wtorek, 23 czerwca 2015

Karl Ove Knausgård "Moja walka" Powieść 2.

Autor: Karl Ove Knausgård
Tytuł: "Moja walka" Powieść 2.
Wydawnictwo Literackie, maj 2015 

Blog powinien zmienić chyba nazwę na porzucony albo zaniedbany. No ale takie są realia. Ja swoją walkę, toczę teraz o każdą wolną chwilę. I o ile z czytaniem idzie nieźle. Czytam naprawdę sporo, lista nowych pozycji przede mną też długa, półka z nowościami się ugina, o tyle z czasem na pisanie trochę krucho. Często nawet, gdy pojawi się moment wolnego i oddechu, to po prostu siedzę i się napawam ciszą i nicnierobieniem. Uroki macierzyństwa. Ale blog jest, coś się może z czasem zacznie znowu regularniej pojawiać. 

Na drugi tom "Mojej walki" Knausgårda czekałam z niecierpliowścią, co chwilą zaglądając na stronę Wydawnictwa Literackiego i sprawdzając czy już mają w zapowiedziach datę wydania. Długo kazali czekać. Ale oczywiście było warto. Powieść zupełnie mnie pochłonęła. Krzysztof Varga w recenzji dla Gazety Wyborczej zastanawia się, dlaczego tak wielu ludzi totalnie wpada w świat autora: Co zatem zmusiło najpierw co dziesiątego Norwega (wliczając w to niemowlęta), a potem resztę świata, by kupić "Moją walkę" i wejść w świat Knausgarda?
Dla mnie jest to totalna prostota jego opowieści. Świetnym, ascetycznym językiem rozkłada na czynniki pierwsze banalność codzienności. W drugiej części dominuje temat rodziny i dzieci. Gdy autor opisuje jak zmienia pieluchę czy wprowadza wózek do domu, ja naprawdę widzę jak on to robi. Poza tym z każdego zdania wyłaniają się jego emocje. Czytelnik czuje jak Karl Ove walczy o to, by móc pisać, jak walczy by być przyzwoitym facetem i ojcem, jak walczy by podołać swoim obowiązkom, chociaż zupełnie mu się nie chce i nudzi go to niemiłosiernie. 
Ta część jest mi szczególnie bliska bo ... dzieci... pocieszenie, że nie tylko ja walczę z dziecięcą codziennością. A także jest mi bliska bo ... Szwedzi (żona Karla Ove jest Szwedką i mieszkają w Szwecji)... tu oczywiście z lekkim uśmiechem na ustach: nie wiadomo dlaczego, ale wszyscy Skandynawowie nie lubią Szwedów :-), więc ja po 3 latach w Danii się przyłączam... to żart oczywiście. Ale szwedzka mentalność, zwłaszcza ich poczucie równości, o którym Karl Ove pisze, to już są opary absurdu, dlatego świetnie rozumiem Autora. I poza tym uwielbiam klimat w jakim Autor się Karl Ove: cóż może być przyjemniejszego od zapadnięcia się w fotel w jakiejś klimatycznej księgarni i czytania książki przy filiżance espresso? 

Podsumowując: "Moja walka" Powieść 2 pochłonęła mnie całkowicie. Fantastycznie, że przed nami jeszcze cztery części. 
A ja odsyłam do świetnej recenzji Krzysztofa Vargi. Tam więcej i lepiej, i ciekawiej: Kampania wyborcza Knausgarda - ciąg dalszy 'Mojej walki'

I banalna prawda z drugiego tomu: 
Codzienność, która potrafi nas zmiażdżyć, tak jak stopa potrafi zmiażdżyć głowę, może również wywołać radość; wszystko zależy od tego, jakimi oczami się patrzy.

Polecam!

Moja ocena: 6/6

niedziela, 17 maja 2015

Lena Andersson "Bez opamiętania"

Autor: Lena Andersson 
Tytuł: "Bez opamiętania" 
Wydawnictwo Pi, 2014 

Ester to piękna i bardzo mądra kobieta. Jest eseistką i poetką. Pewnego dnia dzwoni do niej telefon, który na jej drodze stawia wybitnego współczesnego artystę Hugona Raska. Ester ma napisać o nim referat. Poznają się podczas spotkania, na którym wspomniany referat, zostaje zaprezentowany. I taki jest początek romansu. Brzmi banalnie, ale wcale takie nie jest. Ta książka to opowieść o związku, w którym jednej stronie BARDZO zależy, a drugiej niespecjalnie. Historia tego jak człowiek, nawet wybitnie inteligentny, potrafi się sam oszukiwać, gdy jest zakochany i zależy mu na miłości drugiej osoby. Rozpamiętywanie każdego słowa, gestu i spojrzenia, rozbieranie na części smsów i maili, szukanie ukrytego dna w wypowiedziach i zachowaniach. I interpretowanie tego w pożądany sposób. Tony ochłapów, którymi karmi się nadzieja na miłość i życie z ukochaną osobą. I absolutna niezdolność zrozumienia, że obiekt miłości może kłamać; że pójście do łóżka nic nie znaczyło; że on NIC nie miał na myśli; że nie było podtekstów itd. Historia fantastycznie opowiedziana: o czasowej porażce rozumu w walce o miłość. O nadziei, która chwyta się każdego nędznego, pozytywnego (albo interpretowanego jako pozytywny) znaku, że będzie dobrze. 
Szczęśliwy ten, kto nie mógłby tą książką opowiedzieć kawałka swojego życia. 

Lektura na jeden wieczór, ale warto. Polecam!

Moja ocena: 6/6 

Agnieszka Graff "Jestem stąd"

Autor: Agnieszka Graff
Tytuł: "Jestem stąd"
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2014 

Wywiad rzeka z jedną z moich ulubionych feministek. Bardzo szczery i bardzo osobisty. Agnieszka Graff opowiada w nim dużo o swoim odkrytym pochodzeniu żydowskim, o wpływie, jaki to miało na kształtowanie się jej tożsamości. Mówi o dzieciństwie spędzonym w PRL-u, w inteligenckiej rodzinie opozycjonistów, o wyjeździe z rodzicami do USA, a potem o studiach w tym państwie. Dużo miejsca poświęca swojej tęsknocie za Polską, ciągłym poczuciu bycia na emigracji a nie u siebie podczas studiów w Stanach i wyjaśnia dlaczego wróciła i co to znaczy: skąd tak naprawdę jest, a skąd nie. Bardzo ciekawie brzmią opowieści o pobycie na uniwersytecie w USA: z jednej strony pobudzające, emocjonujące środowisko naukowe i intelektualne wyzwania, a z drugiej ciułanie każdego dolara, niewydawanie nic i przeliczanie wszystkiego na złotówki. A także prace dodatkowe, jakich Autorka się podejmowała: np. bycie nianią. Agnieszka Graff opowiada także o historii feminizmu, o powstaniu Manify, o gender w wydaniu polskim, o pierwszych studiach genderowych w Polsce. Dużo miejsca zajmuje tematyka związana z Kongresem Kobiet i pożegnaniem z neoliberalizmem. Agnieszka Graff dzisiaj (!) uważa, że człowiek nie żyje  w próżni, ale jest częścią społeczeństwa. I temu społeczeństwu jest coś winien. Sama Autorka stara się "oddać swój wkład" poprzez nauczanie akademickie. Tematów w "Jestem stąd" jest naprawdę mnóstwo. To 466 stron fantastycznej przygody intelektualnej!

Ja Agnieszkę Graff uwielbiam za to, że potrafi prosto i zrozumiale pisać o wszystkim. Poza tym cenię w niej umiejętność przyznania się do zmiany poglądów, do przemyślenia niektórych spraw od początku i jasne wyznanie, że kiedyś się myliła. I podoba mi się szacunek, który okazuje wielu innym feministkom, z którymi różni się poglądami. A z zupełnych drobiazgów, dla mnie  cennych: nigdy nie pokazała się publicznie z "tym panem w muszce, którego imienia i nazwiska nie wymieniam, żeby mu nie robić reklamy" i nigdy nie zgodziła się na udział w programie, w którym on występował. 
Fantastyczna książka! Polecam!

Moja ocena: 6/6

środa, 29 kwietnia 2015

Jakub Żulczyk "Radio Armageddon"

Autor: Jakub Żulczyk 
Tytuł: "Radio Armageddon"
Wydawnictwo: Świat Książki, styczeń 2015 

Męki straszliwe przeżywałam podczas lektury przynajmniej do połowy, potem mnie wciągnęło, tym  niemniej chciałam jak najszybciej dobrnąć do końca. A ogólnie uważam, że książka jest bardzo dobra. Taki właśnie mętlik mi towarzyszy w związku z "Radiem Armageddon". 
Do klasy w jednym z liceów dołącza Cyprian - bardzo mroczna, zagadkowa a jednocześnie charyzmatyczna postać. Wraz z Szymonem, Nadzieją i Gnatem zakładają zespół "Radio Armageddon" i w krótkim czasie stają się sensacją. Szczególną popularność zyskują, gdy w nieznanych okolicznościach znika lider grupy - Cyprian. Powieść to historia tego zespołu i opowieść o jego członkach - bardzo samotnych młodych ludziach, ich rodzinach i rodzicach, którzy nie mają pojęcia co dzieje się w życiu ich dzieci. Często też ci nastolatkowie pozostają dla swoich matek i ojców "niewidzialni". "Radio Armageddon" ma być wyrazem buntu przeciwko rzeczywistości, gdzie wszystkim rządzi marketing, gdzie wszystko jest na sprzedaż i gdzie wszystko staje się towarem. Okazuje się jednak, że "Radio Armageddon" też można ometkować... 
Powieść ciężka w odbiorze, przynajmniej dla mnie. Być może już ze względu na mój wiek (38 lat), ale pewnie też dlatego, że nawet za czasów nastoletnich nie byłam członkiem takiej "stylistyki". Narkotykowe jazdy, chlanie na maxa, sex jakiś przypadkowy gdzieś na imprezach, bluzgi ... Tak odmalowany jest świat nastolatków w tej powieści. Czyta się dość trudno, ale przekaz książki wart jest wysiłku. 

Moja ocena: 5/6

niedziela, 12 kwietnia 2015

Zygmunt Miłoszewski "Uwikłanie", "Ziarno prawdy", "Gniew"

Autor: Zygmunt Miłoszewski
Tytuł: "Uwikłanie", "Ziarno prawdy", "Gniew"
Wydawnictwo: W.A.B.









Przydarzył mi się tydzień wakacji (chociaż wyrażenie "wypoczynek z dzieckiem" uważam po pierwszym wyjeździe ze swoim czteromiesięcznym synem za oksymoron) i postanowiłam zabrać ze sobą na plażę trylogię Zygmunta Miłoszewskiego. Szczerze mówiąc nie miałam zamiaru sięgać po prozę tego Autora. Ale, ale... po pierwsze Paszport Polityki 2014... a po drugie przy okazji Salon du livre 2015 w Paryżu, czyli jednych z największych targów książki w Europie, sporo się o Miłoszewskim mówiło. Okazało się, że jest jednym z najchętniej tłumaczonych polskich pisarzy, a Francuzi, gustujący raczej w swoich rodzimych twórcach, wprost go uwielbiają. Postanowiłam więc sprawdzić, o co chodzi. 
Udało mi się przeczytać "Uwikłanie" i "Ziarno prawdy" póki co, ale "Gniew" też już zaczynam. I oczywiście oryginalnością się nie popiszę, jeśli powiem, że zostałam absolutną fanką prokuratora Teodora Szackiego. Przystojny, elegancko ubrany (chociaż jeden z bohaterów w "Uwikłaniu" mówi, że ubrany "schludnie", gdyż o elegancji w przypadku garnituru można mówić przy cenie powyżej 10 tys. złotych), profesjonalny, nieugięty, bystry, nieprzeciętnie inteligentny i zajadle złośliwy, mistrz ciętych ripost z niezawodną intuicją.  
Po lekturze dwóch pierwszych książek mam wrażenie, że wątki kryminalne potrzebne są tylko po to, żeby zobaczyć gwiazdę prokuratora Szackiego w akcji. Dobrze się je czyta, ciekawie wymyślone, ale moim zdaniem momentami trochę "przekombinowane". Natomiast Szacki przesłuchujący świadków, składający elementy układanki w całość, popisujący się błyskotliwością jest absolutnie świetny!
W "Uwikłaniu" ofiara ginie na weekendowych warsztatach, w czasie których psycholog przeprowadza ustawienia wg. metody Berta Hellingera. Tu akurat przyznaję, że było ciekawie. Sama się kiedyś tym interesowałam, więc dobrze się czytało o rozgrywkach Szackiego z psychologiem od ustawień. A jeśli ktoś nie słyszał o ustawieniach Hellingera, to z książki całkiem sporo można się o nich dowiedzieć. Miłoszewski w pierwszej części, dużo miejsca poświęca opisowi pracy prokuratora w Polsce. No i mnie to momentami napełniało smutkiem i przygnębieniem. Prokurat zastanawiający się czy może sobie pozwolić na kawę w takiej a nie innej kawiarni i czy zbytnio to nie uszczupli (!) domowego budżetu?! Wyobrażam sobie, że niestety tak może być w polskiej rzeczywistości. 
W drugiej części po zawirowaniach życiowych, Szacki przenosi się do Sandomierza. Tam zbrodniarz stara się obudzić historię i polsko-żydowskie demony, a jego ofiary wyglądają jak ofiary mordu rytualnego. Wątek kryminalny mocno zakręcony, z banalnym rozwiązaniem w sumie. Ale też interesująco. Nie widziałam jeszcze filmu "Ziarno prawdy", natomiast zupełnie nie potrafię wyobrazić sobie Więckiewicza (którego ogólnie bardzo lubię) w roli Szackiego. Ma jakieś 10 lat za dużo, no i te włosy... przecież nie białe... Ale może odwołam te opinie, gdy zobaczę film. 
"Gniew" właśnie zaczynam czytać i mam nadzieję, że się nie zawiodę. 

Po dwóch pierwszych częściach zdecydowanie polecam. Dobra, wciągająca literatura!

Moja ocena: 5/6


Po lekturze "Gniewu":


Do cech prokuratora Szackiego dołączam mizoginizm. (Że ja tego wcześniej nie zauważyłam!). Oczekiwanie, że mieszkająca z nim kobieta będzie sprzątać po nim szklankę i talerzyk, bo on przecież ciężko pracuje, jest kuriozalne. Ale cóż. Cała ta część poświęcona jest stosunkowi do kobiet i słabszych i mój ulubiony bohater nie świeci tu przykładem.
Na szczęście Teodor Szacki dowiaduje się w "Gniewie" trochę więcej o przemocy wobec kobiet i przeciwdziałaniu jej. Czyta się świetnie, aczkolwiek dla mnie wydźwięk jest trochę za bardzo edukacyjny. Z drugiej jednak strony, jeżeli Miłoszewski może się poszczycić tak dużą publicznością, to pozostaje liczyć, że czytelnicy zastanowią się nad tematem poruszonym w kryminale i będą mieli lepsze wyobrażenie jakie formy może przyjąć przemoc wobec kobiet. Ten tom to również pożegnanie z prokuratorem Szackim. Zakończenie wprawiło mnie w lekkie zakłopotanie, przyznam szczerze, że o co chodzi nie wiem. Ale może to i dobrze. Gdyby Miłoszewski jednak chciał kontynuować serię, to zawsze może to zrobić po takim zamknięciu ostatniej części.


Również polecam!

wtorek, 10 marca 2015

Joanna Bator Artur Golec "Wyspa łza"

Autor: Joanna Bator, Artur Golec 
Tytuł: "Wyspa łza"
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, styczeń 2014 

Z bólem serca piszę kilka słów o tej książce. Niecierpliwie na nią czekałam, bo Joanna Bator to jedna z moich ulubionych pisarek. Ale niestety zawiodłam się strasznie. Książkę przeczytałam do końca, tylko z szacunku do Autorki. Generalnie męczyłam i nudziłam się straszliwie. Istnieje też ewentualność, że przesłanie książki do mnie w ogóle nie dotarło, mówiąc krótko niczego z przekazu Autorki nie zrozumiałam. Joanna Bator czepia się słów "zniknęła bez śladu" i wyrusza na Sri Lankę, aby ustalić co się stało z Sandrą Valentine - amerykańską turystką, która zaginęła kilka lat temu. Niestety nic poza tym o tej książce z siebie nie wykrzesam. Ale polecam recenzję Moniki z Lubimy czytać.
Mimo totalnego zawodu, jaki sprawiła "Wyspa łza" podobnie jak Monika czekam na kolejną powieść Joanny Bator.

Moja ocena: 3/6

niedziela, 22 lutego 2015

John Williams "Profesor Stoner"

Autor: John Williams 
Tytuł: "Profesor Stoner"
Wydawnictwo Sonia Draga, październik 2014 


Piękna powieść o zwykłym człowieku, który wiedzie zwyczajne życie i przyjmuje to, co daje mu los. Mało tam wielkiego szczęścia, są raczej znoje i przeciętność codzienności. I wielka odwaga prostego człowieka pozostania wiernemu sobie i swoim zasadom. 
Stoner urodził się w biednej, wiejskiej rodzinie. Już jako mały chłopiec zaczął ciężko pracować w polu, aby pomóc swoim rodzicom. Potem rozpoczął studia na wydziale rolnictwa. Przygotowywał się do tego, aby przejąć gospodarstwo po rodzicach i dalej pracować na roli. Nieoczekiwanie dla samego siebie na jednym z obowiązkowych seminariów z literatury, zapałał do niej nieograniczną, wieczną miłością. Nie informując rodziców, Stoner porzucił rolnictwo i przeniósł się na wydział literatury angielskiej. Po zakończeniu studiów, pozostał na uczelni jako doktorant, a potem profesor. Przez całe życie wierny swoim zasadom, uwielbiający literaturę, przez wielu postrzegany był jako dziwak i odludek. Można powiedzieć, że wiódł piękne życie, chociaż prywatnie nie układało mu się zbyt dobrze. Jego małżeństwo z Edith było jedną wielką katastrofą. Nie mógł też wychowywać swojej córki Grace tak, jakby chciał, gdyż Edith co chwila realizowała wobec niej swoje różne wychowawcze plany, których jedynym wspólnym mianownikiem była chęć odsunięcia Grace od ojca.
Mimo niepowodzeń małżeńskich i rodzicielskich, mimo totalnej przeciętności swojego życia, Stoner umarł szczęśliwy: otoczony swoimi ukochanymi książkami. Jego niezłomna wola, aby zawsze postępować w zgodzie z zasadami, jego spokój wobec kolejnych prób zniszczenia mu życia przez żonę jest godny podziwu. Ta nieprzeciętna siła prostego, skromnego bohatera stanowi o uroku tej książki.


Gorąco polecam!


Moja ocena: 5.5/6

niedziela, 25 stycznia 2015

Rachel Cusk "Praca na całe życie"

Autor: Rachel Cusk
Tytuł: "Praca na całe życie"
Wydawnictwo Czarne 

"Kiedy rodzi się dziecko, wszystkie ulega zmianie, nasze wyobrażenie o świecie, o nas samych. Jakby ktoś wszedł do pokoju i wszystko w nim poprzestawiał. Ludzie wtedy panikują, ale starają się to ukryć. Więc udają przed sobą nawzajem, że ta zmiana wcale nie jest dla nich trudna."

To ze świetnego wywiadu Rachel Cusk dla Wysokich Obcasów. 

Agnieszka Graff uznała "Pracę na całe życie" za jedną z najważniejszych prac tzw. "feminizmu macierzyńskiego" 
Przeczytałam tę książkę już jako matka i uważam, że jest kapitalna. Autorka opowiada o macierzyństwie bez lukrowania, przyznaje się do trudnych przeżyć, przerażających myśli, emocji, których się boi i nie potrafi zrozumieć. Znienawidzona przez inne matki, które nie tylko obrzuciły jej książkę błotem, ale dodatkowo uważają, że Autorka wcale nie powinna mieć dzieci. A Rachel Cusk nazywa po prostu rzeczy po imieniu. Uważa, że przebywanie z małym dzieckiem, to mimo satysfakcji, którą się często ma, to przede wszystkim strasznie nudna i ogłupiająca tyrka. Każdy ma oczywiście swoje przemyślenia i odczucia, ale jak mówi Autorka w wyżej wspomnianym wywiadzie: "Kiedy ludzie się tak wściekają, to oznacza tylko tyle, że się trafiło w czuły punkt. Wiedzą, że jest dokładnie tak, jak piszę, dlatego się tak bronią. Jeśli kobieta pisze: 'Ta książka to gówno', wiem, że mogłaby być bohaterką mojej książki." Według mnie świetna i bardzo mądra pozycja. Niewiele jeszcze wiem o macierzyństwie, ale przecież przyznanie, że czasami jest ciężko, nie oznacza od razu, że człowiek żałuje swojej decyzji albo nie kocha swoich dzieci. Ja zawsze stawiam na przyznawanie się do emocji, jakimi by one nie były i osobom postępującym podobnie polecam tą książkę. Jeżeli ktoś za macierzyństwo uważa obrazek z reklamy ze słodkim, ślicznym bobaskiem w roli głównej i pochylającą się nad nim uroczą mamą z uśmiechem od ucha do ucha, nienaganną fryzurą, świeżym makijażem, a wszystko to na tle idealnego, pięknego domu to faktycznie znienawidzi Autorkę od razu i dodatkowo przeklnie wszystkich, którym książka się podobała. 

A dla zainteresowanych kilka cytatów: 

"W jej ciele żył przez pewien czas inny człowiek, a po wyjściu na świat żyje w jurysdykcji je świadomości. Przebywając z nim, kobieta nie jest sobą; oddzielona od niego, także nie jest sobą - dlatego równie trudno jest dzieci zostawić, jak z nimi przebywać. Temu odkryciu matki towarzyszy wniosek, że je własne życie bezpowrotnie ugrzęzło w konflikcie, wpadło w jakiś mityczny potrzask, w którym już zawsze będzie się szamotać, zawsze na próżno."

"My brodzimy w gęstej domowej brei, w której stale jest jednocześnie za późno i za wcześnie, w brei szaleństwa i telewizji śniadaniowej. Rozciąga się przed nami dzień bez żadnych punktów odniesienia, niczym preria, nieprzebyta równina."

"Ponuro jak krowa siadam z rozpiętą bluzką w kątach pokoi, na ławkach w parku, na tylnym siedzeniu samochodu. Wydaje mi się, że nigdy nie jestem wolna od zarzutu, że moje dziecko jest głodne. Czasami płacze nawet podczas karmienia i mam wtedy ochotę zwołać konsylium i z triumfem wykazać, że to ja miałam rację. Proszę! - powiedziałabym do zgromadzonych. I co Państwo na to?!"

"Do ciężaru macierzyństwa trudno jest się przyznać nie tylko z powodu tabu, które nie dopuszcza uskarżania się i narzekania: jak każda miłość, tak i ta jest w swojej najgłębszej istocie rozdarta konfliktem; perła przyjemności powstaje z ziarenka udręczenia. Jednak w odróżnieniu od innych miłości  tutaj konfliktu nie da się rozwiązać."

Moja ocena: 6/6

piątek, 2 stycznia 2015

Gillian Flynn "Zaginiona dziewczyna"

Autor: Gillian Flynn
Tytuł: "Zaginiona dziewczyna"
Wydawnictwo: Burda Publishing Polska, marzec 2013 


Książka szczególna na mojej osi czasu. Nie tyle ze względu na treść, ile na moment, w którym ją pochłaniałam. Pierwsza przeczytana powieść od momentu kiedy miesiąc temu urodziłam syna. Czyli jest nadzieja, że macierzyństwo nie pozbawi mnie zupełnie lektury. Aczkolwiek przyznam szczerze, że miałam poważne obawy (nadal mam w sumie). Na szczęście okazało się, że się da. Co prawda lektura w czasie karmień dziennych i nocnych zabiera znacznie więcej czasu  niż normalne czytanie, ale jest nadzieja, że się ogarnę i ustatkuję jako matka i nadal będę mogła czerpać przyjemność z książek (innych niż o pielęgnacji noworodka :-) ).
A "Zaginiona dziewczyna" to bardzo ciekawy i wciągający thriller. Amy i Nick są małżeństwem od 5 lat. W ich piątą rocznicę ślubu Nick wraca do domu, zastaje rozgardiasz i okazuje się, że Amy zniknęła. Rozpoczynają się poszukiwania, a Nick staje się podejrzany o zabicie żony, chociaż nie ma dowodów śmierci Amy w postaci ciała. Autorka bardzo ciekawie zbudowała fabułę. Czytelnik na przemian zapoznaje się z dziennikiem pisanym przez Amy oraz jest świadkiem bieżących wydarzeń, skupiających się wokół poszukiwań zaginionej kobiety. Z pamiętnika Amy i opowieści Nicka wyłania się obraz małżeństwa, dotkniętego poważnymi problemami. Stopniowo poznajemy skomplikowane relacje małżonków, ich psychikę, wydarzenia z ich życia, które ich ukształtowały. Z każdą stroną intryga wciąga coraz bardziej by doprowadzić do zaskakującego końca.

Polecam!

Moja ocena: 5.5/6

czwartek, 27 listopada 2014

Eleanor Catton "Wszystko co lśni"

Autor: Eleanor Catton
Tytuł: "Wszystko co lśni"
Wydawnictwo Literackie, październik 2014


"Wszystko co lśni" zdobyło w ubiegłym roku Nagrodę Bookera. Jest to najdłuższa nagrodzona książka, a jednocześnie jej autorka jest najmłodszą laureatką tej nagrody (28 lat).
Czekałam z wielką niecierpliwością na polskie wydanie i cieszę się, że się nie zawiodłam. Powieść zachwyca, aczkolwiek nie jest łatwa w odbiorze. Składa się z dwóch warstw: "normalnej" - fabularnej i astrologicznej. Zacznę może od tej drugiej, chociaż przyznaję szczerze, że jest ona dla mnie niezrozumiała. Na szczęście wytłumaczenia Autorki można znaleźć w magazynie "Książki" (nr 3/14 październik 2014). Eleanor Catton mówi, że od początku wiedziała, że wszystko się będzie działo w czasach nowozelandzkiej gorączki złota i zainteresowała się, jak wtedy wyglądało niebo nad Nową Zelandią. Okazało się, że w roku 1866 wystąpiło zjawisko noszące nazwę miesiąca synodycznego, a 27 stycznia był tak zwany dom horoskopowy: tego dnia w zasięgu konstelacji Strzelca znajdowały się na niebie aż trzy planety: Merkury, Jowisz i Mars. I to wszystko ma znaczenie dla fabuły (wierzę na słowo). Autorka mówi, że pisząc książkę, cały czas sprawdzała jak naprawdę układały się na niebie planety i gwiazdy. Dokładnie miała też zaplanowane, co w którym rozdziale się wydarzy i chciała, żeby każdy z nich odzwierciedlał kolejne fazy Księżyca, poczynając od pełni. Każda kolejna część książki jest o połowę krótsza od pozostałej. Kurczyły się jak Księżyc.  Autorka pisała powieść 5 lat, bardzo dużo czasu zabrało jej zbieranie dokumentacji historycznej, czytanie dzięwiętnastowiecznych powieści, żeby wczuć się w język epoki. Sporo wysiłku włożyła też w zdobycie wiedzy o handlu złotem: jego skupie, ewidencji, sprzedaży, przechowywaniu w bankach itd. I cały czas musiała czuwać nad tym, aby warstwa astrologiczna współgrała z fabułą.
A fabuła toczy się w czasie nowozeladzkiej gorączki złota, czyli w epoce bardzo lubianej przez Eleanor Catton: "Była w niej romantyczna pokusa kupienia sobie nowego życia, zarobienia takich pieniędzy, które pozwolą stać się kimś zupełnie nowym. To oczywiście była iluzja, taka sama jak w każdym innym hazardzie."
Akcja powieści rozgrywa się w mieście Hokitika, do którego przypływa Szkot Walter Moody. Jego zamiarem jest oczywiście szybkie wzbogacenie się na złocie, które jakoby znaleźć można wszędzie. W trakcie gdy przybywa do miasta, mają tam miejsce różne dziwne wydarzenia. Lokalna społeczność żyje wydarzeniami sprzed dwóch tygodni, kiedy to znaleziono martwego miejscowego odludka i pijaka, w którego domu nieoczekiwanie odkryto ukryty ogromny skarb. W niewyjaśnionych okolicznościach zniknął jeden z najmłodszych poszukiwaczy złota i jeden z największych szczęściarzy w tej branży. A na ulicy znaleziono miejscową prostytutkę odurzoną opium, na którą padły podejrzenia o próbę samobójczą. Dwunastu mieszkańców spotyka się w hotelu, na tajnym zgromadzeniu, aby podzielić  się informacjami, dotyczącymi tej sprawy. Wygląda na to, że każdy z nich może być w nią zamieszany. Walter Moody, jako nieproszony gość, dołącza do zgromadzonych, by wkrótce zdobyć ich zaufanie, wysłuchać historii, a w końcu stać się aktywnym uczestnikiem bieżących wydarzeń w Hokitika. Powiem szczerze, że intryga w powieści jest bardzo skomplikowana, ale przez to ogromnie interesująca i wciągająca bez reszty (aczkolwiek akcja dosyć długo się "rozkręca" - to uwaga dla niecierpliwych - dobrze, wytrwać do mniej więcej 170 strony - wtedy już jesteśmy "utopieni" w fabule i czekamy na to co będzie dalej). Lektura zdecydowanie na więcej niż na jeden wieczór, bo książka liczy sobie 936 stron.


Polecam!


Moja ocena: 6/6

wtorek, 25 listopada 2014

Robert Galbraith (J.K. Rowling) "Jedwabnik"

Autor: Robert Galbraith (J.K. Rowling)
Tytuł: "Jedwabnik"
Wydawnictwo Dolnośląskie, 2014

Kryminały czytam bardzo rzadko, nie dlatego, że uważam, że są nieciekawe czy że nie ma dobrych autorów, ale jest tyle innych książek, które czekają u mnie w kolejce, że na morderstwa, przestępców i ukryte motywy nie starcza mi po prostu czasu. Wyjątkiem jest sytuacja, gdy dam się wciągnąć. 
J.K. Rowling - autorka tomów o czarodzieju Harrym Potterze - zyskała moje wielkie uwielbienie, jako twórczyni również dla dorosłych, już swoją pierwszą książką "Trafny wybór". A potem był kryminał "Wołanie kukułki" i tym sposobem, zaspokajając swoją ciekawość, jak Autorka od młodych czarodziejów zaskoczy nas zbrodnią i jej wyjaśnianiem, dałam się wciągnąć w pracę detektywa Cormorana Strike i jego asystentki Robin. Gdy w księgarniach ukazał się "Jedwabnik", czyli kolejna sprawa o morderstwo, która wymaga rozwiązana przez Cormorana, oczywistym było, że muszę przeczytać tą książkę. I na szczęście - nie zawiodłam się!
Tym razem do biura detektywa zgłasza się kobieta, której mąż - sławny pisarz - zniknął, po tym jak pokłócił się ze swoją agentką o wydanie (a właściwie o niewydanie) swojej nowej książki. Wkrótce Cormoran Strike odkrywa co się stało z zaginionym. Do akcji równocześnie wkracza policja. Podczas gdy detektyw wraz ze swoją asystentką próbują zrekonstruować wydarzenia, czytelnik może zapoznać się z pisarskim światem Londynu. Intrygi, waśnie, zdrady i sekrety z dawnych lat, ciągle wpływają na rzeczywistość i mogą mieć znaczenie dla rozwiązania sprawy zaginionego pisarza. Tym bardziej, że w niewydanej książce przedstawił w bardzo niekorzystnym świetle wiele postaci literackiego świata. Mnóstwo osób może być więc zainteresowane jego zniknięciem, a tym samym niedopuszczeniem do druku książki. 
Akcja toczy się wartko i mocno wciąga. Robin z sekretarki, która w "Wołaniu kukułki" trafiła do Cormorana  w wyniku pomyłki biura zatrudnienia, powoli staje się prawdziwą asystentką detektywa i aktywnie pomaga mu w rozwiązaniu kryminalnej zagadki. Powieść kończy się w sposób, pozwalający mieć nadzieję na dalszą część! :-)

Polecam!

Moja ocena: 5.5/6 

wtorek, 11 listopada 2014

Glenn Greenwald "Snowden. Nigdzie się nie ukryjesz"

Autor: Glenn Greenwald 
Tytuł: "Snowden. Nigdzie się nie ukryjesz"
Wydawnictwo Agora, maj 2014

Długo wahałam się czy kupić tę książkę, czy też nie. Na temat Snowdena i tego co zrobił, można usłyszeć skrajne opinie: od entuzjastycznego poparcia dla jego czynów, a skończywszy na totalnym potępieniu i nazwaniu go zdrajcą, po drodze wychwyci się też głosy, że być może jest niespełna rozumu i generalnie zachował się jak pożyteczny idiota. Wszystkie te poglądy obwarowane są solidnymi argumentami i naprawdę czasami ciężko wyrobić sobie własną opinię. Sięgnęłam po książkę Glenna Greenwalda, a więc dziennikarza, z którym Snowden pierwszy kontakt próbował nawiązać już w grudniu 2012 roku, a ostatecznie w maju 2013 roku w Hongkongu przekazał mu tajne dokumenty, których publikacją i opracowaniem Greenwald miał się zająć. Książka ta z natury rzeczy nie może być więc obiektywna w temacie oceny Snowdena, ponieważ gdyby ta ocena wypadła negatywnie, Autor pewnie nigdy nie zająłby się tematem. Greenwald zastanawiał się tak jak my wszyscy, jakie pobudki kierowały Snowdenem przy ujawnianiu informacji. Decydując się ostatecznie na współpracę z nim, "testował" go na wiele sposobów, aby sprawdzić czy jego motywacje są naprawdę tak idealistyczne, jak je przedstawiał. "Świat ma prawo wiedzieć, co się robi z jego prywatnością - powiedział; czuł morlany obowiązek, by wystąpić przeciwko złemu postępowaniu; nie mógł z czystym sumieniem zachować milczenia na temat ukrytego zagrożenia dla wyznawanych przez niego wartości. [...]
-Prawdziwą miarą wartości człowieka nie jest to, w co mówi, że wierzy, ale co robi w obronie swoich przekonań - powiedział. - Jeśli nasze przekonania nie skłaniają nas do działania, to zapewne nie są prawdziwe. [...]
Zdałem sobie sprawę - powiedział- że budują system, którego celem jest eliminacja wszelkiej prywatności, globalnie. Tworzony, by NSA mogła gromadzić, przechowywać i analizować wszystkie przekazywane drogą elektroniczną wiadomości.
To właśnie ostatecznie umocniło Snowdena w postanowieniu, że zostanie sygnalistą." Autor mu uwierzył. Sam Greenwald był prawnikiem specjalizującym się w prawie konstytucyjnym i przestrzeganiu praw człowieka. W 2005 roku porzucił jednak swój zawód i założył blog polityczny by zająć się jak pisze: "... radykalnymi i ekstremistycznymi teoriami władzy przyjętymi przez rząd USA w następstwie ataków z 11 września 2001 roku na Nowy Jork i Waszyngton."
Możemy oczywiście nie wierzyć w motywacje Snowdena i Autora, ale mleko się rozlało i dokumenty zostały ujawnione. Warto wiedzieć, moim zdaniem, na jaką skalę NSA próbuje inwigilować świat, jakie ma narzędzia, jakie metody stosuje, żeby mieć wgląd w życie obywateli, jakie ogromne pieniądze topione są w tym systemie i przede wszystkim jak wielkie korporacje internetowe z NSA współpracują.
W kolejnych rozdziałach książki Autor opisuje proces nawiązywania kontaktu ze Snowdenem, potem swój pobyt w Hongkongu, gdzie spotkali się po raz pierwszy, pracowali nad dokumentami i gdzie powstały pierwsze artykuły Greenwalda dla Guardiana. Następnie przedstawia nam możliwości i narzędzia, jakie ma NSA i inne agencje, aby gromadzić i analizować dane (rozdział szczególnie warty przeczytania). A potem prezentuje i analizuje negatywne skutki inwigilacji. W ostatnim rozdziale, traktującym o mediach, pisze o tym, jak gazety, dziennikarze i telewizje oddane rządowi amerykańskiemu, próbowały zdyskredytować jego osobę w oczach opinii publicznej.
Warto dodać, że Autor nigdy już nie wjechał do USA. Odradzali mu to wszyscy jego prawnicy. Jego partner David Miranda został aresztowany przez  brytyjskie służby bezpieczeństwa na lotnisku Heathrow w Londynie na kilka godzin na podtsawie Ustawy o terroryzmie z 2000 roku, a wcześniej w niewyjaśnionych okolicznościach zniknął z domu jego laptop.
Tak jak pisałam na początku: ciężko jest jednoznacznie ocenić postępowanie Snowdena. Ale jeżeli ja miałabym wybierać, czyje intencje do mnie bardziej przemawiają - czy Snowdena, czy rządu USA, to jakoś bardziej skłaniam się ku Snowdenowi.
Wiele osób oburzonych postępowaniem Snowdena nazywa go zdrajcą. Często słyszy się też argument, że osoby prywatne, nie mające nic do ukrycia, nie mają się czego obawiać. Greenwald zwykł w takich sytuacjach prosić swoich rozmówców - zwolenników inwigilacji - o podanie hasła do swojej skrzynki pocztowej i o pozwolenie na zamontowanie kamery w domu. Z jakiś powodów nikt, nigdy się na to nie zgodził.

Moja ocena: 5/6


poniedziałek, 13 października 2014

Jan Miodek, Jerzy Bralczyk, Andrzej Markowski "Wszystko zależy od przyimka"

Autorzy: Jan Miodek, Jerzy Bralczyk, Andrzej Markowski
Tytuł: "Wszystko zależy od przyimka"
Wydawnictwo Agora, maj 2014

Trzy wybitne osoby zostały zaproszone przez Jerzego Sosnowskiego do rozmowy o języku polskim:

Jan Miodek - polski językoznawca, specjalista od kultury języka, profesor i dyrektor Instytutu Filologii Polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego, członek Komitetu Językoznawstwa Polskiej Akademii Nauk i Rady Języka Polskiego, popularyzator wiedzy o języku polskim.
Jerzy Bralczyk - polski językoznawca, specjalista w zakresie języka mediów, reklamy i polityki, profesor, wykładowca w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie oraz Instytucie Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego, członek Rady Języka Polskiego, Polskiego Towarzystwa Językoznawczego, Komitetu Językoznawstwa Polskiej Akademii Nauk. 
Andrzej Markowski - profesor, specjalista od semantyki i leksykografii, pracownik naukowy Uniwersytetu Warszawskiego, przewodniczący Rady Języka Polskiego, wiceprzewodniczący Komisji Standaryzacji Nazw Geograficznych poza Granicami Rzeczypospolitej Polskiej, Członek Prezydium Komitetu Językoznawstwa Polskiej Akademii Nauk.

Jerzy Sosnowski poprowadził dyskusję o języku z trzema profesorami, której zapisem jest właśnie książka "Wszystko zależy od przyimka". 
Można powiedzieć, że tematem prezentowanych czytelnikowi rozmów, jest szeroko pojęta kultura języka oraz to jakie możliwości stwarza mówienie po polsku. Panowie dyskutują min. o etykiecie mailowej i smsowej, znakach diakrytycznych, interpunkcji. Szeroko poruszają kwestię wulgaryzmów (tutaj zwracam uwagę na rewelacyjny żart profesora Miodka, pokazujący ewidentnie, że nie ma sensu zamiana wulgaryzmu na po prostu "słowo na k....", w opowiadanym dowcipie). Poza tym uczestnicy spotkań rozmawiają o deklinacji nazwisk polskich i obcych, o zdrobnieniach imion. Sporo też o słownictwie reklamy i o tym jak ono wpływa na język i jak definiuje nowe użycia wyrazów czy całych zwrotów. Dyskusja dotyka też napływu do polszczyzny wyrazów z angielskiego. Panowie rozmawiają o języku polityków, a także o języku poprawnym politycznie, o gender (czy dżender, jak zapisano w książce), czyli o żeńskich końcówkach zawodów i o tym dlaczego to nie zawsze jest najlepsze wyjście. Na koniec zastanawiają się jak dzisiaj uczyć młodzież o języku i jak skłonić ludzi do tego, by poważnie traktowali kwestie poprawności językowej. 
 
Lektura bardzo przyjemna, sporo się można dowiedzieć. (Ja niestety uświadomiłam sobie, że mam przynajmniej kilka naleciałości językowych, które powinnam natychmiast wyplenić.) W dyskusji nie zabrakło znakomitego poczucia humoru i "przepychanek" słownych, co czyni tę książkę jeszcze bardziej wartą polecenia. 

Moja ocena: 5/6 


czwartek, 11 września 2014

Agnieszka Graff "Matka feministka"

Autor: Agnieszka Graff
Tytuł: "Matka feministka"
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2014

Jedna z moich ulubionych feministek Agnieszka Graff została mamą i wiele się w jej życiu zmieniło. To fantastyczne, ale nie tylko ze względu na osobiste szczęście Autorki, ale to także dar polskiego feminizmu. Do tej pory skoncentrowanego głównie na problemach kulturowych i zaangażowanego w abstrakcyjne akademickie dyskusje. Oczywiście to też ważne. Ale trudno się dziwić, że zwykłej kobiecie, zmagającej się z codzienną polską rzeczywistością, daleko do zrozumienia ważności tych dyskusji. Agnieszka Graff przyznaje w swojej najnowszej książce, że pisząc "Świat bez kobiet" poruszyła wiele problemów kobiet, ale nie ma tam rozdziału poświęconego macierzyńswtu, co jest przecież z kobiecością nieuchronnie związane. Wielu krytyków jej to zresztą zarzucało, a Autorka dzisiaj tą krytykę przyjmuje. I podkreśla, że to jest ogromny błąd polskiego feminizmu - odejście od realnych problemów kobiet. Stając w opozycji do wizyji macierzyństwa lansowanej przez Magdę Środę (ciąża to nie choroba, urlop macierzyński to wyłudzanie pieniędzy od państwa, trzeba jak najszybciej  po porodzie wracać do pracy itd.) Agnieszka Graff zwraca uwagę, że polski feminizm nie może zajmować się tylko super kobietami z Kongresu Kobiet (naukowcami, biznesmenkami, politykami), bo są one wyjątkiem i ich sytuacja życiowa nijak się ma do syutuacji przeciętnej polskiej kobiety. Myślę, że siła głosu Autorki może mieć znaczący wpływ na zmiany w życiu polskich matek. Zaczęło się od tego, że Kongres Kobiet ma już swoje przedszkole. Dzięki czemu więcej kobiet ma realne prawo wyboru i może wziąć w nim udział.  
W warunkach polskiej biedy liberalna kategoria wolnego wyboru staje się kpiną. [...] Bieda i związany z nią brak wolnego wyboru wpędza młode matki w wieloletnią zależność od najbliższej rodziny (równie często od dziadków jak i ojców dzieci). Kobiety są w Polsce odpowiedzialne za dzieci, a jednocześnie pozbawione wsparcia ze strony państwa. I nic im nie pomogą nasze dywagacje o kulturowym konstruowaniu płci, wolnym wyborze czy historycznie zmiennym obrazie macierzyństwa. Feministyczny brak zrozumienia dla macierzyństwa jest lustrzanym odbiciem obojętności i irytacji, jakie w obiegu konserwatywnym budzi feminizm czy szerzej - kobiece aspiracje zawodowe, nasza potrzeba autonomii. Nie, nie zostałam konserwatystką. Nie podzielam poglądu, że macierzyństwo stanowi "esencję" kobiecości. Zauważam tylko, że wiele kobiet to matki, i upieram się, że jest to doświadczenie od którego nie da się abstrahować, projektując wizję równości płci. Nie godzę się na podział: feminizm dla niezależnych, konserwatyzm dla udomowionych. I jestem głęboko przekonana, że udomowienie jest z macierzyństwem nieuchronnie związane. Nie da się zbudować więzi z małym człowiekiem, nie spędzając z nim czasu. Aby  zostać matką, trzeba być tam gdzie nasze dziecko, czyli, nie czarujmy się, najczęściej w domu. Można jednak i należy pytać: na jak długo, na jakich warunkach i kto ma za to płacić. 
"Matka feministka" to próba analizy dlaczego polski feminizm unika tematu macierzyństwa i co z tego wynika.
W drugiej części Autorka prezentuje wystąpienia na 3 kolejnych Kongresach Kobiet publikowane potem przez Gazetę Wyborczą  i felietony publikowane w miesięczniku "Dziecko" i w "Wysokich Obcasach".
Dużo miejsca Agnieszka Graff poświęca tematowi wspierania kobiet w macierzyństwie jako, że jest to interes państwa i społeczeństwa. Polska ma jeden z najniższych wskaźników dzietności w Unii Europejskiej, a ogólnie robi się niewiele, żeby realnie zachęcić kobiety do posiadania dzieci. Autorka prezentuje punkt widzenia, że wychowanie potomstwa to praca na rzecz całego społeczeństwa i jako potrzebna i ważna powinna być przez państwo i obywateli wspierana.
Na forach internetowych wszelkie propozycje równościowej polityki zbywa się aroganckim: "Nie za moje podatki" czy "Każdy ma dzieci na własny rachunek". Tak rozumując należałoby zlikwidować cały system zabezpieczeń społecznych, rozmontować służbę zdrowia, sprywatyzować edukację - internauci często zresztą popierają takie rozwiązania. Nie jesteśmy jednak zbiorem jednostek, które przypadkowo znalazły się w jednym miejscu, tylko społeczeństwem. Wizja społeczeństwa,w którym ludzie wyłącznie ze sobą konkurują, a nie współpracują czy wzajemnie wspierają, jest wizją nie tylko odległą od feministycznych ideałów, ale w gruncie rzeczy głęboko nieludzką. 

W mniemaniu komentatorów społeczeństwo nie ma żadnych zobowiązań wobec pozbawionych środków do życia samotnych matek i ich dzieci. Co ciekawe, uciekający przed odpowiedzialnością ojcowie nie zajmowali wcale uwagi forumowiczów. 

Gorąco zachęcam do lektury. Fantastyczny styl Agnieszki Graff połączony z ogromną wiedzą, doświadczeniem i przemyślanymi opiniami, zapewnia kilka godzin najwyższej intelektualnej przyjemności. 

Moja ocena: 6/6


środa, 20 sierpnia 2014

Elisabeth Asbrink "W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa"


Autor: Elisabeth Asbrink
Tytuł: "W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa"
Wydawnictwo Czarne, marzec 2013 

Można powiedzieć, że historia tej książki zaczęła się od 500 listów, które Eva córka Ottona Ullmanna przekazała znajomej dziennikarce Elisabeth Asbrink. Nie chciała, żeby ten ciężar przeszedł na jej dzieci. Otto Ullmann, syn żydowskich intelektualistów z Wiednia, trafił w 1939 roku w wieku 14 lat do sierocińca w Szwecji. Była to pomoc organizowana w ramach działalności misyjnej szwedzkiego kościoła. Szwedzi zgodzili się udzielić schronienia żydowskim dzieciom, pod warunkiem, że ich rodzice zobowiązali się, że nie będą próbowali do nich dołączyć i pod warunkiem, że dzieci będą ochrzczone. Szwedzi szukali głównie rąk do pracy: dziewczynki trafiały do domów, gdzie zostawały służącymi, chłopcy do pracy na roli. Otto pozostawał w sierocińcu bardzo długo, omijano go przy wyborze, bo z czarnymi włosami i ciemną karnacją mało przypominał Skandynawa. Gdy sytuacja w Wiedniu stawała się dla Żydów nie do wytrzymania, nie można było swobodnie chodzić po ulicach i parkach, dzieci żydowskie zostały usunięte ze szkół, Żydzi tracili pracę i majątki, rodzice Ottona robili wszystko, żeby wyjechać. Gdy zrozumieli, że całej rodzinie może się to nie udać, postanowili ratować swoje jedyne dziecko. Postarali się o możliwość jego wyjazdu do Szwecji. Scena pożegnania na dworcu i świadomość, że Otto przeżyje dodawały im otuchy do ostatnich chwil ich życia. Nie przetrwali wojny, zginęli kilka miesięcy przed jej końcem. 
Ale nie jest to tylko reportaż o żydowskim chłopcu. Jest to również opowieść o jego przyjaźni z Ingvarem Kampradem, późniejszym założycielem Ikei.  Otto na początku wspólnie z Ingvarem tworzył tą firmę. Poznali się, gdy Otto pracował jako parobek na farmie rodziców Ingvara. Nie byłoby w tym nic zaskakującego, gdyby nie fakt, że młody Kamprad pochodził z rodziny otwarcie popierającej nazistów. Jego babka Niemka sympatyzowała z Hitlerem, a on sam należał do partii nazistowskiej SSS (Svensk Socialistisk Samling). Bywał na faszystowskich zgromadzeniach, prenumerował nazistowskie gazety, werbował członków. Sam nie widział w swojej działalności z jednej strony i swojej przyjaźni z Ottonem z drugiej strony żadnej sprzeczności. Młodzi Otto i Ingvar razem w czasie wakacji pracowali na farmie, chodzili na potańcówki, spotykali się z dziewczynami. 
Autorka ułożyła swoją opowieść z listów, rozmów z Kampradem i ludźmi którzy mogli pamiętać wydarzenia z tamtych czasów. Niestety Otto już zmarł, więc nie mógł mieć swojego wkładu w książkę. 
Rodzice i krewni Ottona codziennie pisali do niego list albo kartkę. Około 500 takich listów ułożonych chronologicznie dostała Autorka. Otto pisał dużo mniej niż rodzice, często mu to zresztą wypominali. Listy Ottona zachowały się tylko 3, z jakiś powodów wróciły do nadawcy. Pewność, że syn żyje i ma się dobrze była jedyną radością rodziców w Wiedniu, w którym z każdym dniem docierało do nich to, że nie przetrwają wojny. 
Otto wyjechał z Wiednia jako dziecko i miał do udźwignięcia wielki ciężar - świadomość, że jemu się udało. Tymczasem można sobie wyobrazić frustrację młodego intelektualisty, który jedyne co może robić to tyrać na roli. Otto wiedział, że musi się uczyć, dlatego korzystał z kursów korespondencyjnych. Całą swoją młodość spędzoną na szwedzkiej wsi tęsknił do rodziców, książek i wielkiego miasta. A potem żył w cieniu tej wojennej traumy.
Ingvar Kamprad odcina się od swojej nazistowskiej młodości. Mówi, że to były błędy nastolatka, który chciał po prostu przynależeć do grupy i źle wybrał. Jednakże nawet w wywiadzie przytoczonym w książce, wyraża ciągłe i ogromne poparcie dla byłego lidera nazistów w Szwecji Pera Engdahla. 
Autorka dużo pisze o restrykcyjnej polityce imigracyjnej Szwecji w czasie drugiej wojny światowej, o kościele, jego hierarchach i motywacji przy udzielaniu pomocy żydowskim dzieciom. 
Ocenę pozostawia jednak czytelnikowi. 

Rozmowa z Autorką w "Dużym Formacie" w Gazecie Wyborczej:


Polecam!

Moja ocena: 6/6