poniedziałek, 2 września 2019

Olga Wiechnik "Posełki. Osiem pierwszych kobiet "


Autorka: Olga Wiechnik 
Tytuł: "Posełki. Osiem pierwszych kobiet"
Wydawnictwo Poznańskie, kwiecień 2019

Bez zbędnych wstępów i subtelności: pozycja obowiązkowa! A lekturę polecam szczególnie trzem grupom kobiet: 

1. Tym, które uważają, że wszystko zawdzięczają sobie. (Pomijam już nawet takie kwestie, jak szczęście, bądź nieszczęście urodzenia się w konkretnej rodzinie; urodzenia się zdrowym czy chorym itd.). Ale czy naprawdę ambicja i ciężka praca wystarczyłby, gdyby ktoś kiedyś (czytaj inne kobiety) nie zawalczył o prawo do edukacji, o bierne i czynne prawa wyborcze kobiet, o prawo do wyboru męża i prawo do rozwodu, o prawo do decydowania o własnym, odziedziczonym po rodzicach majątku, o prawo do pracy zawodowej i do samodzielnego dysponowania własnymi, zarobionymi (!) w tej pracy pieniędzmi, o prawo do decydowania o przyszłości dzieci itd. itd. 
2. Tym, które uważają, że walkę o prawa kobiet można odłożyć na później, bo kiedyś przyjdzie czas, gdy politycy sami z siebie wykrzykną: "dobra kobiety - teraz to już naprawdę wy" i polecą z listą wszystkich kobiecych postulatów, potem uchwali się szybko niezbędne prawo, aby postulowane kwestie wprowadzić w życie i będziemy mieć równość. Brzmi fajnie? Tak, tak... też się uśmiałam! 100 lat temu mieliśmy dokładnie te same problemy, które obecne są w życiu publicznym dzisiaj: spychanie kobiet na ostatnie miejsca na listach wyborczych, obiecywanie na odczepne (np. wtedy większej niezależności kółek kobiecych w ramach komitetów wyborczych), odkładanie kwestii aborcji na potem, bo ważniejsze było układanie się z Kościołem. 

3. Tym, które co prawda popierają prawa kobiet, ale fuj - feministkami to na pewno nie są i nigdy nie będą (jakby popieranie postulatów bycia traktowaną jak człowiek po prostu ,było obraźliwe). Kobiety 100 lat spotykały się z tym samym. Słowo "emancypantka" było obraźliwe: no bo co robią emancypantki?Wiadomo: latają po mieście bez sensu, agitują, rozdają ulotki, organizują edukację, a więc uświadomienie, zamiast siedzieć przy mężu i pokornie się przyglądać, jak trwoni odziedziczony majątek, a potem rozwodzi się z żoną, która dłużej do niczego nie jest mu potrzebna. (historia np.  Gabrieli Balickiej, chociaż ona akurat bierna nie była). 

O pierwszych posełkach tak naprawdę nie wiemy dużo. Nie zachowało się zbyt wiele materiałów i dokumentacji.  Całe szczęście, że parlamentarzystka Zofia Moraczewska (żona polskiego premiera Jędrzeja Moraczewskiego) postanowiła przerwać tak typowo kobiece niechwalenie się własną pracą i sukcesami i zaczęła pisać dzienniki, z których możemy się dowiedzieć o tym, o jakie sprawy walczyły pierwsze polskie polityczki. 

A poniżej kilka cytatów z książki. Gdyby usunąć daty, a w miejsce organizacji kobiecych wstawić nazwę jakiejś współczesnej, naprawdę w wielu miejscach można by się zastanawiać czy czytamy o wydarzeniach sprzed 100 lat, czy może wczorajsze wiadomości. 

"Posłowie dużo chętniej debatują o minionej wojnie niż o przyszłości nauki. A jeśli już koniecznie muszą o nauce, to też najlepiej w kontekście przeszłości - karania nauczycieli, którzy sprzeniewierzyli się przeszłości przez uczestnictwo w rusyfikacji i germanizacji."

"To, co nie udaje się austriackiemu zaborcy, próbuje zrobić też polski Kościół. Ligawki (kobiety z Ligi Kobiet) domagają się niepodległości nie tylko tylko dla Polski, ale też dla siebie. A mówienie o prawach politycznych dla kobiet to zdaniem kleru "zagrożenie dla porządku społecznego. W maju 1917 roku Episkopat wydaje list pasterski. Wierni dowiadują się z niego, że Liga Kobiet to zło wcielone, zagrożenie dla Kościoła i Narodu. Pobożni mężowie i mądrzy duchowni powinni jak najszybciej skłonić podlegające im kobiety do wystąpienia z Ligi. Jeśli już muszą coś robić, niech zapiszą się do Związku Niewiast Katolickich albo innej organizacji, zajmującej się starą, dobrą, nieszkodliwą filantropią. Ale niech na miłość boską, nie bawią się w politykę."

"Prace nad zmianą dyskryminujących przepisów rozpoczęto jeszcze w 1919 roku, ale Komisja Kodyfikacyjna wciąż natrafi ana rozmaite trudności i pracy nie kończy. Usunięcie wszystkich przepisów, które - teraz już wbrew konstytucji - nie traktują kobiety jako równej wobec prawa, wymaga strasznie dużo roboty, żalą się posłowie, a przecież tyle jest pilniejszych spraw do załatwienia. 
- Nie chciałyśmy dla siebie żadnych przywilejów, chciałyśmy dla siebie tylko tych praw, które są prawami ludzi w ogóle - mów spokojnie posełka Balicka. - Kwestia kobieca jest kwestią mało interesującą społeczeństwo polskie, kobiety muszą się dopominać same o swoje prawa. Zdawałoby się, że otwieramy drzwi otwarte. Są one jednak zaledwie uchylone. Musimy otworzyć je własnym wysiłkiem - wysiłkiem, który nas jednak nie przerasta - zapewnia kolegów posłów."

"Władze związku rozsyłają ankiety do lokalnych oddziałów, zbierają informacje o życiu kobiet w różnych zakątkach kraju. Przekonują, że szczególnie na prowincji mówienie o prawach kobiet napotyka opór. "Wbrew logice faktów, jednym z zagadnień, które najmniej interesują świat kobiecy, jest właśnie kobieta.
Zofia zastanawia się, co jest tego przyczyną. Może naiwna, nieprzemyślana obawa zasłużenia na nazwę emancypantek - może chęć pokazania otoczeniu, że kobiety nie uważają swoich praw bynajmniej za najważniejsze." 

"Endecka Gazeta Warszawska w sprawie praw wyborczych kobiet najpierw długo milczy. Jako pierwszy komentarz - po kilku tygodniach od powstania nowego państwa - drukuje list zaniepokojonej czytelniczki. "Nie czas teraz na kobiecą kampanię, gdy kraj w ogniu, gdy granice - mało powiedzieć zagrożone, bo zajęte przez wrogów, gdy trzeba nam ludzi o tęgich głowach, żelaznej woli i nie lada wyrobieniu politycznym i społecznym, by kraj wyprowadzić z zamętu. Zaniepokojona czytelniczka tłumaczy też, kiedy przyjdzie na to czas: gdy wszystkie inne problemy państwa zostaną już rozwiązane, gdy każdy robotnik będzie miał pracę, a chłop zapewniony byt - wtedy może się ewentualnie kobieta upomnieć o swoje prawa."


Polecam!!!
Moja ocena: 6/6

czwartek, 22 sierpnia 2019

Lawrence Wright "Droga do wyzwolenia. Scjentologia, Hollywood i pułapki wiary"


Autor: Lawrence Wright 
Tytuł: "Droga do wyzwolenia. Scjentologia, Hollywood i pułapki wiary" 
Wydawnictwo Czarne, luty 2015

Absolutnie pochłaniająca lektura o pisarzu science fiction i twórcy scjentologii Ronie L. Hubbardzie oraz jego zwolennikach i Kościele, który po sobie pozostawił.
Ukłony dla Autora za głębokie, rzetelne podejście do tematu oraz za wielkie zaangażowanie i autentyczną ciekawość w dociekaniu, co ludzi skłania do tej religii, co powoduje, że wyrzekają się rodziny i przyjaciół, aby trwać przy tezach "dyktatora", którego zdrowie psychiczne było przez psychiatrów kwestionowane. Jaka siła ciągnie człowieka w zainwestowanie wszystkich swoich pieniędzy w scjentologię i odcięcie się od rzeczywistego świata. Założenia tej religii, której początki wywodzą się z nauki, mającej być alternatywą dla psychologii, wydają się tak absurdalne, że nie sposób pojąć, że ktokolwiek w ogóle w to wierzy. Chciałam użyć cudzysłowu przy słowie religia, ale nie ma on uzasadnienia. Scjentologia jest chroniona pierwszą poprawką do Konstytucji Stanów Zjednoczonych, zapewniającą wolność wyznania i zwalniającą Kościoły z podatków, co czyni z niej religię na równi z innymi. 
Hubbard od zawsze uważał, że psychiatria jest źródłem wszelkiego zła na świecie. (Psychiatria, zdaniem Hubbarda, stanowi "jedyny powód upadku naszego wszechświata"). Wg niego scjentologia z jej sesjami audytowania, wglądem we własne przeżycia może uwolnić jednostkę od nałogów, zgubnych nawyków i działań prowadzących do samozniszczenia, a światu przynieść pokój i harmonię.

O Hubbardzie: Miał nieuleczalną skłonność do ignorowania oczywistych sygnałów porażki oraz do wyciągania ze swoich doświadczeń wniosków, które innym ludziom wydawałyby się mało racjonalne, albo wręcz dziwaczne. Z czasem nabrał zwyczaju - być może nieświadomie - wypełniania mitologią luki powstałej między rzeczywistością a własną jej interpretacją. Na tym właśnie opierał się jego rzekomy "geniusz" - przez wielu zwany szaleństwem.
Odrzucenie koncepcji Hubbarda przez specjalistów w dziedzinie zdrowia psychicznego (jeszcze przed publikacją Dianetyki) samo w sobie było czymś w rodzaju urazu z okresu prenatalnego. Od tej pory, ilekroć środowiska medialne lub rządowe atakowały dianetykę lub scjentologię, Hubbard widział w tym rękę psychiatrów.

Scjentologia dosyć szybko zaczęła budzić zainteresowanie wśród rządów wielu państw, ponieważ była dosyć ekspansywna: ekspresowo powstawały nowe siedziby, scjentolodzy pojawiali się w kolejnych państwach. Nie byli mile widziani, a im działaniom zaczęto się wnikliwie przyglądać. 

Z raportu rządowej komisji dochodzeniowej w Australii (1967 rok):
Scjentolodzy niestety żyją w świecie urojeń, a wielu z nich cierpi na choroby psychiczne. Raport przyznawał, że niektórym wyznawcom tej religii zdarza się odnosić "przejściowe korzyści", zaznaczał jednak, że organizacja wykorzystuje te korzyści, aby u swoich sympatyków wywołać "uległość graniczącą niemal ze zniewoleniem umysłu.
[...] choć Hubbard przejawia "bezduszną wrogość" wobec psychiatrów i osób zajmujących się zdrowiem psychicznym, sam jest "upośledzony psychicznie", ma objawy "mani prześladowczej" oraz "imponujący zestaw symptomów, które w kręgach psychiatrycznych uchodzą za mocne wskazania do postawienia diagnozy schizofrenii paranoidalnej połączonej z manią wielkości, co stanowi mieszankę często spotykaną u dyktatorów".


Going Clear: Scientology and the Prison of Belief



Scjentolodzy, mówiąc z grubsza, dzielą się na tych z wyższej półki i na szeregowych członków. A przepaść między nimi jest mniej więcej taka jak pomiędzy szefem Amazona Jeffem Bezosem, a jego pracownikami, którzy pakują przesyłki. Celebryci tacy jak John Travolta czy obecnie najbardziej znany zaangażowany Tom Cruise mogą czerpać garściami ze wsparcia, jakie daje im Kościół (rezydencje, samochody, prawnicy, kontakty itd.). Swoimi twarzami przyciągają do religii coraz więcej ludzi, płacą też na organizację miliony dolarów. 
Powrót Cruise'a do pełnego zaangażowania w scjentologię trwale odmienił związki Kościoła ze środowiskiem hollywoodzkich celebrytów. Gwiazdor przekazywał na cele organizacji miliony dolarów - w samym roku 2004 były to trzy miliony. Nie był figurantem, lecz prawdziwym aktywistą, wywierającym wpływ na swoich fanów na całym świecie. Dzięki jego pozycji Kościół uzyskał możliwości wcześniej nieosiągalne. Aktor traktował każdą światową trasę promującą jego filmy jako okazję, żeby wywierać nacisk na na zagranicznych przywódców oraz amerykańskich ambasadorów w różnych krajach i nakłaniać ich do popierania scjentologii.
Z Kościoła nie jest łatwo odejść. Sam Tom Cruise został już kilkakrotnie zmuszony do rozwodu, bo jego żony były uznawane za jednostki "antyspołeczne", co oznacza, że scjentolodzy powinni się od niech odciąć. Jedną ze znanych osób, która odeszła (i to nie po cichu), oficjalnie odcina się od Kościoła i go krytykuje jest Paul Haggis. Spędził ze scjentologami około 30 lat, a potem zaczął przeglądać na oczy.



Wysiłek podjęty przez Haggisa jest o tyle ciekawy, że mało kto pośród znaczących scjentologów zadaje sobie podobny trud i próbuje sprawdzić zarzuty od lat wysuwane pod adresem Kościoła. Tego rodzaju działania nie są mile widziane przez władze organizacji, a członkom mówi się, że wszelkie artykuły krytyczne są źródłem "złych wibracji", które powodują niepotrzebne wzburzenie ducha.


Wszystkie osobiste informacje uzyskane w czasie sesji audytowania są przechowywane, aby można je było wykorzystać i w razie potrzeby użyć jako szantażu. Scjentologom doradza się zerwanie więzi z osobami "antyspołecznymi". Trudno uwierzyć, żeby gwiazdy w organizacji, nie wiedziały, co się dzieje wśród szeregowych członków. A prawda jest porażająca. Dzieci żyją odcięte od rodziców, ludzi za najdrobniejsze przewinienia odsyła się do obozów reedukacyjnych, w których spędzają nawet po kilka lat. Są poniewierani i poniżani. Ale jak pisze Lawrence Wright  niewielu z nich zdecydowałoby się na odejście. Osoby, które urodziły się jako scjentolodzy, często nie znają innego życia. Ich kontakty ograniczają się do członków Kościoła, nie wiedzą jak funkcjonuje współczesny świat. Nawet gdyby chcieli odejść, nie wiedzieliby jak. 

Organizacja dysponuje ogromnymi środkami, co pozwala jej na wyczerpujące dla zwykłych ludzi wojny prawne. Scjentolodzy znani są z tego, że byłych członków i przeciwników nieustanie śledzą, składają w sądach setki pozwów, generalnie po prostu dręczą. Przy ww. filmie dokumentalnym pracowało około 160 prawników, żeby analizować i sprawdzać, czy przypadkiem nie ma w nim treści, za które Kościół może Autorów pozwać. 

W pewnym więc sensie współodpowiedzialność za stworzenie legendy Hubbarda ponoszą jego wielbiciele, którzy nigdy nie zdobyli się na odwagę, żeby podać w wątpliwość którąkolwiek z jego tez. Za wszelką cenę starali się natomiast chronić jego wizerunek proroka, odkrywcy i przyjaciela ludzkości.

Hubbard swój gniew coraz częściej obracał przeciwko dzieciom, których obecność na statku z każdym dniem bardziej dawała mu się we znaki. Uważał, że najlepiej je wychowywać z dala od rodziców, którzy przejawiają wobec nich "kontr-intencje".
[...] Dzieci, które dopuściły się jakiś drobnych przewinień (takich jak niestosowny śmiech lub mylenie scjentologicznych terminów), musiały wchodzić na bocianie gniazdo znajdujące się na górze na maszcie, na wysokości około czterech pięter, i tam spędzać noc, albo siedzieć w ładowni i skrobać zardzewiałe sprzęty.
[...] Hubbard kazał go zamknąć w komorze łańcuchowej - pomieszczeniu, w którym przechowuje się łańcuch kotwiczny. Było tam ciemno, mokro i zimno. [...] Dostawał jedzenie, ale nie miał nawet koca i nie wolno mu było wyjść do ubikacji. Siedział tam tam przez dwa dni i dwie noce.

"Można sobie później zadawać pytanie: Dlaczego nic nie zrobiłaś? Dlaczego nie zaprotestowałaś? - wspomina Eltringham w wywiadzie. - Ale widzi pan, ja naprawdę w to wszystko wierzyłam. Byłam przekonana, że Hubbard wie, co robi. Niestety wierzyłam, że on wie, co trzeba uczynić, żeby pomóc wszystkim ludziom na świecie, i że nawet jeśli ja sama  tego nie rozumiem, to moim obowiązkiem jest stosować się do jego wskazówek i go wspierać. Nikt z nas nie protestował. Nikt z nas nie kiwnął nawet palcem.

Pasjonująca książka i świetny film!
Gorąco polecam.

Moja ocena: 6/6







piątek, 9 sierpnia 2019

Bernhard Schlink "Olga"

Autor: Bernhard Schlink 
Tytuł: "Olga"
Dom Wydawniczy Rebis, maj 2019

Bernhard Schlink to oczywiście autor zachwycającego "Lektora". Mając ciągle w pamięci ten zachwyt, przeczytałam potem kolejną jego książkę: "Kobieta na schodach", a niedawno najnowszą, czyli właśnie "Olgę".
Analizując swoje myśli i odczucia względem ostatniej powieści, dochodzę do wniosku, że cos się zdarzyło, ale nie do końca wiem co. Możliwości jest kilka: 
1. stałam się jeszcze bardziej przyziemna niż do tej pory (więc gdzież mi rozumieć bohaterkę, czekającą latami na "zbłąkanego" ukochanego i niewyrastającą z miłości) 
2. feminizm mi się całkiem rzucił na głowę i oczy (więc gdzież mi rozumieć bohaterkę, czekającą latami na ukochanego, którego bardziej od Olgi pociągają wielkie idee, i który obiecuje, że jeszcze tylko cos i w końcu wróci, a póki co to tylko na moment) 
3. zupełnie prozaicznie - wyrosłam z prozy Bernharda Schlinka 

Olga dorastała bez rodziców i przy ogromnym samozaparciu i sile woli zdołała ostatecznie zdobyć wykształcenie i zostać nauczycielką. Jej dziecięca przyjaźń z Herbertem - synem majętnego właściciela ziemskiego z czasem przerodziła się w wielką, nigdy przez rodzinę chłopaka niezaakceptowaną, miłość. Bohaterka chciała dla siebie tylko szczęśliwego i spokojnego życia, podczas gdy jej ukochany marzył o robieniu rzeczy wzniosłych i ważnych dla świata, o dalekich podróżach i nowych odkryciach, o Niemcach jako potężnym i wszechmocnym państwie. Dwoje ludzi, którzy nie mogli się różnić bardziej. Prosta z pozoru historia oczywiście rozwija się i komplikuje, a w raz z kolejnymi stronami dostarcza nowych, zaskakujących faktów. 
Powieść wciąga, dobrze się czyta, ale jestem pewna, że za chwilę zupełnie o niej zapomnę. 

Moja ocena: 3,5/6

Wiesław Myśliwski "Widnokrąg"


Autor: Wiesław Myśliwski
Tytuł: "Widnokrąg"
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, styczeń 2007

Ciąg dalszy postanowień na ten rok: więcej Olgi Tokarczuk, więcej Wiesława Myśliwskiego. 
Jedna z tych powieści, w której niemal każde zdanie jest dopracowane do perfekcji i po prostu zachwyca. Czytanie tej książki jest jak duńskie hygge: przytulny, domowy czas z herbatą na kanapie, w cieple kominka, pod milusim kocem, gdy życie wydaje się nieskomplikowane i mamy pewność, że zmierza w dobrym kierunku. 
Piotrek opowiada nam o swoim dzieciństwie i dorastaniu na polskiej prowincji w okresie wojny i tuż po niej. Świat widziany przez proste i ufne (naiwne?) myśli dziecka. Cała gama wspaniałych, wyrazistych postaci, walczących o przetrwanie w trudnej rzeczywistości, w każdy możliwy sposób: chory i nieobecny myślami ojciec, matka ciągle wysoko aspirująca, ale sprowadzona na ziemię przez nieustanne, codzienne zmagania o obiad i edukację syna,  panny Ponckie z ich niekończącymi się tangami i zapasem kakao. Piękna, mądra, wzruszająca powieść!

Polecam!
Moja ocena: 6/6 

piątek, 21 czerwca 2019

Michelle Obama "Becoming. Moja historia"


Autorka: Michelle Obama
Tytuł: "Becoming. Moja historia"
Agora, luty 2019


Bardzo krótko o tej biografii, bo przecież napisano już tony recenzji (tutaj w wydaniu uwielbianej przeze mnie Katarzyny Wężyk ). 
"Becoming. Moja historia" było absolutnym hitem wydawniczym, 750 tys. egzemplarzy sprzedanych w dniu premiery. To liczba, nawet jak na realia amerykańskiej skali, powalająca. Ale nie co dzień była Pierwsza Dama tego pokroju co Michelle, postanawia opowiedzieć o swoim życiu. 

Nie jest to arcydzieło w sensie literackim, ale książka oczywiście warta przeczytania z uwagi na Autorkę i jej historię. Po ośmiu latach spędzonych w Białym Domu, Michelle Obama w bardzo szczerej prozie przybliża nam swoją rodzinę, dzieciństwo, oszałamiającą ambicję i jeszcze bardziej oszałamiające cele, jakie sobie stawiała na każdym etapie życia. Typ wzorowej uczennicy, we wszystkim najlepszej. Obowiązkowa, sumienna, zawsze perfekcyjnie przygotowana. Jednocześnie jak sama przyznaje przez wiele lat po prostu dążyła do zdobycia jak najlepszego, prestiżowego wykształcenia i to się jej udało. Zwieńczeniem była praca w renomowanej kancelarii prawniczej, w której była min. mentorką swojego przyszłego męża i przyszłego Prezydenta Stanów Zjednoczonych. Jednocześnie przez ten cały czas nie udało jej się odnaleźć nic, co ją naprawdę pasjonowało. Albo raczej o tym zapomniała. Super jest oczywiście świetnie zarabiać i zamawiać sobie dostawy wyrafinowanych win do apartamentu, ale to się z czasem może znudzić. Tym, co nadaje życiu sens i uczucie spełnienia, jest pasja, poczucie sensu i misji. Na szczęście dla wszystkich i dla samej siebie Michelle nie bała się "zrobić kroku w tył" i zająć tym, co naprawdę wydawało się jej ważne. 
Michelle Obamę podziwiam absolutnie! A oto w kilku zdecydowanie niewyczerpujących całości tematu punktach, dlaczego: 
  • Za pozostanie sobą: pamiętanie zawsze skąd pochodzi, skąd się wywodzi, kim byli jej rodzice, jak ciężko pracowali na to, żeby mogła się uczyć i zostać w życiu kimś. 
  • Za zdawanie sobie sprawy z własnej uprzywilejowanej pozycji. (To cecha, którą bardzo cenię ludzi. Dużo osób twierdzi, że zawdzięcza wszystko sobie. Rzadko kiedy jest to prawdą. Michelle mimo, że pochodziła z niezamożnej rodziny, żyła w niezbyt dobrej dzielnicy Chicago, zawsze podkreślała, że i tak jest uprzywilejowana, bo może się uczyć, w przeciwieństwie do wielu dzieciaków wokół niej). Oczywiście znakomita większość jej przyszłych kolegów ze studiów, była w położeniu o 100% lepszym już tylko z racji miejsca urodzenia i koloru skóry.  
  • Za mówienie "pełnym głosem", pozostawanie z podniesioną głową, niekulenie się pod siebie, cokolwiek przykrego czy niesprawiedliwego ją spotykało. 
  • Za długotrwałe wspieranie dziewcząt z różnych środowisk, szkół etc. (Czyli nie jednorazowa akcja ze zdjęciem do gazet, bo ładnie wygląda, tylko rzeczywista długoletnia praca). 
  • Za przetrwanie dwóch kampanii prezydenckich swojego męża.  "Przez większość 2008 roku próbowałam nie przejmować się ciosami". 
  • Za godne spotkanie z Donaldem Trumpem i Melanią, oficjalne "przekazanie im Białego Domu". Podziwiam, bo Trump nieustająco szczuł na jej rodzinę, nie biorąc zupełnie pod uwagę tego, że jego nienawistne słowa, mogą być jak woda na młyn dla różnych szaleńców, gotowych tylko odpalić broń. (Zwłaszcza w kraju, w którym o pistolet czy karabin jest tak łatwo).
  • Za program mentorski oferowany dziewczętom z różnych środowisk, w którym mentorkami były współpracowniczki Białego Domu. 
  • Za program walki z otyłością, za ogromną kampanię społeczną w temacie odżywiania dzieci w szkołach, za zaangażowanie w temat firm dostarczających lunche, przekąski i napoje do szkół. 
  • Za przyjmowanie dzieci w Białym Domu. 
  • Za jeszcze, jeszcze, jeszcze więcej. 
  • Za dobrze rozumianą normalność. 


"Kariera męża pozwoliła mi z bliska przyglądać się mechanizmowi polityki i władzy. Wiedziałam, że garstka głosów oddanych w każdym okręgu może zaważyć nie tylko na tym, czy przejdzie ten czy tamten kandydat, lecz także na tym, który system wartości zatriumfuje. Jeśli w każdej dzielnicy kilkoro ludzi postanowi zostać w domu, ich decyzja może wpłynąć na to, czego nasze dzieci będą się uczyć w szkołach, jakie możliwości leczenia otrzymamy albo czy poślemy żołnierzy na wojnę. Głosowanie było zarówno proste, jak i niesamowicie skuteczne."



czwartek, 13 czerwca 2019

Deborah Feldman "Unorthodox. Jak porzuciłam świat ortodoksyjnych Żydów"

Autorka: Deborah Feldman
Tytuł: "Unorthodox. Jak porzuciłam świat ortodoksyjnych Żydów"
Wydawnictwo Poradnia K, maj 2017

Historia ze szczęśliwym zakończeniem. W przeciwnym razie reportaż nie miałby pewnie szansy ukazania się. 
Osobiste wspomnienia Autorki, wychowanej w zamkniętej i opresyjnej społeczności chasydów, z której udało jej się uciec. Happy endem jest również prawomocne uzyskanie opieki nad synem. 
W reportażach opisujących życie w reżimach i różnych zamkniętych wspólnotach religijnych, do których ograniczony jest dostęp informacji, wiedzy i zewnętrznej kontroli, zawsze najbardziej zastanawiają mnie "przebłyski u poszczególnych jednostek". Ludzie żyją w odosobnieniu, nieustannie bombardowani propagandą, wszelkimi możliwymi nakazami i zakazami, nie mają dostępu do książek (chasydzi zabraniają kobietom czytać w ogóle), wolnego radia, kultury i telewizji, a jednak przychodzi moment, że cos w proponowanej wizji świata przestaje im grać i składać się w logiczną całość. Zaczynają wtedy własne poszukiwania. Dla bohaterki "Unorthodox" było to potajemne czytanie. Odwiedzała wszystkie możliwe biblioteki i sklepy, i ukradkiem, gdy nikt nie widział, oddawała się lekturze. Marzyła o normalnym życiu, gdzie jej zdanie będzie się liczyć, gdzie będzie się mogła oddawać codziennym, zwyczajnym przyjemnościom, będzie ważna, kochana i wolna od absurdalnych wymysłów chasydzkich rabinów. Przebyć drogę od tak trudnego dzieciństwa, poprzez zdobycia wykształcenia, aż do pełnej samodzielności i wzięcie odpowiedzialności za syna, bez żadnego praktycznie wsparcia rodziny, to jest naprawdę wielki wyczyn! 

"Nie wolno unosić się prawdziwym gniewem, ale z uwagi na chinuch (surowe wychowanie i karcenie) można udawać, jeśli się musi. W naszej rodzinie nie całuje się i nie przytula. Nie prawi się komplementów. Zamiast tego czujnie obserwujemy się nawzajem , zawsze w pełnej gotowości, by wytknąć komuś każde duchowe lub materialne potknięcie. Chaja mówi, że to jest prawdziwe współczucie: dbałość o duchowe dobro innych."

"W szkole uczyli mnie, że jeśli nie odprawimy pokuty przed ostatnim dźwiękiem baraniego rogu, w który dmie się w Jom Kippur, Haszem sam wymierzy sprawiedliwość. Nie istnieje na tym świecie niezasłużona kara - podkreślały z emfazą nauczycielki. Bóg odmierza i wylicza każdą odrobinę cierpienia. Zaczynam rozumieć dlaczego uważamy się za złych z natury - skoro tyle cierpimy, musimy być coraz gorsi. Ale Zajde i Bube (dziadkowie bohaterki) to bodaj najpobożniejsi ludzie, jakich znam, a mimo to ich życie jest pasmem cierpień. Cóż takiego zrobili by sobie na to zasłużyć?"

Polecam!
Moja ocena: 5/6


środa, 5 czerwca 2019

Olga Tokarczuk "Prowadź swój pług przez kości umarłych"

Autorka: Olga Tokarczuk 
Tytuł: "Prowadź swój pług przez kości umarłych"
Wydawnictwo Literackie luty 2017

Realizując postanowienia z początku tego roku: więcej Olgi Tokarczuk, więcej Wiesława Myśliwskiego, po "Prowadź swój pług przez kości umarłych", mogę sobie tylko pogratulować, że to były postanowienia wyśmienite. 
Cóż to jest za proza! Jaka plastyka słowa! Jakie horyzonty myślenia, empatii, przekazu! A przy okazji Agata Kulesza udowodniła mi, że można pokochać audiobooki. Zaczęło się miłością z rozsądku: analizując wskazówki współczesnych poradników (lunchu nie można jeść przed komputerem, w czasie lunchu idź na spacer lub umów się z mężem na randkę, lub ewentualnie bądź lepiej zorganizowana życiowo i zaplanuj zakupy itd. itd.), wyszło mi, że moja przerwa na lunch powinna trwać co najmniej 4 godziny, a nie obecne 30 minut. Z reguły siadałam w kawiarni koło biura i poświęcałam ten czas na czytanie. Ale warto też i miło wybrać się w czasie przerwy na spacer (tak, mieszkając w Stanach poza dużym miastem, chodzenie trzeba planować 😊). Idealnym rozwiązaniem jest więc audiobook - słuchanie i spacerowanie, czyli zestaw wymarzony. Problem z większością lektorów audiobooków polega na tym, że chce mi się krzyczeć: szybciej, szybciej. Nie jestem w stanie znieść ślimaczego tempa lektury. Ale Agata Kulesza jest wspaniała! Jej interpretacja dodaje lekturze dodatkowy wymiar!
Janina Duszejko mieszka w malutkiej miejscowości na płasakowyżu w Kotlinie Kłodzkiej. Zimą pozostaje tam zaledwie kilku mieszkańców, więcej przyjeżdża latem. Kobieta uczy angielskiego w miejscowej szkole, pasjonuje się astrologią i pod nieobecność miejskich właścicieli, zajmuje się ich domami. Nadaje też ludziom nowe imiona, bo wychodzi z założenia, że te w akcie urodzenia bardzo rzadko do nich pasują. Dlatego w powieści pojawia się Matoga (chociaż on nazwany na chrzcie Świętopełek akurat bardzo z imieniem utrafił wg bohaterki), Wilka Stopa, Dobra Nowina itd.
Spokojną do tej pory dolinę nawiedza fala dziwnych morderstw. Zabójca pozostaje nieuchwytny. Wspólną cechą wszystkich ofiar jest to, że polowały. Janina Duszejko jest przekonana, że to zwierzęta się mszczą, a jej odczyty astrologiczne tylko potwierdzają, że wszystko było już zapisane w gwiazdach i praktycznie nie dało się tego uniknąć.

"Prowadź swój pług przez kości umarłych" to oczywiście nie klasyczny kryminał, ale opowieść o zwierzętach. O stanie ludzkości świadczy wg Autorki nasz stosunek do nich, czyli mówiąc krótko jesteśmy w czarnej dziurze. Olga Tokarczuk pisze, że psychika człowieka jest tak skonstruowana, żeby nie dopuścić do siebie prawdy. Każda część rzeczywistości jest bowiem okupiona cierpieniem (chodzi oczywiście o wykorzystywanie zwierząt na pożywienie, skóry, jako rozrywkę) i niewielu z nas chce to dostrzec i przyswoić. Najokrutniejsi są jednak myśliwi, ponieważ zabijają dla frajdy, a do swojego hobby dodają wydumane teorie, wymyślone na potrzebę chwili, np. tradycję. Kiedyś tradycją było mieszkanie w jaskini i krzesanie ognia, żeby przeżyć np. Ciekawe dlaczego akurat  tego zwyczaju nie kultywują. 
Jedna z ostatnich scen powieści rozgrywa się w kościele w dniu Świętego Huberta - patrona myśliwych. Święty słynął z tego, że zabijał zwierzęta, ale potem w czasie polowania ukazał mu się Jezus na głowie jelenia. Mężczyzna nie tylko pozwolił zwierzęciu odejść, ale zrozumiał swoje dotychczasowe błędy i całkowicie zaprzestał polowań. Tymczasem wbrew podstawowej logice, obwołano go patronem myśliwych. Wszystkie dzieci z miejscowej szkoły, zostały komisyjnie poprzebierane za zwierzątka, zapędzone do kościoła w dniu jego święta i wysłuchiwały farmazonów, opowiadanych przez księdza - kapelana polujących - z ambony. O tradycji, o dokarmianiu zwierząt, o ilości paszy i paśników wystawianych w lasach. Jedynie uznawana za szaloną, starą kobietę Janina Duszejko zauważa, że przyciągnie zwierząt karmą, a potem polowanie na nie, to tak mniej więcej, jakby wystrzelać swoich gości podczas niedzielnego obiadu. Ale jest jedyna. 
Reszta słucha i nie kwestionuje, bo ksiądz, bo tradycja, bo polują wszyscy...
Książka Olgi Tokarczuk przytacza też wszystkie argumenty, z jakimi spotykają się ci, którym dobro zwierząt leży na sercu: że ludźmi się tak nie przejmują, że Bóg stworzył nam ziemię poddaną, żeby wymienić tylko kilka. Janina Duszejko uosabia dokładnie to, jak są traktowani: jak szaleńcy, którzy zatruwają życie służb niepotrzebnymi zgłoszeniami. 

Nie będę zbyt odkrywcza twierdząc, że lubimy ludzi, którzy myślą podobnie do nas. Dlatego tak wspaniała wydaje mi się ta powieść, a Olgę Tokarczuk UWIELBIAM. Jej bohaterka Janina Duszejko, którą w mojej wyobraźni już na zawsze będzie Agata Kulesza, nienawidzi "small talków", wspomina o "zamamrywaniu życia small talkami" - naprawdę nie wiem, czy istnieje bohater literacki, z którym w tym temacie mogłabym się identyfikować mocniej. I sto razy bardziej wolę, żeby ktoś mnie zalał już na samym wstępnie historiami całego swojego życia, rodziny i wszystkich przyjaciół, niż bez przerwy: how are you? Good. Thank you, and you? Also good, thanks. How was your weekend? Good.... i tak w kółko, bez końca, przy każdej okazji. Konwersacja, do której wystarczy zapas słów z pierwszej lekcji nauki języka angielskiego. Nienawidzę small talków całym swoim sercem i dobitnie świadczy o tym ten właśnie akapit na blogu. (Zdanie o small talkach nie jest to w żadnym razie najważniejszym zdaniem powieści 😄). 

Wspaniała, piękna powieść!

Gorąco polecam!

Moja ocena: 6/6

środa, 15 maja 2019

Margaret Atwood "Opowieść podręcznej"

Autorka: Margaret Atwood
Tytuł: "Opowieść podręcznej"
Wielka Litera, kwiecień 2017

Feministyczny obowiązek w końcu do mnie zapukał. Zwlekałam długo, bo nie lubię czytać o alternatywnych rzeczywistościach w żadnej postaci. Przeważnie coś mi nie gra, nie do końca się skleja i logicznie układa w całość. Zawsze mam pytanie: po co? Nawet jeżeli antyutopia porusza ważne tematy, to przecież można o nich opowiedzieć w innej formie. Takie są moje preferencje. Ostatecznie zmobilizowałam się jednak, bo zapragnęłam zobaczyć operę (!?!? - tak to nie błąd) "Opowieść podręcznej". Nie było więc opcji, żebym nie znała książki (a przy okazji był to mój pierwszy audiobook w życiu - dzięki Ci Magdo Cielecka, że tak pięknie czytasz). 
W świecie, w którym środowisko zostaje zniszczone, a społeczeństwo dotyka masowa bezpłodność, władzę przejmują fanatyczni chrześcijanie. Stary porządek odchodzi w niepamięć, powstaje Republika Gilead. Kobiety zostają przywrócone ich naturalnym rolom, czyli rozmnażaniu i zajmowaniu się domem. Nie mogą pracować ani posiadać własności prywatnej. Jednocześnie podlegają ścisłemu podziałowi na klasy: Podręczne służą do rodzenia dzieci prominentom, Marty zajmują się pracami domowymi, Ciotki dbają o odpowiednią "edukację" i wpajają kobietom normy społeczne, Żony stanowią własność uprzywilejowanych mężczyzn z elit. Wszystko to pod 24 godzinnym okiem monitoringu. Kobiety wszędzie chodzą parami, mają "pilnować" dziewczyny z pary i same również są przez partnerkę pilnowane. Każdy jest zarówno szpiegiem, jak i szpiegowanym. Bohaterką powieści jest kobieta nazywana Fredą, która trafia do domu komendanta i ma za zadanie urodzić mu dziecko. Poznajemy jej losy przed powstaniem nowego państwa, gdy miała męża Łukasza i córkę oraz potem, gdy już żyje w Gileadzie. Cała trójkę złapano podczas próby ucieczki do Kanady. Freda została skierowana do Czerwonego Centrum i przeznaczona do rozmnażania.
Z takiej historii powstała również opera. Poul Ruders skomponował muzykę, Paul Bentley napisał libretto. Oryginalnym językiem dzieła był angielski, ale opera została przetłumaczona na duński i światową premierę miała 6 marca 2000 roku w Kopenhadze. Bilet na przedstawienie w Bostonie (właściwie w Cambridge) kupiłam pod wpływem impulsu. Dopiero na jeden czy dwa dni przed operowym wieczorem, gdy ogarniałam wyjście organizacyjnie (parking, lokalizacja itd.), uświadomiłam sobie, że to przedsięwzięcie odbywa się w hali do koszykówki (!) i trwa trzy godziny. Hmmmm... Powiedzieć, że byłam zniechęcona, to nie powiedzieć nic. 
Margaret Atwood zresztą też nie pałała początkowo entuzjazmem do zaadaptowania "Opowieści podręcznej" na operę. Ale przedsięwzięcie w wykonaniu Boston Lyric Opera naprawdę robi wrażenie. Czy boisko do koszykówki jest do tego dobrym miejscem? Tak jest!
O ile książka, chociaż porusza bardzo ważne problemy, nie przekonuje mnie w 100%, to opera zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Jest po prostu esencją wszystkich zagadnień z piekła kobiet, opisanego w powieści. Do tego dochodzą wrażenia wizualne, które od razu na widza działają, (w czasie lektury były po prostu dłużyznami) i do tego jeszcze FANTASTYCZNA muzyka, przy której przechodziły mi ciarki po plecach. Siedząca z trzech stron widownia obserwuje Czerwone Centrum - miejsce - gdzie Podręczne, ubrane obowiązkowo na czerwono, w białych czepkach, były tresowane przez Ciotki do ich jedynie słusznej roli społecznej, czyli do bycia inkubatorem (dzieci im zabierano po urodzeniu). Tłumaczy im się, że to wszystko dla ich dobra, że jest wolność "do czegoś" i "od czegoś". Według Ciotek kobiety w Republice Gilead są wolne od pornografii, napadów na tle seksualnym, obrażania ich i poniżania przez mężczyzn. Ten opresyjny twór z powieści Atwood to oczywiście kombinacja fanatyków religijnych i ich odwiecznej chęci sprawowania władzy nad kobietami i ich ciałami. Czytając książkę w jakimś oderwaniu od rzeczywistości, można po prostu prześlizgnąć się po tekście i już. Ale mieszanka w postaci płci (kobieta), obywatelstwa (polskie), miejsca zamieszkania (USA) zmusza do zadumy. Czy te problemy z powieści nie mogą nas spotkać naprawdę? Nie mogą? Nie byłabym taka pewna. W Polsce obowiązuje jedno z najbardziej restrykcyjnych praw dotyczących aborcji na świecie, Ordo luris ma się świetnie, wydaje się, że na jakiś czas przez dalszym zaostrzeniem przepisów uchronił nas czarny marsz. W Ohio sąd właśnie uznał, że owszem 11-letnia ofiara ma urodzić dziecko swojego gwałciciela. W świeckim (?) dużym państwie, w środku Europy w szkołach publicznych wykłada się religię, a każdy kto traktuje kościół normalnie (czyli np. jak partnera - Poznań, gdzie prezydent Jaśkowiak zrobił porządek z mieniem kościelnym) uznawany jest za wroga,  policja wchodzi do domu artystki o 6 rano i aresztuje ją za obrazę uczuć religijnych. Takie przykłady można mnożyć bez końca. Żyjemy w jednym z najdłuższych okresów bez wojny (oczywiście mam na myśli tzw. cywilizację zachodnią), przywykliśmy uważać, że demokracja jest oczywistością, a nasze prawa ustanowione, przyznane i pewne. Jak złudne to poczucie, możemy obserwować od 2015 roku w Polsce. Mając ten kontekst w głowie, patrzenie na scenę, na którą wchodzą uzbrojeni strażnicy i aresztują za niewłaściwe myśli, przy dźwiękach przeszywającej muzyki, naprawdę daje upiorny efekt. Jaki byłby świat, gdyby ktoś mówił Ci co możesz robić, w co masz się ubrać, co masz myśleć, z kim możesz się spotykać? To nie jest niemożliwe. 

A to pierwsza strona dzisiejszych wiadomości: Alabama, USA, XXI wiek




poniedziałek, 6 maja 2019

Guzel Jachina "Zulejka otwiera oczy"

Autorka: Guzel Jachina 
Tytuł: "Zulejka otwiera oczy"
Oficyna Literacka Noir sur Blanc, sierpień 2017 

Nie wiem od czego zacząć, to może najprościej i najszczerzej jak się da: i podobała mi się, i nie za bardzo jednak. A wyjaśnienie już następuje. 

Powieść ma wiele warstw i wątków. Jeden z nich dotyczy uwikłania jednostek w historię. Rodzimy się w takim, a nie innym momencie dziejów i to determinuje nasze życie. Drugi wątek to osobista historia Zulejki i jej dojrzewania. 
Bohaterka to chłopka tatarskiego pochodzenia, podlegająca przymusowemu rozkułaczeniu. W trakcie przypadkowego zatrzymania, z rąk sowieckiego żołnierza ginie jej mąż, a ona sama niedługo potem zostaje zesłana na Syberię. 
Mówiąc łagodnie, Zulejka nie jest kobietą  o szerokich horyzontach. Całe swoje życie poddaje się temu, co jest "jej pisane", nie kwestionuje rzeczywistości, niczego nie oczekuje, nie ma żadnych praw i nawet nie wyobraża sobie, że jednak mogłaby je mieć. Cierpi każdego dnia. Wstaje przed wszystkimi, usługuje wrednej teściowej i obsługuje męża. W ciągu dnia nie ma chwili dla siebie, wieczorem po prostu pada z wyczerpania i marzy, że być może kiedyś nastanie dzień, gdy będzie mogła się wyspać. Swojego losu nie postrzega jako najgorszego, bo mąż jest tak dobry, że jednak nie bije super mocno, a tylko średnio. Również zesłanie jest dla niej tylko kolejnym etapem życia, które trzeba zaakceptować. 
W początkach XX wieku na Syberii lądują rzesze przeróżnych ludzi: wrogowie systemu, czyli inteligencja, posiadający własność chłopi, czyli kułacy, ale także ludzie wierni państwu. Takim właśnie bohaterem jest Iwan Ignatow, który długo żyje w przekonaniu, że tylko "dostarcza" transport ludzi do obozu na dalekiej Północy, a w efekcie okazuje się, że dla niego też nie ma opcji powrotu. Porzuceni w tajdze zarówno więźniowie, jak i kapitan, są skazani na siebie i na współpracę. W pojedynkę nikt nie ma szansy przetrwania. Iwan Ignatow to zdecydowanie najciekawsza postać tej fabuły. Silny, zdecydowany, i przyzwoity. To ostatnie słowo przychodzi mi do głowy, gdy porównuję relację Zulejki i jej męża, a potem Zulejki i Ignatowa, któremu bohaterka od pewnego momentu zaczęła się szalenie podobać. Nigdy nie zrobił nic wbrew niej, chociaż mógłby wykorzystać swoją nadrzędną pozycję. Czekał na nią latami i zawsze traktował dobrze. W przeciwieństwie do jej męża, dla którego była służącą w domu i w łóżku. Interesujące jest to, jak Zulejka stopniowo przegląda na oczy, jak pozbywa się zabobonów, wpojonych jej przez rodzinę i środowisko, w którym się wychowała. Jak nabiera przekonania, że z mężczyzną może być przyjemnie i można być przez niego szanowaną. 
Istnieje paradoks i podobania, i niepodobania mi się tej książki.
Motyw dojrzewania bohaterki do własnych przekonań i decyzji, jest bardzo interesujący i budujący, ale to już podsumowanie po całości lektury. 
Samo czytanie wlecze się niemiłosiernie, mnie ta książka zabiła nudą. 

Zamieszczam jednak linki do bardziej entuzjastycznych recenzji z Miasta Książek bloga Krytycznym Okiem.

Moja ocena 3,5/

piątek, 19 kwietnia 2019

Maciej Jarkowiec "Powrócę jako piorun. Krótka historia Dzikiego Zachodu"

Autor: Maciej Jarkowiec
Tytuł: "Powrócę jako piorun. Krótka historia Dzikiego Zachodu"
Wydawnictwo Agora, luty 2018


"W tysiącach szkół w Stanach Zjednoczonych nauczanie historii Ameryki zaczyna się od Kolumba. Obchodzony w drugi poniedziałek października Dzień Kolumba ustanowiony na pamiątkę "odkrycia" Ameryki, jest świętem państwowym. Formalna nazwa stolicy USA to Dystrykt Kolumbii - a więc "ziemi Kolumba".
Amerykanie w przeciwieństwie do Kanadyjczyków nigdy nie przeprosili ani nie rozliczyli się z Pierwszymi Narodami za dziki podój i przymusową cywilizację, jaką im tutaj urządzili. Dzisiaj Indianie to ponad dwa miliony obywateli USA. Około miliona żyje w rezerwatach. Czterech na pięciu mężczyzn nadużywa alkoholu, umieralność noworodków jest ponad trzy razy większa niż wśród reszty społeczeństwa, dochody średnio 13 razy niższe.
Reportaż Macieja Jarkowca zbudowany jest wokół życia i działań Russela Meansa, Indianina z plemienia Lakotów, aktora, celebryty, rozrabiaki, bojownika o prawa indiańskich plemion. 
Pokazuje niechlubne poczynania i pomysły kolejnych władz na zasymilowanie Pierwszych Narodów ze społeczeństwem Stanów Zjednoczonych. Jest to historia grabieży ziem (często przyznanych Indianom kontraktami), masowego wybijania bizonów, aby uniemożliwić dotychczasowy tryb życia, zabierania dzieci i umieszczania ich w specjalnych szkołach, niszczenia wierzeń w imię zasady znasz "zabobon" jest lepszy niż wasz. Jednym słowem historia niechlubna i ciągle nierozliczona. 

"Ze stolicy na Zachód idzie rozkaz, by powstrzymać Taniec Ducha. Wysyłane są dodatkowe oddziały kawalerii. Jeden z urzędników depeszuje: "Radzę pozwolić im tańczyć. Przybycie oddziałów bardzo ich wystraszyło. Gdy Adwentyści Dnia Siódmego gromadzą się w oczekiwaniu na drugie nadejście zbawiciela i wniebowstąpienie, armia Stanów Zjednoczonych nie zostaje zmobilizowana, żeby ich powstrzymać. Dlaczego podobny przywilej nie miałby dotyczyć Indian. Zapewniam, że jeśli oddziały tu pozostaną, niechybnie nadejdą kłopoty". Ale to odosobniony głos."

"1851 Pierwszy traktat z Laramie. USA uznaje wyłączną zwierzchność ludów Czejenów, Lakotów, Dakotów, Arapaho,Wron, Assiniboinów, Mandanów i Arikarów na terenach środkowego i północnego Zachodu. Ustalone zostają granice między ziemiami plemion. Lakoci i Dakoci dostają m.in. Góry Czarne. Indianie gwarantują USA bezpieczny korytarz dla osadników przemierzających szlak oregoński na Zachodnie Wybrzeże." Zarówno ten traktat jak i koleje będą notorycznie łamane. Spór o święte dla Indian Góry Czarne pozostaje nierozstrzygnięty do dzisiaj. 

"Miasteczko powstało jako pierwsza osada nad rzeką Yellowstone. Miało posłużyć za port dla armii toczącej wojny z Indianami. Nazwane zostało ku czci Jamesa Forsytha, generała kawalerii. 
29 grudnia 1980 roku dowodził oddziałem, który wystrzałami z dział zmasakrował niemal 200 lakockich kobiet i dzieci nad potokiem Wounded Knee w rezerwacie Pine Ridge. 
Miast nazwanych imionami bohaterów rozprawy z Indianami są w Stanach dziesiątki. Stoją setki pomników ludzi, którzy mordowali Pierwszych Amerykanów z zimną krwią. Gdy w całym kraju trwa rozbiórka pomników bohaterów Konfederacji, którzy bronili niewolnictwa, monumentów na cześć rzeźników Indian nikt nie tyka."

Polecam!
Moja ocena: 5.5/6

wtorek, 9 kwietnia 2019

Lars Saabye Christensen "Magnes"

Autor: Lars Saabye Christensen
Tytuł: "Magnes"
Wydawnictwo Literackie, październik 2018


Książka norweskiego Autora, którego bardzo lubię. Jednakże w odróżnieniu od wszystkich poprzednich nie zrobiła na mnie ogromnego wrażenia.
Dlatego tylko wklejam poniżej link do recenzji z Wielkiego Buka. 

A to co zostaje ze mną, (z racji miejsca zamieszkania i codziennych doświadczeń) to opis wrażeń bohatera w amerykańskim mieście - mogłoby być o mnie (nie tylko w mieście, praktycznie wszędzie, gdzie są Amerykanie) 😉:
"Stanął i słuchał. Nagle uświadomił sobie hałas. Oczywiście słyszał go już wcześniej, codziennie, odkąd tu przyjechali, ale dopiero teraz ten hałas dotarł do niego w całym swoim okropieństwie i zmienił się w akustyczną świadomość. To nie ruch uliczny mu przeszkadzał, syreny, nawoływania ani muzyka z rozlicznych ghettoblasterów, tylko amerykański śmiech. Nie mógł się do niego przyzwyczaić. Amerykański śmiech nie mieścił się w żadnym znanym repertuarze. Nie był oznaką radości ani wyższości, nie był próbą ukrycia zawstydzenia, nie rozlegał się jako naturalna ulga pod dobrym żarcie czy komicznej scence, którą w filozofii określa się mianem kichnięcia duszy. Amerykański śmiech był przejawem czystej woli, a ponieważ Amerykanie pragną okazywać silną wolę, to był głośny, bardzo głośny. Był eksplozją dokonującą się w twarz i nikt nie wiedział, kiedy może nastąpić."

Moja ocena 4/5


poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Dionisios Sturis, Ewa Winnicka "Głosy Co się zdarzyło na wyspie Jersey"

Autorzy: Dionisios Sturis, Ewa Winnicka
Tytuł: "Głosy Co się zdarzyło na wyspie Jersey"
Wydawnictwo Czarne, luty 2018 

Spojrzenie pary wybitnych reporterów na tabloidową historię, którą żyły media na wyspie Jersey w 2011 roku. Wiadomo, że happy endu nie będzie. Popołudniem 14 sierpnia 2011 roku Damian Rzeszowski zaszlachtował nożami teścia, żonę i dwójkę dzieci oraz przebywającą w odwiedzinach przyjaciółkę z córką. Potem sam zadał sobie kilkanaście ciosów, ciężko ranny trafił do szpitala, ale został odratowany i stanął przed sądem. W procesie sędzia skazał go na 30 lat pozbawienia wolności w więzieniu o zaostrzonym rygorze. Damian został uznany za niepoczytalnego w chwili popełnia czynu, dlatego skazano go za zabójstwo, a nie morderstwo. Mógłby więc wyjść na wolność po odbyciu kary. To się jednak nie stanie, bo skazany odebrał sobie życie 31 marca 2018 roku. Reporterzy zabierają nas na salę sądową, gdzie rozgrywa się batalia psychiatrów o stan umysłowy oskarżonego. Wiadomo, że zabił. Adwokaci przyjmują linię obrony o słyszanych głosach, niepoczytalności, silnej depresji. Powołani na świadków psychiatrzy w większości przychylają się do tej wersji. Tylko jeden lekarz jest odmiennego zdania i twierdzi, że Damian dokładnie wiedział, co robi. Mnie akurat on przekonał, ale ława przysięgłych nie dała mu wiary. Ewa Winnicka już w reportażu Był sobie chłopczyk pokazała, że ma wybitną umiejętność nakreślania szerszego tła sytuacji. Tutaj szczególnie zwraca uwagę na problem imigracji Polaków. Pisze między innymi o tym, że polska imigracja podzielona jest na imigrację A i B. A to ludzie wykształceni, znający języki, często wyjeżdżają, na z góry zaplanowane kontrakty, zapisują dzieci do lokalnych szkół i szybko się integrują. Imigracja B to Polacy przeważnie ze słabym wykształceniem, emigrujący z regionów, w których załamał się przemysł, często nieznający języków. Zdarza się, że dzieci zostają w Polsce, a tylko rodzice pracują za granicą. Bardzo często są to ludzie nieznający swoich praw, których dotyczy kryzys finansowy, a to "prowadzi do stanów lękowych i halucynacji". Zdarza się, że Polacy nie rozumieją też kodów kulturowych, inaczej się ubierają, inaczej wyglądają, nie odnajdują się w społeczeństwie wielokulturowym. Ograniczenia w znajomości angielskiego (albo brak statusu rezydenta - który np. na Jersey dostaje się po 5 latach dopiero, pod warunkiem spełnia surowych wymogów), uniemożliwia im dostęp do pomocy psychologicznej. Szokujące jest to, że ludzie wyjeżdżają gdzieś i zupełnie nie orientują się w sytuacji kraju, w którym mieszkają. Cytowana w reportażu "Barbara Drozdowicz, szefowa East European Resources Center - organizacji pomocy dla migrantów z Europy Środkowej - mówi, że wielu obywateli polskich nie ma świadomości, że Wielka Brytania opuszcza Unię Europejską. Nie słyszeli o brexicie."
Drugim ważnym tłem jest oczywiście rodzina Damiana. Okazuje się, że była przemocowa. Empatia chyba też nie była tam zbyt mocną stroną, skoro rodzice Damiana nie pofatygowali się na pogrzeb synowej i wnucząt, bo zajęci byli pilnowaniem, żeby im nie przepadło mieszkanie.
Według naszej obecnej władzy w polskich rodzinach nie ma kwestii przemocy, to wszystko to tylko lewackie wymysły. Tymczasem "według statystyk ogłoszonych przez policję w 2017 roku kobiety z Polski stanowiły jedną czwartą wszystkich ofiar przemocy domowej w Wielkiej Brytanii. Następne na liscie były Albanki. Tylko w pierwszych pięciu miesiącach 2018 roku w samym północnym Londynie zginęły cztery Polki. Zostały zamordowane przez swoich polskich partnerów."
To mówi samo za siebie!


Polecam!

Moja ocena: 5/6

wtorek, 26 marca 2019

Joanna Kuciel-Frydryszak "Służące do wszystkiego"

 

Autorka: Joanna Kuciel-Frydryszak
Tytuł: "Służące do wszystkiego"
Wydawnictwo Marginesy, październik 2018

Mało jest po nich pamiątek, zdjęć, eksponatów w muzeach, mimo że, było ich bardzo, bardzo wiele - służące. Historia niań, kucharek, sprzątaczek, albo po prostu kobiet do wszystkiego, które żyły razem z rodzinami, harowały od rana do wieczora, bez dłuższych urlopów i dni wolnych, traktowane przeważnie jak podludzie, z sypialniami urządzonym pod schodami, w łazienkach, albo kuchniach, często głodne, bez prawa do kąpieli, czy nawet korzystania z umywalki, wyrzucane na bruk na starość, mimo wielu lat przepracowanych u państwa z pełnym oddaniem. Historia polskiego niewolnictwa, taki podtytuł mógłby nosić ten reportaż.
Znakomita większość służących pochodziła z wiejskich, przeraźliwie biednych rodzin. Już jako małe dzieci były podrzucane na służbę do państwa, a potem gdy tylko mogły, jechały w świat. Rozwijające się miasta przyciągały, marzące o  lepszym losie, wiejskie dziewczyny. I często nawet najpodlejsze warunki u państwa były lepsze niż to, co miały w domu. Uciekały od opresyjnych ojców i przed małżeństwami, które prowadziły tylko do większej harówki i większego upodlenia. Przybywało ich do miast bardzo dużo. Rozpaczliwie potrzebowały zatrudnienia, więc zgadzały się na wszystkie proponowane warunki bez mrugnięcia okiem. Młode i naiwne, przeważnie analfabetki, marzące o królewiczach, którzy odwróciliby ich marny los, były łatwym łupem różnorakich cwaniaczków i oszustów. Spora część służących kończyła jako prostytutki. Powszechnym zwyczajem było zwalnianie służby na okres wakacji. Dziewczyny pozostawały bez pracy i domu. Jeśli nie miały u kogo się zatrzymać, często kończyły na ulicy. Z czasem zaczęły powstawać organizacje pomocowe, przeważnie kościelne, oferujące dwutygodniowe, darmowe noclegi i wyżywienie, pozwalające na znalezienie nowej pracy. Dziewczyny mogły też w tych stowarzyszeniach odkładać drobne kwoty, które zapewniały im utrzymanie na starość.
Są też historie o służących, które stały się niemalże częścią rodziny i pozostawały pod jej opieką, gdy same już nie mogły pracować, ale to zdecydowanie wyjątki. 
Reportaż Joanny Kuciel-Frydryszak przytacza wzruszające dowody ogromnego przywiązania służących do swoich pracodawców: wyprowadzanie z getta, ukrywanie podczas wojny, ratowania dzieci. Ale wymowa całej pracy jest gorzka. Mieszczaństwo uważało służące za podludzi, bez prawa do czasu wolnego i odrobiny prywatności. Często nawet bez prawa do własnego imienia. Standardem było wołanie na wszystkie bez wyjątku służące Marysia, bo akurat do takiego imienia państwo przywykło. Próby regulacji stosunków pomiędzy służbą i pracodawcami były wyśmiewane i długo w tym temacie nic się nie działo. Wielkie panie nie wyobrażały sobie, że miałby samodzielnie iść na zakupy i ugotować obiad.
Rozdziały w reportażu przeplatane są cytatami z poradników dla służby domowej. Dziś mogą budzić tylko żenadę i niedowierzanie, ale kiedyś wyznaczały niewolnicze standardy pracy wielu tysięcy młodych dziewczyn. 

Doskonała lektura!
Polecam!

Moja ocena: 6/6

poniedziałek, 18 marca 2019

Łukasz Pilip "Podwórko bez trzepaka. Reportaże z dzieciństwa"



Autor: Łukasz Pilip
Tytuł: "Podwórko bez trzepaka. Reportaże z dzieciństwa"
Wydawnictwo Agora, luty 2019

Reportaże dobitnie pokazujące, że dzieciństwo nie zawsze jest beztroskie, a dzieci muszą mierzyć się z sytuacjami wobec których często dorośli są bezradni. Bardzo szeroki zakres tematów: opieka nad śmiertelnie chorymi rodzicami, wszelkiego rodzaju rodziny dysfunkcyjne i patologiczne, autyzm, prawo do prywatności osoby niepełnoletniej i wiele, wiele innych. Wszystkie mocno emocjonalne. 

Moja ocena: 4/6