozwiniętych i duży eksport żywności do pozostałej części świata, co powoduje nieopłacalność lokalnej produkcji i spycha miejscowych rolników w zależność od zewnętrznych dostaw. 
  • Współczesny kolonializm, czyli nabywanie przez wielkie korporacje na własność ziemi w biednych krajach. Pozbawia to miejscową ludność dostępu do zasobów naturalnych i wpędza całe społeczności w długookresowy głód. Przejmowanie ziemi odbywa się przeważnie w zgodzie z interpretacją własności przez państwa bogate. Nie uwzględnia się tego, że w niektórych społecznościach ziemia należy do plemion, mieszkających na niej od zarania dziejów i jest to sprawa oczywista, mimo braku papierów potwierdzających ten fakt. Przejmowanie całych obszarów odbywa się przy poparciu miejscowych skorumpowanych rządów lub urzędników bez uwzględniania interesów lokalnych mieszkańców. 
  • Wydobywanie surowców np. w Afryce i ich wywóz za bezcen do bogatych krajów. Do miejscowych społeczności nie trafia praktycznie nic z ceny, jaką świat płaci bogactwa naturalne. "To dobroczynność, która najpierw zabrała żebrakowi jego dobytek. Uran, na przykład. To układ, w którym ofiara nie zapomina, kto naprawdę ma władzę. Rząd afrykański prosi "świat" o pomoc w zaradzeniu dramatycznej sytuacji. Wówczas "świat" uruchamia mechanizmy obejmujące dyskusje, negocjacje, targowanie się, by na koniec wysłać żywność, środki pomocy, nawet szpitale. Świat "ratuje życie ludzi" - których ma się rozumieć, sam kraj nie jest zdolny uratować. Kraj powinien, a jakże, podziękować dobremu panu, który zgodził się wyciągnąć do niego pomocną dłoń i obdarować go, zabrawszy najpierw wszystko, na co miał ochotę."
  • Spekulowanie cenami zboża np. na giełdzie w Chicago (kontrakty futures etc.). Dla uczestników giełdy to tylko gra; dla bidnych społeczności, zmuszonych kupować żywność na międzynarodowych rynkach, to kwestia tego czy będą jadły, czy nie. 
  • Wzrost spożycia mięsa w krajach bardzo bogatych i szybko rozwijających się (zwłaszcza w Chinach). Uprawy zbóż na paszę dla zwierząt pochłaniają coraz większe areały ziemi, pozbawiając dostępu do niej lokalnych społeczności w biednych krajach. Podobnie jest z wodą. Produkcja mięsa jest bardzo nieefektywna. Do wyprodukowania jednej kalorii kurczaka potrzeba aż czterech kalorii roślinnych, 6 jest niezbędne do wytworzenia 1 kalorii wieprzowiny a 10 do wołowiny. Jak pisze Martin Caparros: "Jedzenie mięsa jest ostentacyjnym pokazem siły."
  • Otyłość w dużej części przypadków to też kwestia głodu. Paradoks? Wcale nie. Biedni z bogatych krajów świata, których nie stać na zdrowe, pełnowartościowe wyżywienie, zapychają żołądki czym się da: fast foodami, tanimi węglowodanami, w dużej części znalezionymi na śmietnikach, a wyrzuconymi tam np. przez duże firmy typu McDonalds. "Powtórzmy jeszcze raz: nie jest prawdą, że otyli zjadają to, czego nie dostają głodujący. Za to owszem wydaje się prawdą, że ten sam przemysł, który ich karmi śmieciami, kontroluje rynki i zagarnia surowce mogące być strawą dla głodnych. Otyli i głodujący są ofiarami - różnymi - tego samego. Nazwijmy to nierównością, kapitalizmem, hańbą."


"Podjęcie tematu głodu wymaga pewnej - mglistej - świadomości wspólnoty międzynarodowej, czy raczej wspólnoty ludzkości: założenia, że wszyscy ludzie powinni troszczyć się o to, aby nikomu nie brakowało jedzenia. Inaczej w imię czego miałoby nas obchodzić nieszczęście Abisyńczyków, Kazachów czy Bengalczyków? 
Jest to świadomość niezwykła i oznaczająca wielki postęp, która jednak nie przełożyła się jeszcze na praktykę społeczną. Być może rozszerzy się, na powrót umocni. Tymczasem bowiem idea "ludzkości" ogranicza się w swoim wyrazie do deklaracji, subtelnych wzruszeń bądź krokodylich łez, do transportów pomocy i akcji ratunkowych. Pozwala wysyłać worki ze zbożem, ale nie skłania do rezygnacji z wielkich zarobków. Nie każe szukać realnych rozwiązań problemu - z troską równą trosce o własne otoczenie: rodaków."

Autor porusza w książce OGROM problemów związanych z głodem, analizuje zjawisko z różnych punktów widzenia, ale główne pytanie książki "Jak do diabła możemy żyć, wiedząc, że dzieją się takie rzeczy?" pozostaje bez odpowiedzi. 
Wśród masy uczuć, jakie towarzyszyły mi podczas lektury, głównym chyba był WSTYD. Chcę wierzyć, że moje osobiste cegiełki, gdzieś tam przyczyniają się do poprawy czyjegoś losu, ale czy mi z tym lepiej? Na pewno nie po lekturze "Głodu" Martina Caparrosa. 

Lektura obowiązkowa!!!

Moja ocena: 6/6




środa, 25 maja 2016

Shereen El Feki "Seks i cytadela. Życie intymne w arabskim świecie przemian"

Autor: Shereen El Feki
Tytuł: "Seks i cytadela. Życie intymne w arabskim świecie przemian"
Wydawnictwo Czarne, maj 2015 


Brytyjska dziennikarka egipskiego pochodzenia postanowiła sprawdzić, co zmieniło się w świecie seksu po arabskiej wiośnie. Czy przemiany, które następują w życiu gospodarczym i społecznym obejmują też tą najbardziej intymną sferę ludzkiej egzystencji. W książce przedstawia wyniki swoich badań, skupiając się głównie na Egipcie, ale też przybliżając Maroko, Tunezję i Liban. Praca Shereen El Feki jest wynikiem jej wielu podróżny, rozmów z psychologami, socjologami, pracownikami społecznymi, wolontariuszami, aktywistami, lekarzami, pielęgniarkami, ale przede wszystkim ze zwykłymi, przeciętnymi mieszkańcami arabskiego świata. Ilość poruszanych tematów jest ogromna: antykoncepcja, seksturystyka, aborcja, obrzezanie, homoseksualizm, prostytucja, małżeństwo, erotyka w kulturze arabskiej kiedyś i dziś plus wiele innych. 
I to tyle suchych informacji. Bardziej osobiście dodam, że lektura budziła we mnie ogromną złość. Poniżej kilka "oczywistych oczywistości", o których jednak czytanie zawsze podnosi mi ciśnienie. Zaskoczeniem było małżeństwo urfi. Nie wiedziałam o istnieniu takiego tworu. 

  • Oto po raz kolejny jesteśmy świadkami odbudowywania się jakiegoś fundamentalizmu (tutaj akurat religijnego - islamskiego) z jego wszystkimi ograniczeniami i co ciekawe, ograniczeniami dotyczącymi prawie wyłącznie życia kobiet. 
  • Kobiety są przedmiotem męskiej dominacji, bardzo często nie posiadają praw, a nawet jeśli je mają, nie bywają one respektowane. 
  • Po raz kolejny nabieram przekonania, że religia jest wykorzystywana jaka narzędzie kontroli społeczeństwa (głównie kobiet).
  • No i hipokryzja tego tak "świętego i moralnie lepszego od zachodniego, społeczeństwa arabskiego". Powszechnie obchodzony jest zakaz seksu pozamałżeńskiego poprzez zawieranie tzw. małżeństw urfi, czyli małżeństw tymczasowych i nieoficjalnych. Jeżeli robią to młodzi ludzie za obopólną zgodą, to super. Życzmy im szczęścia i niech im się wiedzie. Ale prawda jest taka, że małżeństwo urfi jest w praktyce po prostu legalizacją prostytucji, pedofilii i handlu ludźmi. Szejkowie arabscy przyjeżdżają na wakacje do Egiptu i na te kilka tygodni zawierają małżeństwo lub małżeństwa z młodymi dziewczynami, stręczonymi przez pośredników. Rodziny w trudnej sytuacji materialnej często zmuszają córki do zajmowania się takim procederem. Jak wszędzie na świecie dziewictwo i młody wiek podbijają cenę, więc małżeństwo urfi, zawarte na kilka godzin, jest często po prostu niczym więcej jak aktem pedofilii. I to wszystko w imię Boga, zgodnie z zasadami itd. itd.


Nie sposób nie zawrzeć z emocji!

Książkę polecam osobą rzeczywiście zainteresowanym tematem. Informacji jest sporo i w sumie lektura bardzo ciekawa, ale czyta się dość mozolnie. 

Moja ocena: 4.5/6 


wtorek, 10 maja 2016

Przyjemność...

Karl Ove Knausgård we własnej osobie 6 maja 2016 w Muzeum Sztuki Nowoczesnej Louisiana


Przeprowadzał wywiad ze szwedzką malarką Anną Bjerger. Trochę szkoda, że to nie było jego spotkanie autorskie, ale z drugiej strony cieszę się, że mogłam na żywo spotkać jednego ze swoich ulubionych pisarzy. Pisarz i malarka praktycznie się wcale nie znają. Karl Ove zachwycił się kiedyś obrazem Anny w muzeum w Sztokholmie i poprosił ją o zilustrowanie jednej z jego książek. A malarka się zgodziła. Czekam więc teraz na wydanie tej książki. Oryginalny tytuł: "Om foråret" czyli "O wiośnie". 





Michael J. Sandel "Czego nie można kupić za pieniądze"

Autor: Michael J. Sandel
Tytuł: "Czego nie można kupić za pieniądze"
Kurhaus Publishing, grudzień 2013 

Michael Sandel ośmiela się atakować ekonomiczną świętość, czyli wolny rynek. Sama jako studentka Wydziału Ekonomiczno - Socjologicznego do znudzenia słuchałam o "niewidzialnej ręce rynku". To rzekomo idealne rozwiązanie większości problemów. I wciąż wiele osób tak sądzi, jakby kryzys 2008 roku nie miał miejsca. Autor oczywiście nie potępia wolnego rynku, ale pyta czy to dobrze, że wkracza on we wszystkie dziedziny życia. Zastanawia się czy rzeczywiście zgadzamy się na to, żeby coraz więcej kategorii społecznych opisywanych było przy pomocy rachunku zysku i strat. Jego książka to głównie pytania i zachęta do dyskusji, przy jasnym i często powtarzanym twierdzeniu, że nic nie sprawdza się zawsze i wszędzie. Autor podaje przykłady sytuacji niejednoznacznych moralnie i zachęca czytelnika do przemyśleń: jakbyśmy się zachowali, czy to akceptujemy czy nie. Jeżeli przeprowadzimy analizę czysto ekonomiczną, to okaże się, że wszystko jest w porządku, ale jeżeli dołączymy aspekt moralny, to niewątpliwie coś zacznie zgrzytać. 
  • Rynek potrafi wycenić np. dobro w postaci dziecka czy organu, a jednak z jakiś powodów nie zgadzamy się na handel dziećmi ani ludzkimi organami. 
  • Czy płacić dzieciom za czytanie książek, za obecność w szkole albo za dobre wyniki w nauce? 
  • Czy to w porządku, że ludzie posiadający więcej pieniędzy mogą sobie kupić szybsze przejście przez bramki na lotnisku, szybszą wizytę u specjalisty, albo zapłacić staczowi kolejkowemu, żeby dostać miejsce na dyskusji w Kongresie albo na przedstawieniu w Central Parku? 
  • Czy zgadzamy się, żeby płacić narkomanom za rzucenie nałogu?
  • Czy akceptujemy płacenie kobietom z pewnych środowisk za poddanie się sterylizacji?
  • Czy to w porządku, że można wynająć brzuch kobiety w Indiach, żeby urodziła dziecko parze, gdzie kobieta nie może donosić ciąży, albo nie chce w niej być po prostu. 
  • Albo umowy wiatykalne, czyli w praktyce zakładanie się o cudze życie? Czy to jest okej, że odkupuje się polisę na życie od osoby śmiertelnie chorej, oferując jej powiedzmy 50% wartości już teraz. Niby nie ma w tym nic złego. Osoba dostaje pieniądze potrzebne na leczenie, które może natychmiast wykorzystać. W praktyce inwestor po prostu zakłada się o jej życie. Wynalezienie w międzyczasie cudownego leku, na daną chorobę, niweczy jego plany inwestycyjne. W jego interesie jest, żeby osoba chora zmarła jak najszybciej. 

To tylko niektóre kwestie, które Autor poddaje pod rozwagę. 
Poza tym Michael Sandel atakuje wolny rynek jako narzędzie, które nie zawsze alokuje dobra do najbardziej potrzebujących (czyli gotowych najwięcej zapłacić wg teorii wolnego rynku). Często najwięcej płacą po prostu najbogatsi. Tak się dzieje np. w przypadku imprez sportowych. Najwierniejsi kibice często kupują najtańsze bilety, bo na lepsze ich nie stać. Ale przychodzą na mecz po to, by rzeczywiście kibicować swojej drużynie. Podczas gdy w loży VIPów zasiadają osoby, które mogą sobie na to pozwolić finansowo. Bywa, że nie są zainteresowane grą, a ich obecność może wynikać z chęci pokazania się.
Poza tym założenie, że uczestnicy rynku mają wolny wybór i działają dobrowolnie też nie do końca jest prawdziwe. Nie trzeba dużo wyobraźni, żeby wiedzieć, że osoba głodująca, która chce sprzedać własną nerkę, żeby wykarmić rodzinę, działa w warunkach przymusu ekonomicznego. Podobnie jak "wynajmująca" swój brzuch surogatka w Indiach. 

Książkę się fantastycznie czyta. Autor podaje niesłychanie dużo przykładów i przygląda im się z różnych stron. Śmie wątpić w "rynkowe świętości". Burzy nasze ugruntowane przekonania. 

Świetna lektura!!!
Polecam!!!!

Moja ocena: 6/6

środa, 27 kwietnia 2016

Peter Stjernstrom "Najlepsza książka na świecie"


Autor: Peter Stjernstrom

Tytuł: "Najlepsza książka na świecie"
Wydawnictwo Świat Książki, styczeń 2016 

Z dedykacją dla Ani z Wydawnictwa pewnego :-)

Czyli o "skomplikowanej reorganizacji z powodu wcześniejszych sukcesów".

Jeśli ktoś myśli, że pisanie książek, rynek wydawniczy i ogólnie cały proces przekazania pomysłu pisarza do ostatecznego odbiorcy, czyli czytelnika, mają coś wspólnego z mistyką, uniesieniami być może właściwymi literaturze, czy też czymś wyższym i tajemniczym, w każdym razie, że są przynajmniej troszeczkę oderwane od brutalnej rzeczywistości, praw ekonomii, marketingu, cynizmu silniejszych graczy, to cóż... zaśmiejmy się głośno w tym momencie. 
A jeżeli śmiechu mało, to zdecydowanie polecam "Najlepszą książkę na świecie", która barwnie opisuje zmaganie wydawnictwa z pisarzem i pisarza z wydawnictwem. Przepis na sukces jest prosty: trzeba napisać najlepszą książkę na świecie, która zasłużyłaby na to miano najlepiej w kilku kategoriach. Problemem może być tylko to, że dwie osoby wpadają na ten sam pomysł w tym samym momencie. Do boju rusza podupadły już nieco pisarz, który fantastycznie pisze, ale trzeźwość, to jego ostatnia cecha charakterystyczna oraz młody poeta, kochający świat i emanujący miłością do całego otoczenia. 
W wyścigu o termin liczy się każda godzina i wygląda na to, że wszystkie zagrania są dozwolone. 
Peter Stjernstrom zabawnie opisuje wydawniczy światek i rządzące nim prawa, dostarczając czytelnikowi fantastycznej rozrywki. A że jest szczególnie złośliwy, to tym bardziej zyskał moją sympatię :-)

Poniższy cytat tylko ułamek "złośliwych" możliwości Autora. Tekst dotyczy wydanej przez konkurencyjne wydawnictwo jakiejś przykładowej zagranicznej pozycji:
"Jeśli sprzedaż jest słaba, trzeba szybko wystąpić z komentarzem: Odmówiliśmy wydania tej pozycji. Nasz recenzent stwierdził, że nie ma ona żadnego potencjału handlowego. Jeśli zaś sprzedaje się dobrze, trzeba wybrać inne argumenty: Oczywiście, że my też dostaliśmy maszynopis. Jako pierwsi, jak zwykle. Niestety przechodziliśmy właśnie wtedy skomplikowaną reorganizację z powodu wcześniejszych sukcesów. No i akurat ta sprawa umknęła naszej uwadze. Ale jako pierwsi złożyliśmy autorowi gratulacje".

Polecam!!!

Moja ocena: 5/6




piątek, 15 kwietnia 2016

Wakacyjne pewniaki...

Półtora tygodnia urlopu oraz totalnego lenistwa (nie licząc biegania za 16 miesięcznym Żywiołem) i pewniaki na wyjazd, żeby nie męczyć się niepotrzebnie z nietrafionymi książkami. 
Na cudownie słoneczną i ciepłą Teneryfę zabrałam więc kolejną część zmagań Cormorana Strika i jego asystentki Robin, powieść Sarahy Waters oraz debiut Kingi Dębskiej (tu przyznaję trochę ryzykowałam, ale opłacało się), a także jedną z książek Eleny Ferrante, której serię o zaginionej przyjaciółce ktoś porównał do prozy Karla Ove Knausgårda (zupełnie się nie zgadzam z tą opinią i przyznaję, że z tą lekturą nie trafiłam). 




Autor: Robert Galbraith (J. K. Rowling)
Tytuł: "Żniwa zła"
Wydawnictwo Dolnośląskie, styczeń 2016 
Moja ocena: 5/6 

Chciałoby się rzec: bądźcie już razem detektywie Cormoranie Striku i jego asystentko Robin. Przecież to oczywiste, że jesteście dla siebie stworzeni :-). 
Ale niestety czytelnik musi pozostać w niepewności przez całą długą trzecią część przygód tej pary. Nie jestem jakąś szczególną wielbicielką kryminałów, ale wciągnęłam się w mrożące krew w żyłach historie Autorki Harrego Pottera od pierwszego tomu i ogromnie polubiłam bohaterów. W "Żniwach zła" wątek relacji Cormorana i Robin, ich problemów osobistych (oboje znajdują się na życiowych zakrętach, a Robin szykuje się do ślubu, co do którego ma wiele wątpliwości) jest równie mocno  eksponowany i skomplikowany jak historia kryminalna. I Autorka trzyma nas w napięciu do ostatniej strony. Lektura wciąga więc bardzo mocno, bo z jednej strony chcemy poznać zabójcę, a z drugiej dowiedzieć się jak to w końcu będzie między detektywem a jego partnerką (to słowo jest właściwe, bowiem w trzeciej części Robin jest już kwalifikowanym detektywem, a nie tylko asystentką). 
"W Żniwach zła" agencja Cormorana znowu przeżywa kryzys. Zajmuje się tylko śledzeniem paru osób dla bogatych klientów. Akcja się ożywia, gdy któregoś dnia Robin otrzymuje adresowaną do niej przesyłkę, zawierającą uciętą kobiecą nogę. Analogia do kalectwa Strika, któremu amputowano nogę w okolicach kolana jest oczywista. Wysłanie paczki do Robin sugeruje, że ktokolwiek to zrobił, prawdopodobnie chce się odegrać na detektywie, być może atakując jego partnerkę z biura. Strike od razu stawia kilka hipotez. Początkowo zamierza trzymać się z daleka od oficjalnego śledztwa prowadzonego przez policję, ale potem wkracza do akcji i stara się rozwiązać sprawę sam. Inteligentna intryga z wieloma wątkami, z kilkoma możliwymi rozwiązaniami zapewnia fantastyczną i pochłaniającą lekturę. Ale dla mnie i tak było ważniejsze pytanie: będą w końcu razem czy nie. Czy w następnej części Autorka znowu nam każe się tak męczyć w niepewności ;-)
Polecam!!!


Autor: Sarah Waters 
Tytuł: "Muskając aksamit"
Prószyński Media, luty 2016 
Moja ocena: 5/6

Debiutancka powieść Sarahy Waters, przetłumaczona ostatnio na polski, to obowiązkowa pozycja dla wszystkich wielbicieli talentu Autorki. 
Jest koniec XIX wieku w Whistable w Anglii i Nancy Astley wiedzie spokojny żywot córki handlarza ostryg. Pomaga w prowadzeniu rodzinnej gospody, a od czasu do czasu wieczory spędza w teatrze rewiowym - Palace of Varietes - w oddalonym o 15 minut drogi pociągiem Canterbury. Poza zajęciem w gospodzie i odrobiną rozrywki teatralnej, życie Nancy nie przynosi żadnych większych atrakcji. Aż do momentu, kiedy na scenie w Canterbury pojawia się Kitty Butler, stając się obiektem uwielbienia Nancy. Bohaterka wydaje wszystkie swoje pieniądze na przejazdy pociągiem i bilety na występy przyjezdnej aktorki. Z czasem staje się jej garderobianą i razem wyjeżdżają do Londynu, gdzie Kitty próbuje szczęścia na bardziej prestiżowych i ambitniejszych scenach. Wielkie miasto stoi przed kobietami otworem, ale też je ogranicza swoją moralnością, pruderią i podwójnymi standardami. Brawurowy pomysł opuszczenia Whistable przynosi Nancy wiele szczęścia, ale także upokorzenia, nędzy i zmiennych kolei losu. Bohaterka ma jednak szansę dojrzeć, spojrzeć realnie na swoje życie, rozpoznać kim jest i jak chce żyć. "Muskając aksamit" to drobiazgowy opis epoki i jej ruchów społecznych. Pracownicy zaczynają walczyć o swoje prawa, kobiety zyskują świadomość i przestają się godzić na standardowe role. Nancy dorasta i chociaż życie nie oszczędziło jej rozczarowań, to dostarczyło też okazji do odkrycia siebie i do miłości. 

Polecam!!!



Autor: Kinga Dębska 
Tytuł: "Moje córki krowy"
Wydawnictwo Świat Książki, styczeń 2016 
Moja ocena: 6/6

"Moim marzeniem jest takie skonstruowanie historii, żeby odbiorca na zmianę śmiał się i płakał, ale żeby odłożył książkę lub wyszedł z kina zbudowany, a nie podłamany".
Kinga Dębska

Udało się to Autorce świetnie!
"Moje córki krowy" to historia opowiadana przez dwie siostry. Mamy więc szansę zobaczyć te same zdarzenia z dwóch różnych punktów widzenia. 
Marta jest rok starsza od Kasi i to ona w rodzinie zawsze była tą mądrzejszą, rozsądniejszą, odpowiednią do opieki nad młodszym rodzeństwem. Dobiega czterdzietki, a jej życie mimo, że pełne sukcesów (jest aktorką, gra w serialu, jest ustawiona finansowo) dalekie jest od ideału. Samotnie wychowuje córkę, nie udało jej się stworzyć szczęśliwego związku, jest dosyć samotna ogólnie. Kasia to ta,  która za starszą siostrą się "pałętała", dokuczała jej, donosiła do rodziców, gdy trzeba było. W dorosłym życiu jest nauczycielką, ma nastoletniego syna i męża, który od wielu lat szuka pracy, a najchętniej siedzi w fotelu i spożywa alkohol. To ona z dwójki rodzeństwa wciąż mieszka z rodzicami. Jest bardzo emocjonalna, często się wzrusza i mam wrażenie, że udaje "głupszą" niż jest w rzeczywistości. 
Siostry nie są swoimi fankami, mają zupełnie różne style życia, inne gusty i wiele uwag do siebie wzajemnie. Nagła ciężka choroba obojga rodziców (najpierw matki, a potem w krótkim czasie ojca) powoduje, że muszą spędzać więcej czasu razem, więcej rozmawiać i więcej razem planować. 
Czytelnik widzi jak opinia Marty o Kasi jest połowiczna i niesprawiedliwa, podobnie jak opinia Kasi o Marcie. Choroba rodziców zbliża siostry do siebie. Okazuje się, że każda z nich inaczej zapamiętała dzieciństwo, co innego było ważne. Bolesne przeżycia w obliczu śmierci matki oraz konieczność opieki nad coraz bardziej niedomagającym ojcem, sprawiają, że Marta i Kasia po raz pierwszy mają szansę porozmawiać szczerze i każda z nich zaczyna widzieć życie tej drugiej bardziej prawdziwie i bez ubarwień. 
Przepiękna książka! I do śmiechu i do płaczu. To się Kindze Dębskiej na pewno udało. 
Polecam!!!





wtorek, 5 kwietnia 2016

Swietłana Aleksijewicz "Cynkowi chłopcy"

Autor: Swietłana Aleksijewicz
Tytuł: "Cynkowi chłopcy"
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2015 


"Leciałam śmigłowcem... Z góry widziałam setki przygotowanych zawczasu cynkowych trumien, które pięknie i strasznie błyszczały w słońcu...
Kiedy człowiek zetknie się czymś podobnym, to od razu myśli: literatura dusi się w swoich granicach..."

Wojna jest bez sensu. Tak myślę i nie zapowiada się, żebym miała zmienić zdanie. I trudno mi uwierzyć, żeby ktokolwiek, kto zapoznał się z książkami Swietłany Aleksijewicz mógł sądzić inaczej. Liczę na to, że po tym jak Autorka otrzymała Literacką Nagrodę Nobla, jej twórczość na stałe wejdzie na listę lektur szkolnych. I że nie będzie się młodych ludzi epatować ideą bezsensownego wojennego bohaterstwa, uwiecznionego pomnikami poległych. Marzy mi się, żeby dzieci nie uczyły się o tym, że bycie "mięsem armatnim" w rozgrywkach mocarzy, fanatyków i ludzi z kompleksami, jest czymś wzniosłym, patriotycznym i warto temu stawiać muzea. Bo co to znaczy być bohaterem? Zostać wysłanym na front, być upodlonym, posuwać się do czynów, jakich nigdy by się człowiek po sobie nie spodziewał. Po co? Dla czego? W czyim imieniu? I umrzeć - to czasami najlepsze co się może przytrafić. A po powrocie życie z traumą. Swietłana Aleksijewicz w swoich książkach opowiedziała o wojnie kobiet (Swietłana Aleksijewicz Tytuł: "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety") i dzieci ("Ostatni świadkowie Utwory solowe na głos dziecięcy"). A w "Cynkowych chłopcach" o bezsensie rosyjskiej interwencji w Afganistanie. Relacje świadków układają się w ogromny dramat ludzi, wysłanych na front, często wbrew własnej woli, oszołomionych radziecką propagandą, dla których, nawet jeśli wrócili z Afganistanu, nie ma już normalnego życia. 

Jak powiedzieć młodym chłopakom, często nastolatkom, których cała dorosłość i świadomość była kształtowana przez wojnę, którzy zabijali, którzy żyją, ale często okaleczeni, niepełnosprawni, których faszerowano propagandą, wmawiano im, że ojczyzna potrzebuje ich ofiary, jak im powiedzieć: to było bez sensu! Ta interwencja w Afganistanie nigdy nie powinna mieć miejsca, a wy jesteście po prostu mordercami. Tego się na da zrobić. Ludzie wysyłani do walki, w potworne warunki, gnębieni w równym stopniu przez wroga, jak i zjawisko fali obecne w każdej armii, wykonujący po prostu rozkazy. Ich życia są bezpowrotnie zniszczone, większość z nich nie rozumie, że to wszystko było na nic, że to nie miało sensu. A ci, do których to dociera i na przykład dekalarują, że zrobią wszystko, żeby ich dzieci nie trafiły do wojska, są niezrozumiani przez własnych rodziców, dla których syn walczący "za ojczyznę" zawsze był szczytem rodzicielskich ambicji.
Propaganda rosyjska spisywała się bardzo dobrze. Duża część społeczeństwa wierzyła, że rząd wysyła młodych ludzi, aby bili się o jakiś "wielki, bliżej nieokreślony cel". Dopiero gdy coraz więcej cynkowych trumien z ciałami zaczęło wracać do kraju, a walki się przedłużały, pojawiły się pierwsze nieśmiałe opinie, że może interwencja w Afganistanie to nie jest zbyt sensowne działanie. 
Swietłana Aleksijewicz wysłuchała setek żłonierzy, ich żon, matek i bliskich. Na łamach swojej książki oddała im głos, by sami najlepiej świadczyli o tym, co się wydarzyło. Chwała jej za to, że udało jej się wyciągnąć z ludzi te historie. 
Wierzę w to, że w szkołach młodzież będzie miała możliwość uczenia się o wojnie od strony, od której pokazuje ją Swietłana Aleksijewicz. Według mnie to właśnie jest strona prawdziwa. 


"Wojna nie czyni człowieka lepszym. Wyłącznie gorszym. Bez żadnych wątpliwości. Nigdy nie wrócę do tego dnia, kiedy wyruszyłem na wojnę. Nie będę tym, kim byłem przed wojną. Jak mogę stać się lepszym, jeśli widziałem... jak ludzie za czeki kupują u medyków dwie szklanki moczu chorego na żółtaczkę. Potem taki go wypija. Zaczyna chorować. Zwalniają go. Widziałem, jak odstrzeliwują sobie palce. Jak kaleczą się zamkami karabinów maszynowych. Jak... jak... Jak w tym samolocie lecą do domu cynkowe trumny i walizki z kożuchami, dżinsami, damskimi majtkami... Z chińską herbatą..."

"Kiedy moja żona spytała: "Jak mąż trafił do Afganistanu?", odpowiedziano jej: "Sam wyraził takie życzenie". To samo powiedziano wszystkim naszym matkom i żonom. Gdyby moje życie, moja krew potrzebne były dla jakiejś wielkiej sprawy, to sam bym powiedział: "Zgłaszam się na ochotnika!". Ale zostałem oszukany podwójnie: wysłali mnie na wojnę i nie powiedzieli co to za wojna. Prawdę o niej poznałem po ośmiu latach. W grobach leżą moi przyjaciele i nie wiedzą jak ich z tą podłą wojną oszukano. Czasem im nawet zazdroszczę: nigdy sie o tym nie dowiedzą. I już więcej ich nikt nie oszuka".

Moja ocena: 6/6




środa, 9 marca 2016

Kate Atkinson "Kiedy nadejdą dobre wieści?"


Autor: Kate Atkinson 
Tytuł: "Kiedy nadejdą dobre wieści?"
Wydawnictwo Czarna Owca, lipiec 2015 

Joanna Manson straciła rodzinę 30 lat temu w tragicznych okolicznościach. 
Jackson Brodie przypadkowo znajduje się w pociągu, który wiezie go w kierunku brutalnych, nieoczekiwanych zdarzeń. 
Reggie spędza wieczór w domu swojej nauczycielki, która spóźnia się z powrotem z cotygodniowego spotkania. Jednocześnie dotrzymuje towarzystwa ukochanemu psu nieobecnej właścicielki posesji. Spokojny wieczór zostaje przerwany przez tragiczne wydarzenia tuż za płotem. 
Losy tych trzech bohaterów splatają się w pasjonującą pogoń za wyjaśnieniem zagadki i próbą uratowania jednego z nich. Misternie skonstruowane wątki, wyraziste postacie i zagadka sprawiają, że naprawdę ciężko oderwać się od lektury. Wciągająca, pasjonująca powieść!

Gorąco polecam!!!

Moja ocena: 6/6


wtorek, 8 marca 2016

Lars Saabye Christensen "Półbrat"

Autor: Lars Saabye Christensen
Tytuł: "Półbrat"
Wydawnictwo Literackie, wrzesień 2015 


Piękna, zachwycająca saga o rodzinie, której los został na zawsze naznaczony przez tragiczne wydarzenie ostatniego dnia wojny. 


900 stron prawdziwej literackiej uczty. 


Więcej o książce na Lubimy czytać


Moja ocena: 6/6

poniedziałek, 7 marca 2016

Agnieszka Graff, Marta Frej "Memy i graffy. Dżender, kasa i seks".

Autor: Agnieszka Graff, Marta Frej 
Tytuł: "Memy i graffy. Dżender, kasa i seks"
Wydawnictwo Krytyka Polityczna, listopad 2015

Agnieszka Graff - pisarka, publicystka, feministka spotkała się z Martą Frej - malarką, ilustratorką, animatorką kluturalną, aby wspólnie pogadać i skomentować rzeczywistość. Jedna robi to za pomocą książek i felietonów, a druga za pomocą memów. Łączy je to, że świat widzą podobnie i równie "wybuchowo" i celnie komentują. 
"Memy i graffy" to wybór felietonów Agnieszki Graff i memów Marty Frej bezbłędnie pokazujących absurdy współczesnego świata. W książce poruszane są następujące tematy:
Część 1 - polityczna - o kościele, dżender i wolności słowa. 
Część 2 - życiowa - o równości, różnicach płci, macierzyństwie, dzieciach i nieodpłatnej pracy kobiet. 
Część 3 - filmowa - opinia Agnieszki Graff min o takich filmach jak "Pokłosie", "Miasto 44", "Ida", "Papusza", 
Część 4 - erotyczno - feministyczna - o kulturze, popkulturze i celebrytkach. O seksie, wolności i feminizmie. 

U Agnieszki Graff uwielbiam to, że rzeczowo i klarownie porafi wyjaśnić najbardziej skomplikowane i trudne zagadnienia. Od lat analizuje polską rzeczywistość i niestety od czasu swojej książki "Świat bez kobiet" ma coraz więcej, a nie coraz mniej do komentowania. W temacie równości i równouprawnienia mentalność w Polsce zmienia się niezwykle powoli i topornie. A od wyborów w październiku 2015 zaczynamy w zastraszającym tempie cofać się do poprzedniej epoki. Agnieszka Graff od lat przekonuje, że feminizm jest sprawą nas wszystkich, a do równouprawnienia w Polsce jeszcze strasznie daleko, mimo deklaracji sporej części kobiet, że nie czują się dyskryminowane. 
Czas z tekstami tej Autorki to dla mnie zawsze świeży, intelektualny powiew. 

A absolutną wielbicielką Marty Frej zostałam po obejrzeniu jej memów w tej właśnie książce. Są fantastyczne: charakterystyczne malowanie ze zdjęć z błyskotliwym komentarzem. Jeden rzut oka i wystarcza zamiast długiego felietonu! Piękne!

Poniżej cytat z książki. I kilka memów Marty Frej. 

"Dziś słowo gender robi taką karierę w dużej mierze dlatego, że posługują się nim twórcy unijnej polityki równościowej. Ta polityka (gender mainstreaming) ma swoje wady i ograniczenia, ale stanowi część pewnej dłuższej historii. To po prostu kolejna - po wywalczonych przez sufrażystki prawach wyborczych i po przemianach obyczajowych i prawnych, które spowodował ruch kobiecy lat siedemdziesiątych - faza włączenia kobiet do sfery obywatelstwa. Demokracja stopniowo wkracza na rynek pracy i do sfery prywatnej, zdominowanej dotąd przez patriarchalną tradycję. Dlatego konsekwentnie wprowadza się w Unii równościową edukację na wszystkich poziomach nauczania. Dlatego chroni się kobiety i dzieci przed przemocą w rodzinie, otwarcie przy tym mówiąc, że źródłem tej przemocy jest patriarchalna kultura. Dlatego kolejne państwa legalizują związki partnerskie, zrównując prawa związków nieheteroseksualnych z heteroseksualnymi. To wszystko musi budzić niepokój - jak każda wielka zmiana. Podobne lęki, podobny opór towarzyszyły pierwszej fali feminizmu. Przyznanie kobietom praw wyborczych też miało być cywilizacyjną katastrofą, odwróceniem ról, nieszczęściem dla rodziny."

sobota, 27 lutego 2016

Jamie Oliver "Superfood na co dzień. Czyli co jeść, aby dobrze się czuć".


Autor: Jamie Oliver 
Tytuł: "Superfood na co dzień. Czyli co jeść, aby dobrze się czuć"
Wydawnictwo Insignis, październik 2015 

Nie piszę o książkach kucharskich, bo tak naprawdę to po co? Ale "Superfood na co dzień bardzo mi się podoba". Na tyle, że spośród wielu, wielu książek kucharskich, które posiadam, wybrałam, właśnie tą, aby zaprezentować ją na moim blogu. I teraz właśnie nastąpi ocena książki kucharskiej okiem laika, aczkolwiek uwielbiającego jeść różnorodnie i zdrowo oraz posiadającego (niespełnione) ambicje o dobrym gotowaniu.
Zacznę od wad: niestety "Superfood na co dzień" nie jest pozycją z wyłącznie wegetariańskimi przepisami. Całe mnóstwo takowych tam się znajduje, ale jest też mięso i ryby. 
Ale ponieważ jest bardzo dużo przepisów wegetariańskich, więc cieszę się, że mam ją w swojej bibliotece i mogę z niej korzystać. 

Superfood lubię za:
1. zdrowe, zbilansowane przepisy. Jamie naprawdę zgłębił temat prawidłowego odżywiania. Przy układaniu propozycji posiłków współpracował z zespołem dietetyków, sam rozpoczął również studia w tym zakresie, pobierał konsultacje u specjalistów min. od dobrego snu i wpływu diety na serce. Jakikolwiek więc przepis wybierzemy, mamy pewność, że służy naszemu zdrowiu i dobremu samopoczuciu.
2. przejrzyste, przydatne informacje. Pod każdym przepisem widnieje tabelka podająca ilość kalorii, tłuszczów, tłuszczów nasyconych, białka, węglowodanów, cukru i błonnika oraz czas potrzebny na przygotowanie potrawy. Dodatkowo na końcu książki znajduje się rozdział o prawidłowym odżywianiu z najważniejszymi i przystępnie przekazanymi informacjami. 
3. sensowne instrukcje wykonywania dań: czynności są opisane, krótko aczkolwiek klarownie, w kolejności wykonywania (nie traci się więc czasu na zastanawianie się co najpierw, co potem). Instrukcje są nieprzegadane, a wskazówki cenne. Mam wrażenie, że Jamie rozumie osoby, które nie są mistrzami kuchni. (Ja osobiście nienawidzę książek, w których najpierw na pół strony następuje opis tego, jak rozprowadzić oliwę po patelni, a za chwilę autor pisze "zahartować śmietanę". Moim zdaniem totalna niekonsekwencja. Bo jeżeli autor zakłada, że ktoś nie umie rozprowadzić oliwy na patelni, to na jakiej podstawie przewiduje, że ktoś będzie wiedział jak "zahartować śmietanę" czy "rozpuścić czekoladę w kąpieli wodnej"). Jamie zachowuje odpowiednie proporcje w założeniu, co czytelnik będzie potrafił zrobić i nie trzeba w tym temacie rozwlekłych opisów na pół strony, a z czym może mieć problem i tu dostaje cenne wskazówki od specjalisty. 
4. dużą różnorodność dań
5. piękne wydanie
6. w miarę łatwe do wykonania przepisy 

Polecam!

Moja ocena: 5/6 (nie mogę dać 6, bo jednak nie są to przepisy tylko wegetariańskie)






środa, 17 lutego 2016

Richard Flanagan "Ścieżki Północy"

Autor: Richard Flanagan 
Tytuł: "Ścieżki Północy"
Wydawnictwo Literackie, październik 2015 

"Zniewalająco piękna powieść" głosi okładka. Dodatkowo Autor jest laureatem Nagrody Bookera za 2014 rok. A mnie "Ścieżki Północy" nie zniewoliły, mimo iż uważam, że to ważna, dobra i świetnie skonstruowana powieść. Musiałam jednak dobrnąć aż do ostatniej strony, żeby wydać taki osąd. Ale od początku...
Główną postacią "Ścieżek Północy" jest Dorrigo Evans, lekarz chirurg, bohater wojenny, który przeżył japoński obóz jeniecki w czasie drugiej wojny światowej.  Japończycy w latach 1942-1943 budowali Kolej Śmierci czyli Kolej Birmańską. Długa na 415 km linia łączyła Bangkok w Tajlandii z Rangun w Birmie. Miała zapewnić szybsze dostawy dla Japończyków na froncie w Birmie, a w przyszłości stanowić bazę dla planów podboju Indii. Pierwsze idee dotyczące budowy stałej linii kolejowej z Tajlandii do Birmy i Chin pojawiły się w 1880 roku wśród członków brytyjskich władz kolonialnych w Birmie. Przedsięwzięcie jednak nie było kontynuowane ze względu na brak inwestorów. Dopiero podczas II wojny światowej Japończycy ku chwale cesarza i kosztem życia tysięcy jeńców wojennych i cywilów wybudowali kolej. Szacuje się, że liczba ofiar tego "przedsięwzięcia" wynosi około 120 tysięcy. Ludzie żyli w tragicznych warunkach: bez zaplecza sanitarnego, w przepełnionych barakach, bez odpowiedniej odzieży, butów, na głodowych racjach żywieniowych. Umierali w męczarniach dziesiątkowani przez dyzenterię, malarię, beri beri, cholerę, głód. 
Właśnie o życiu w obozie jenieckim opowiadają "Ścieżki Północy". 
Dorrigo Evansa poznajemy jako leciwego, szanowanego, utytułowanego chirurga i bohatera wojennego, który wydaje opatrzone swoim komentarzem, uratowane z czasów niewoli japońskiej, rysunki obozowego kompana. Książka to wspomnienia Dorrigo z tamtych lat. Autor przedstawia bardzo sugestywnie i dokładnie warunki życia w japońskiej niewoli. Bohater każdego dnia targował się ze strażnikami o ilość jeńców, jaka ma się stawić do budowy linii. Najpierw pracowali tylko zdrowi ludzie, potem również lekko niedysponowani. Z czasem, gdy zaczęły pojawiać się coraz bardziej absurdalne terminy oddania kolei do użytku, wzrosła też presja Japończyków na to, by jak najwięcej jeńców pracowało. Do budowy wyruszali więc nawet ci, którzy ledwo chodzili. Część osób trzeba było na plac budowy dostarczać na noszach. Wydłużano godziny pracy, kasowano wszystkie dni wolne, często budowa trwała również w nocy. Jeńcy nie mieli praktycznie żadnych profesjonalnych narzędzi do pracy. Nękani przez choroby, deszcze, głód i strażników mieli niewielkie szanse na przeżycie. 
Dla japońskich żołnierzy jeńcy byli nikim. W ich mentalności przebywanie w niewoli odbierało im jakąkolwiek godność. Wg kodeksu Japończyków należało wtedy popełnić samobójstwo. Różnice w światopoglądzie pomiędzy japońskimi strażnikami a alianckimi jeńcami widać też na innych polach. Japończycy uważali bicie za coś najbardziej oczywistego. W ich armii takie praktyki były normalnością i nikt się temu nie dziwił. Byli też absolutnie oddani cesarzowi, gotowi do popełniania najgorszych okrucieństw i bzdur dla chwały jego imienia. Dorrigo Evans każdego dnia balansował na cienkiej linii, próbując przechytrzyć Japończyków. Był bardzo szanowany przez swoich współtowarzyszy jako człowiek niezłomnego charakteru, ogromnie sprawiedliwy. Sam siebie tak nie postrzegał. Czytelnik wie, że nie miał o sobie dobrego zdania. Potępiał się za to, że często myśli inaczej niż postępuje. Chociaż to uczynki były szlachetne i zapewniły mu miejsce wśród darzonych szacunkiem bohaterów wojennych. 
"Ścieżki Północy" to także wątek miłosny. Tuż przed wyjazdem na front Dorrigo poznaje żonę swojego wuja Amy i zakochuje się w niej szaleńczo i absolutnie. Na plan dalszy odchodzi narzeczona Ela i inne przypadkowe znajomości z kobietami, do których Dorrigo miał zawsze słabość. Ta miłość przewija się przez całe jego życie i jest oprócz pobytu w japońskim obozie jenieckim drugim ważnym wątkiem tej książki. Wg mnie dużo mniej udanym. Powiedziałabym, że nawet trochę tandetnym. Ale stanowi dla czytelnika miły przerywnik od okropności opisów pracy przy budowie kolei śmierci. 
Kilka razy podczas lektury zdarzyło mi się parsknąć śmiechem w reakcji na niektóre pretensjonalne opisy i frazy autora. Dlatego nie dołączam do towarzyszących książce Zachwytów przez duże "Z".
Ale ogólnie "Ścieżki Północy" polecam. Dostarczają ważnych informacji o śmiertelnych warunkach pracy przy szalonym japońskim projekcie budowy kolei Tajlandia - Birma. Pokazują też różnice w mentalności żołnierzy japońskich i alianckich, oraz nakreślają powojenną traumę i nieumiejętność odnalezienia się w codzienności tych, którym mimo wszystko udało się przeżyć. 

Więcej można poczytać też tutaj:
THE THAILAND-BURMA RAILWAY CENTRE

Moja ocena: 5/6 

sobota, 13 lutego 2016

Rachel Cusk "Outline"

Autor: Rachel Cusk 
Tytuł: "Outline"
Wydawnictwo Farrar, Straus and Giroux, 2015 

Piękna powieść, w której narratorka (główna bohaterka) próbuje określić siebie, to kim teraz jest, poprzez rozmowy z innymi ludźmi. Książka w całości składa się z relacji z tych konwersacji. Narratorka - pisarka - udaje się do Aten, gdzie ma poprowadzić wraz z innymi pisarzami warsztaty kreatywnego pisania. W samolocie rozmawia ze swoim sąsiadem, z którym nawiązuje znajomość kontynuowaną potem podczas pobytu w Atenach. Razem pływają na łódce, chodzą na kolacje, kąpią się w morzu. Ale najważniejsze jest to, że bohaterka zachęca swojego towarzysza z samolotu , jak również wszystkie inne spotykane osoby do zwierzeń. Dowiadujemy się o ich miłościach, udanych i nieudanych małżeństwach, dzieciach, lękach, życiowych porażkach i sukcesach. Rozmówcy zdradzają jej wiele detali i tajemnic ze swojej codzienności. Słuchając ich, dyskutując z nimi, czując ich emocje, bohaterka zaczyna rozumieć kim jest ona sama w nowej dla siebie sytuacji życiowej. Niewiele wiemy o tej kobiecie, oprócz tego, że mieszka w Londynie, jest pisarką, ma dzieci i właśnie się rozwiodła oraz zmieniła mieszkanie. Narratorka raczej słucha innych osób niż mówi o sobie. Wychodzi w Atenach na kolacje z pisarzami, spotyka się ze znajomymi. Z relacji z tych rozmów poznajemy bohaterkę, jako o kobietę, która niedawno doświadczyła w życiu straty, nie do końca jeszcze umie to wszystko nazwać i określić, próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Wiele rzeczy jest niedopowiedzianych albo tylko subtelnie zaznaczonych, co daje wrażenie, że dotykamy spraw dla bohaterów intymnych i delikatnych. Bohaterka słucha uważnie i empatycznie odnosi się do swoich rozmówców, wydaje się jednak, że mimo tego jest do nich zdystansowana. Ale to co słyszy, pomaga jej zrozumieć samą siebie. 
Piękna powieść. 

Polecam!

Moja ocena: 5/6

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Jhumpa Lahiri "Zagubieni wśród hiacyntów"

Autor: Jhumpa Lahiri
Tytuł: "Zagubieni wśród hiacyntów"
Wydawnictwo Albatros, październik 2015 


Gdybym miała krótko napisać, o czym jest ta powieść, to powiedziałabym, że o samotności, o "uwięzieniu" przez kulturę, z której się pochodzi, o poszukiwaniu nowych horyzontów i idei, o odpowiedzialności za swoje i nieswoje wybory, o tajemnicy często skrywanej przez całe życie. 
Historia dwóch braci Udayana i Subhasha urodzonych w bengalskiej rodzinie. Od dzieciństwa byli ze sobą bardzo związani. Starszy Udayan prowokował wybryki, robił rzeczy zakazane a młodszy Subhash trzymał się w jego cieniu i był wykonawcą jego pomysłów. Po studiach Subhash wyjechał do Ameryki dalej się kształcić, a starszy brat zaangażował się w walkę polityczną po stronie ubogich i wykluczonych, dołączając do tworzącego się właśnie ruchu naksalitów. Jego żoną została studentka filozofii Gauri, która po "nielegalnym" (w tajemnicy przed rodziną) ślubie, zamieszkała u swoich teściów, stając się typową indyjską synową: bez większych praw i szacunku ze strony rodziców męża, za to z dużą ilością obowiązków. Młodzi małżonkowie angażowali się w działalność naksalitów, nie zawsze legalną, co finalnie Udayan przypłacił życiem. Jego brat kierowany poczuciem obowiązku, ale i nadzieją, że wszystko się dobrze ułoży, poślubił wdowę po zabitym przez policję bracie. Subhash i Gauri razem wyjechali do USA, aby budować nowy związek i wspólną przyszłość. Życie oczywiście zweryfikowało ich wybory. 
Dla mnie wątki w tej książce są trochę rozmyte. Nie do końca rozumiem co autorka chciała wyrazić, co było najważniejsze. Najbardziej interesującym w mojej ocenie był wątek Gauri. Niezależnej studentki filozofii w Indiach, która wiąże się  z indyjskim rewolucjonistą, po to by żyć z nim w jak najbardziej tradycyjnym związku: wspomniane już relacje z teściami, ale też stosunek Udayana do niej: walczy o równouprawnienie najbiedniejszych, ale jednocześnie w domu zawsze jest obsługiwany i nigdy nie wykazuje chęci by to zmienić. Sam świetnie wykształcony godzi się  z sytuacją, że Gauri nie może kontynuować studiów. Po wyjeździe do USA Gauri przy pomocy swojego drugiego męża, i dzięki własnej wielkiej determinacji, kończy studia i zdobywa kolejne stopnie naukowe. Nie chcę więcej pisać, żeby nie zepsuć lektury, ale ciekawa i zaskakująca jest też postawa Gauri wobec własnego dziecka. Można powiedzieć, że Gauri przechodzi długą drogę uzyskiwania pełnej wolności i niezależności wraz z możliwością podjęcia decyzji dotyczącej córki, co zaważa na całym jej życiu. 

Nie żałuję, że przeczytałam, aczkolwiek zachęcona recenzją Pauliny Wilk w Tygodniku Powszechnym spodziewałam się znacznie więcej. 

Moja ocena: 4/6


wtorek, 19 stycznia 2016

Postanowienia noworoczne i dlaczego czasami tak ciężko coś napisać na blogu...

Mam takie postanowienie, żeby postanowienia noworoczne robić dopiero w styczniu. Wtedy być może będzie szansa, że nie będą zbyt spontaniczno-sylwestrowe, a tym samym nieprzemyślane. Ponieważ planuję kilka dogłębnie przeanalizowanych, więc proces formułowania zahaczy pewnie o luty nawet. 
A tymczasem postanowienie numer 1: pisać więcej na blogu, a konkretnie umieszczać tutaj co najmniej 80% przeczytanych książek. A dalej będzie o tym, dlaczego to bywa trudne. 
Kupka z pozycjami do przeczytania ma się świetnie. Zapasy uzupełnione po targach książki w Krakowie i po wizycie w Polsce na Boże Narodzenie. Zapowiedzi na 2016 śledzę na bieżąco. Wszystko pięknie. Ale, ale, ale... w 2014 roku rzeczywistość uaktualniła się o jednego małego Obywatela, który teraz ma już ponad rok. Moja jedna koleżanka z grupy mam (dla niewtajemniczonych: w Danii po urodzeniu dziecka mamy są organizowane w kilkuosobowe grupy i spotykają się kolejno u siebie w domach, żeby wymieniać doświadczenia, spędzać razem czas, wyjść z domowych pieleszy itd.) pytała kiedyś położnej czy to jest w porządku, że jej dziecko potrafi siedzieć 3 godziny na macie w kuchni i się bawić, podczas gdy ona gotuje i robi inne rzeczy. Padła odpowiedź, że to jest ok. Mnie takie pytanie nigdy nie wpadło do głowy, z bardzo prozaicznego powodu: jeśli moje dziecko siedzi w jednym miejscu dłużej niż 5 minut, to wyciągam termometr i zaczynam podejrzewać chorobę. Jeżeli czas zajmowania się czymś przekracza 10 minut, jestem bliska wezwania profesjonalnej pomocy lekarskiej. I mimo, że w tej dynamicznej atmosferze domowo-życiowej ciągle dużo czytam, to blog został zaniedbany. Nie zwalam wszystkiego na małego Obywatela. Ale bywa ciężko. 


Nowe elementy
na półkach z książkami

Nowi mieszkańcy
na książkowych półkach

Taka oto rzeczywistość:
Pracuję dzisiaj z domu tzn. nie przebyłam sporo ponad godzinnej drogi do pracy i z powrotem, żeby móc natychmiast odebrać dziecko z przedszkola, gdyby okazało się, że coś jest nie w porządku. Synek ma lekki katar i kaszel. Nie wiadomo było czy to już przechodzi, czy dopiero się rozwija. O 13 telefon, że infekcja oka. Jedziemy do lekarza. Brać wózek czy nie? Czy dzisiaj łaskawie będzie chciał w nim siedzieć, czy skończę z dzieckiem na jednej ręce i pchaniem wózka drugą. Śnieg pada jak szalony, trzeba by zakładać pokrowiec... Dobra nie biorę, jedziemy do centrum taksówką. Ponieważ mamy ponad godzinę, to postanawiam zrobić zakupy. TYLKO parę rzeczy. Po spakowaniu szacuję wagę siatki na jakieś 7 kg. Super. Więc biorę dziecko 12 kg, siatkę 7 kg i plecak z niezbędnościami (niby zestaw do przebrania nie jest konieczny, bo wyszliśmy z domu tylko na trochę, ale GWARANTUJĘ Wam, że gdybym go nie wzięła,  to właśnie wtedy byłaby kupa po pachy i wszystkie inne nieszczęścia). Lekko obciążona ruszam do lekarza. Po wizycie trzeba iść wykupić receptę. Spokojnie, apteka przecież blisko. Ponad 20 kg obciążenia, w tym 12 super aktywnego, zmienia jednak postrzeganie rzeczywistości. No ale nic. Idziemy. Aha w żłobku zaginęły rękawiczki. Wchodzimy po drodze do sklepu sportowego, żeby nabyć nowe. Sklep ma tą zaletę, że nie ma w nim kałuży z roztopionym błotem, w którym świetnie jest bawić. Więc być może mój synek pochodzi sobie trochę, czymś się zajmie (czymś innym niż błotem) a ja spokojnie dokonam zakupów. Ha ha ha. Zastanawialiście się kiedyś na czym wiszą w sklepach sportowych skarpetki, rękawiczki, czapki i inne akcesoria? Na hakach. W tym konkretnym sklepie wszędzie, od góry do dołu towar eksponowany jest na hakach. Gdyby dziecko na nie wpadło, to po oku i innych częściach ciała. Więc nie mogę go puścić i z dzieckiem na ręku wygrzebuję jakieś rękawice, potem wyciągam z zakamarków plecaka portfel, próbuję sprawnie zapłacić, spakować zakupy i wyjść. Ufff. Następny przystanek apteka. Tutaj też nici z puszczenia dziecka wolno. Buteleczki, paczuszki, pojemniczki itd. Cuda świata w zasięgu małych rączek. Jakiś pan się lituje nade mną i zamienia się ze mną na numerki. Ja podchodzę natychmiast, a on znowu ląduje na końcu kolejki. Przed powrotem do domu postanawiam "odpocząć" w kawiarni. Lokal nastrojowy, niskie stoliki, świeczki, cudownie. 10 minut przemeblowania i można się rozgościć. Ostatecznie najważniejsze jednak, że udało się zamówić i wypić kawę, a poza tym nic nie rozbić. Potem trzeba się ubrać: czapki, kombinezony, rękawiczki, szaliki... uffff. I już tylko podróż autobusem i jesteśmy w domu. Może jednak trzeba było wziąć wózek? Bo w domu to już spokój: kolacja, kąpiel, szykowanie rzeczy na następny dzień, lunch do pracy itd. W międzyczasie próby przekonywania dziecka, że chodzenie na szafki, walenie łyżeczką w szybę, wyjmowanie śmieci z kosza itp. itd. są zupełnie zbędnymi czynnościami. 
I nawet jeśli maluch jest łaskawy i pójdzie spać o rozsądnej porze i mogłabym usiąść i coś napisać na blogu, to po prostu bywa, że mi się nie chce. Są dni, gdy siadam w fotelu i po prostu siedzę i piję herbatę i to wszystko, na co mnie stać. 
Ale postanowieniem numer 1 zobowiązuję siebie do większej wieczornej mobilizacji umysłowej i do większej ilości postów na blogu.  


Nowa literatura

Nowa literatura


Żywioł :-)