niedziela, 4 maja 2014

Joanna Bator "Rekin z parku Yoyogi"

Autor: Joanna BatorTytuł: "Rekin z parku Yoyogi"
Wydawnictwo W.A.B, kwiecień 2014

Moja ulubiona Pisarka Joanna Bator postanowiła nas uraczyć swoją kolejną, od razu dodam, że wspaniałą książką. Radości mojej nie sposób wyrazić. Dobrze, że akurat krótko po ukazaniu się książki w księgarniach byłam w Polsce i mogłam nabyć papierowy egzemplarz. Chociaż niespodziewanie dla samej siebie stałam się wielką fanką kindla jakieś 3 lata temu, to i tak zdecydowanie wolę papierowe wersje książek, a zwłaszcza lubię mieć swoje ulubione tytuły i autorów w wersji tradycyjnej. "Rekin z parku Yoyogi" to , mówiąc najkrócej, zbiór esejów o Japonii. Tytułowy rekin został faktycznie, nieoczekiwanie dla wszystkich znaleziony pewnego dnia w tokijskim parku. Wielu próbowało ustalić skąd się tam wziął, jednak bezskutecznie. Dla samej Autorki to był początek pisania tej książki. Bo czasami pisanie zaczyna się właśnie od takich fantastycznych przygód. "Literatura jest obszarem, na którym, jak w parku Yoyogi, codzienność łączy się z tym, co niebywałe i niepojęte. Pisarz staje twarzą w twarz z tajemnicą, bo świat, w którym rekiny spadają z nieba, nie jest mniej prawdziwy od tego, w którym poruszamy się na co dzień." Autorka w kilku esejach nawiązuje do twórczości Harukiego Murakamiego. Często powraca też do trzęsienia ziemi w Japonii z 11 marca 2011 roku i jego następstwa - gigantycznego tsunami, które pochłonęło około 25 tysięcy istnień ludzkich. Joanna Bator otrzymała w 2010 roku stypendium Japan Foundation i dzięki temu mogła prowadzić badania nad subkulturą otaku. Spora część tej książki jest właśnie temu poświęcona. "Otaku - dzieciak, dla którego świat jest placem zabaw. [...] Otaku to fanatyczni wielbiciele japońskiej kultury popularnej: mangi, anime, gier komputerowych, filmów z efektami specjalnymi. Ich świat zamieszkują lolitki i potwory, a nie realni ludzie, bez których otaku chętnie by się obyli w ogóle." To tylko niektóre z tematów poruszanych w książce. Autorka zagłębia się w wiele aspektów japońskiej kultury, dzieli się z nami naprawdę ciekawymi informacjami, których nie sposób znaleźć nawet w najlepszych przewodnikach. A wszystko to napisane fantastycznym językiem! Prawdziwa czytelniczna uczta. Mnie dodatkowo podczas lektury cieszyło to, że byłam w wielu miejscach, o których opowiadają eseje. Łatwiej więc sobie wyobrazić, gdzie siedziała i co widziała autorka, na których stacjach się przesiadała, gdzie piła kawę itp. Ale oczywiście przyjemność gwarantowana, nawet dla osób, które niespecjalnie są zainteresowane Japonią. Wiele przemyśleń Joanny Bator ma charakter bardzo uniwersalny, a Japonia jest momentami tak naprawdę tylko tłem do wyeksponowania przekonań Autorki. 

Fantastyczna książka!
Polecam!

Moja ocena: 6/6

Tokio, lipiec 2013 






czwartek, 10 kwietnia 2014

Galbraith Robert (J. K. Rowling) "Wołanie kukułki"

Autor: Galbraith Robert (J. K. Rowling)
Tytuł: "Wołanie kukułki"
Wydawnictwo Dolnośląskie, grudzień 2013 

Po kryminały sięgam niezwykle rzadko. Ten mnie skusił, bo napisała go J.K. Rowling (aczkolwiek pod pseudonimem Galbraith Rober), czyli autorka Harrego Pottera. Jej książka dla dorosłych "Trafny wybór" okazała się świetną lekturą, więc zachęcona tym faktem zdecydowałam zagłębić się w kryminalne zagadki "Wołania kukułki". No i przyznaję, że się nie zawiodłam. Jeżeli od lektury oczekujemy, że będzie interesująca, wciągająca, niebanalna, dobrze napisana i pozwoli nam miło, relaksująco spędzić czas, to kryminał J.K. Rowling świetnie spełnia te rolę. 
Wszystko zaczyna się od tego, że na ulicy przed apartamentowcem ląduje ciało modelki i celebrytki Luli Landry. Policja przeprowadza postępowanie i dochodzi do wniosku, że Lula popełniła samobójstwo.Ta wersja wydarzeń nie przekonuje jednak jej brata Johna Bristowa, który zgłasza się do biura prywatnego detektywa z prośbą o przeprowadznie niezależnego śledztwa. Cormoran Strike to wielki włochaty mężczyzna, który kiedyś był na wojnie w Afganistanie i pamiątką po tym wydarzeniu jest proteza nogi, nieustannie mu zresztą przeszkadzająca. Jego kariera detektywa nie opływa póki co w spektakularne sukcesy. Gdy go poznajemy, tonie w długach, unika telefonów od wierzycieli i nie do końca ma pomysł na własne życie. Rozstał się z wieloletnią partnerką i jego miejscem zamieszkania jest biuro. Klient w postaci bogatego Johna Bristowa jest więc dla Cormorana podarunkiem od losu. Dzień, w którym w biurze pojawił się brat zmarłej modelki, był pierwszym dniem pracy Robin, asystentki Cormorana. Stawiła się tam jako pracownica agencji pracy tymczasowej i miała zostać przez tydzień. Rozpoczyna się prywatne śledztwo: Cormoran rozmawia ze wszystkimi osobami, które miały kontakt z Lulą w ostatnich dniach, niczego nie przyjmuje na wiarę, drobiazgowo sprawdza każdą informację i wszystkie detale, wielokrotnie wraca do tych samych miejsc. Kryminał obfituje w mnóstwo szczegółów, z których każdy ma znaczenie dla rozwiązania zagadki śmierci Luli, a my jako czytelnicy  nie do końca wiemy, do czego detektyw zmierza.  Ale najważniejsze jest to, że od książki nie można się oderwać. Nie wiem jaki jest typowy detektyw w kryminałach, bo jak wspomniałam, sięgam po nie niezwykle rzadko. Przyznaję jednak, że odczuwałam w stosunku do Cormorana z "Wołania kukułki" pewną niechęć od samego początku. A potem za każdym razem, gdy wydawało mi się, że już być może jest trochę mniej gburowaty i powoli zaczynałam go lubić, to wyskakiwał z takim tekstem, że moje odczucia wobec niego znowu pokrywał lód. Tak naprawdę polubiłam go dopiero w jednej z ostatnich scen, w której to występuje zielona sukienka. Więcej nie mogę powiedzieć, żeby nie zdradzać fabuły. 

Polecam!

Moja ocena: 5/6

wtorek, 8 kwietnia 2014

Zsuzsa Bank "Jasne dni"

Autor: Zsuzsa Bank 
Tytuł: "Jasne dni"
Wydawnictwo Czarne, styczeń 2014 


Nie do końca potrafię powiedzieć, jak udało mi się przebrnąć przez tą książkę. Nudziłam się straszliwie i z utęsknieniem czekałam na koniec. Nie mogę powiedzieć, że jest to powieść zła albo, że żałuję, że ją przeczytałam. Ale zdecydowanie nie jest to rodzaj literatury, który najbardziej preferuję. Książkę mogę polecić ludziom, którzy lubią niekończące się  sielskie i nostalgiczne wspomnienia z dzieciństwa, toczące się w zwolnionym tempie i są w stanie znieść powtórzenia wątków, nieustanne nawracanie do sytuacji z przeszłości i "mielenie" tych samych , momentami dość wydumanych motywów. Dla mnie to było trudne doświadczenie. 
Evi wraz ze swoją córką Ają zamieszkują na skraju małego niemieckiego miasteczka Kirchblüt, w byle jak skleconej chatce w pobliżu pól i lasów. Jako nowe mieszkanki bardzo rzucają się w oczy i wyróżniają z otoczenia. Z czasem stają się nieodłączną częścią Kirchblüt, wpływają na losy ludzi tam żyjących i nikt chyba nie może sobie wyobrazić, że kiedyś to miasteczko istniało bez nich. Evi i Zigi (ojciec Aji) to para cyrkowców, przemieszczających się wraz ze swoją grupą z miejsca na miejsce. Do czasu gdy na świecie pojawiła się Aja. Wtedy Evi zapragnęła domu i stabilizacji, natomiast Zigi nie potrafił porzucić dawnego życia. Niespokojny duch cały czas ciągnie go w świat. Zostaje więc wakacyjnym ojcem, bo właśnie zawsze latem pojawia się w Kirchblüt, wprowadzając śmiech, radość i cyrkowe sztuczki w codzienność Evi i Aji. "Jasne dni" opowiedziane są przez Theresę - przyjaciółkę Aji. Dziewczynki chodzą razem do szkoły, razem się bawią, razem spędzają czas w kuchni u Evi. Po pewnym czasie dołącza do nich Karl. Trójka dzieci, które stają się bardzo bliskimi przyjaciółmi, łączy ze sobą też swoje rodziny. Matki podchodzące do siebie na początku nieufnie i z dystansem, z czasem zacieśniają więzi, stając się dla siebie niezastąpionymi kompanami życia. Dzieci dorastają, a wraz z nimi ich opowieść. Zmienia się ich spojrzenie na rzeczywistość, pojawiają się nowe wątki i interpretacje. Jednocześnie też wraz z rozwojem przyjaźni ich matek, poznajemy trzy niełatwe historie ich życia.Wiele tajemnic wyjaśnia się dopiero, gdy dzieci są dorosłe. 
Książka dla osób, które w lekturze nie preferują przede wszystkim szybkiej akcji. :-)

Moja ocena: 3,5/6

poniedziałek, 24 marca 2014

Bernice Rubens "Wybrany"

Autor: Bernice Rubens 
Tytuł: "Wybrany"
Wydawnictwo Wiatr od morza, listopad 2013

Za tą powieść Bernice Rubens otrzymała w 1970 roku nagrodę Bookera. Dzięki Wydawnictwu Wiatr od morza i tłumaczeniu Michała Alenowicza możemy się tą książką cieszyć również na polskim rynku. A jest zdecydowanie godna polecenia. Powieść jest świetnie skonstruowana i wciąga od pierwszych stron. 
Rodzinę rabina Zwecka poznajemy, gdy Norman (najstarsze dziecko w rodzinie i jedyny syn) zmaga się z uzależnieniem od narkotyków, po których zażyciu ma halucynacje, nie pozwalające mu na normalne funkcjonowanie. Kiedyś był dumą rodziny, utalentowanym prawnikiem odnoszącym sukcesy. Teraz musi zostać oddany na leczenie do zakładu zamkniętego. Wraz z Normanem w domu mieszka jeszcze jego ojciec - rabin Zweck i siostra Bella. Druga siostra Esther od wielu lat żyje z mężem i nie odwiedza rodziny. Matka nie żyje. 
Zabranie Normana do zakładu psychiatrycznego jest dla rabina Zwecka i Belli nie tylko bolesnym, ale też wstydliwym przeżyciem. Żyjąc w małej, hermetycznej społeczności żydowskiej, ciągle mają na uwadze to, co pomyślą sąsiedzi. Zresztą wraz z rozwojem fabuły przekonamy się, że wykreowane na potrzeby opinii innych "fakty", są jednym z głównych czynników kształtujących tę rodzinę. 
Po tym jak poznajemy już problem Normana, Autorka zabiera nas w podróż w czasie, gdzie możemy zobaczyć życie rodzinne, układy panujące w rodzinie, problemy jej członków i przekonać się o tym, co doprowadziło do szaleństwa Normana. 
Matka, gdy jeszcze żyła, była emocjonalną szantażystką, narzucająca wszystkim swoją wolę.  Dzieci i mąż byli przez nią absolutnie zdominowani i jej podporządkowani. Jakikolwiek sprzeciw budził jej histeryczne reakcje. Rabin Zweck jest dla mnie momentami bardzo irytujący: naiwny, "pierdołowaty", zupełnie zagubiony ojciec rodziny, który własne zdanie i moce wykonawcze na zawsze podporządkował żonie. Bella poza Normanem to zdecydowanie osoba najbardziej "przegrana" w tym układzie: pozbawiona własnego życia, skupiająca się tylko na obsługiwaniu innych. Esther jako jedyna, zdecydowała się na radykalny krok i ponosi tego konsekwencje przez wiele lat. Norman to wybraniec rodziny, ukochane złote dziecko, na którym wszystko się skupia - najpierw zachwyty i aplauz z powodu licznych talentów i wspaniałych widoków na przyszłość. A potem troska, gdy duma rodziny popada w uzależnienie i szaleństwo. 
Zagłębiając się w życie rodziny rabina Zwecka widzimy ludzi zakłamanych, którzy budują sobie alternatywną rzeczywistość, dostosowaną do aktualnych potrzeb. Wszyscy członkowie udają, że problemy nie istnieją, a unikanie rozmowy o nich prowadzi do ich samoistnego rozwiązania. Bohaterom z trudem przychodzi też nazywanie rzeczy po imieniu, zobaczenie ich takimi jakimi są. (Rabin Zweck przez całą powieść ani razu nie skłonił się ku myśli, że Norman musi sam chcieć przestać brać narkotyki i że nawet złapanie wszystkich dostawców niczego nie zmieni, jeżeli jego syn dalej będzie chciał brać.) Niewątpliwie choroba Normana jest dla wszystkich bardzo ciężkim przeżyciem, ale wraz z rozwojem akcji, dowiadujemy się, że rodzina ma już swoich tajemnic i traumatycznych momentów bardzo wiele. Stopniowe ich odkrywanie przez Autorkę wpływa na nasze coraz głębsze rozumienie bieżących wydarzeń, no i oczywiście bardzo wciąga w lekturę.
Zachowania bohaterów powieści wywoływały we mnie lawinę pytań: Jak można komukolwiek w rodzinie pozwolić na tak wielką emocjonalną tyranię? Jak można grupowo przyjmować i akceptować zniekształcony i zakłamany obraz świata narzucony rodzinie przez matkę? Jak można tak bezceremonialnie nazywać białe czarnym? Im więcej jednak myślałam o tej książce, tym bardziej dochodziłam do wniosku, że bohaterowie tej powieści, to po prostu bardzo skromni, przeciętni i zagubieni ludzie, obdarzeni problemami, z którymi nie potrafią się do końca zmierzyć, a którym muszą zaradzić.  I robią to tak, jak wydaje im się, że będzie najlepiej: np. Bella umożliwia Bratu "kradzież" pieniędzy ze swojej torebki, po to by miał na narkotyki w szpitalu. 

Świetna książka!

Polecam!

Moja ocena: 5.5/6

piątek, 14 marca 2014

Inspiracje, wariacje, książki... i wiosna...


Dzisiaj dopadła mnie potrzeba przemyśleń i podsumowań. Brzmi poważnie, ale mam nadzieję, że będzie raczej przyjaźnie i inspirująco, niż strasznie. 
Niedługo mija rok odkąd zaczęłam aktywnie działać na blogerze, widać oznaki wiosny, zbliża się Wielkanoc. To wszystko przypomina mi o tym, jak w 2013 roku w podobnych okolicznościach postanowiłam stworzyć Coffee, books and between. Blog z tęsknoty za rozmowami. Wszyscy, którzy mnie znają, wiedzą, że we wrześniu 2012 roku wyjechałam do Danii.
Kronborg Slot, Helsingor

Smok - mój znak w horoskopie chińskim
Jestem szczęśliwa, mieszkam w pięknym miejscu nad samym morzem, ale... przyjaciele i tym samym długie dyskusje o książkach, filmach i życiu zostały w Polsce. Rok temu, gdy użalałam się nad sobą w tym duchu, Ania powiedziała mi: "pisz blog". I to był strzał w dziesiątkę. Oczywiście przyjaciół i rozmów to nie zastępuje, ale mam przynajmniej okazję do podzielenia się opiniami o swoich lekturach. Tworzę taki własny pamiętnik części przeczytanych książek, ale nie to jest najważniejsze. Najbardziej wartościowe dla mnie okazało się samo wejście w "sferę blogerską".
Nigdy wcześniej się tym zbytnio nie interesowałam. Pamiętam nawet, że gdy kilka lat temu zaczęły powstawać pierwsze blogi, to wydawało mi się to bardzo śmieszne i infantylne. Nigdy nawet nie przypuszczałam, że dołączę do tego nurtu. W momencie jak sama stałam się bardziej aktywna blogowo, zaczęłam więcej podobnych treści szukać w internecie. I okazało się, że wiele blogów to fantastyczna twórczość, ciekawe i niebanalne opinie, mnóstwo inspiracji (moje ulubione blogi książkowe), masa praktycznych wskazówek i porad (blogi podróżnicze), niewyczerpane źródło wegańskich przepisów kulinarnych, no i przede wszystkim morze pasji każdego z blogerów. Warto było to odkryć i zacząć czerpać z tego codziennie.
Coffee, books and between, to tylko mój mały, prywatny blog... bez jakiś większych ambicji póki co. Do gigantów tego gatunku na pewno mu daleko. Ale jest super, bo jest mój :-). Dochodzą mnie też plotki, że sporo osób tutaj zagląda. Wszystkim za to bardzo dziękuję!
I przy okazji tek rocznicowej notki chciałabym Was prosić o inspiracje książkowe dla siebie. Jakie książki moglibyście mi polecić, jako lekturę, która coś wniesie do mojego życia (nie musi być od razu mega ambitnie, książka przecież może wnieść np. dobrą zabawę). Co polecacie? Co Was ostatnio rozbawiło, przestraszyło, rozczuliło, zaczarowało...??? I nie sugerujcie zawartością mojego bloga. Szukam nowych inspiracji i wątków, więc wszystkie sugestie przyjmę z radością. 
Zachęcam też do komentarzy. Można je już dodawać bez problemów, bo przyznaję, że do tej pory z mojej winy (mało doświadczona operatorka bloggera) były z tym pewne problemy. 

Przesyłam wszystkim wiosenne uśmiechy!

Magda

Helsingor

Helsingor


Helsingor

Helsingor


piątek, 7 marca 2014

Jeffrey Eugenides "Intryga małżeńska"

Autor: Jeffrey Eugenides 
Tytuł: "Intryga małżeńska"
Wydawnictwo Znak, luty 2013 

Jest rok 1983 i bohaterowie książki właśnie skończyli studia. Jest ich troje, powiązanych ze sobą nieoczywistymi uczuciami i zależnościami. Madeleine zakochana jest w Leonardzie, Mitchell kocha Madeleine, no i nie wiadomo, ale być może Madeleine trochę też jest zakochana w Mitchellu.  Madeleine, atrakcyjna młoda kobieta, studentka anglistyki, chciałaby kontynuować studia magisterskie na tym kierunku i zająć się głębiej powieścią wiktoriańską. Mitchell - student teologii, dosyć przeciętny, nie zachwycający wyglądem, miły i dobry dla wszystkich, opanowany i rozsądny. Leonard szalenie błyskotliwy i inteligenty, rozrywkowy, pewny siebie, ujmujący, uwielbiany przez prawie wszystkich i znajdujący się na tajnej liście najfajniejszych facetów do wzięcia na Brown University, student biologii i stypendysta jednego z najlepszych laboratoriów genetycznych. Troje młodych ludzi po skończeniu uniwersytetu szuka swojego miejsca w życiu. Ta droga dojrzewania nie będzie łatwa.
Wielką zaletą tej powieści jest "pocięta" konstrukcja, raz po raz przenosimy się od historii jednego bohatera do życia drugiego, ale też Autor zabiera nas do dzieciństwa i domów rodzinnych Leonarda, Mitchella i Madeleine. Poznajemy ich coraz lepiej, a zdobywana wiedza rzuca nowe światło na ich zachowania, problemy i wybory. Jeffrey Eugenides trzyma nas cały czas w napięciu i nie pozwala przewidzieć rozwoju akcji. A ta obfituje w nieoczekiwane wydarzenia i zwroty. Cieszy mnie to, że nie ma w powieści hollywoodzkiego zakończenia. Bohaterowie dojrzewają, pozbywają się złudzeń i zaskakują decyzjami. Dla mnie bardzo pozytywnie. Nawet na koniec polubiłam Leonarda. W zasadzie miło spędzało się czas z nimi wszystkimi, aczkolwiek zaangażowanie Madeleine w swój związek, jej naiwność w pewnych tematach były dla mnie osobiście dosyć męczące. Aż chciało się krzyknąć: kobieto zlituj się, no ile można? Ale pewnie to kwestia wieku... jakby nie patrzeć jestem od Madeleine 14 lat starsza :-). Ważnym tłem "Intrygi małżeńskiej" jest literatura, która towarzyszy bohaterom przez cały czas, a powieść jest pełna odniesień do dzieł literackich. Pomaga w życiu i podejmowaniu ważnych decyzji.
Ciekawa, wciągająca historia o miłości, poszukiwaniu sensu życia, mierzeniu się z depresją i pustką.
Polecam!


Moja ocena: 5/6

czwartek, 20 lutego 2014

Dodie Smith "The town in bloom"

Autor: Dodie Smith 
Tytuł: "The town in bloom"
Wydawca: Corsair, marzec 2012 

Dedykacja: dla Hanny :-)

Nie miałam zamiaru nic o tej książce pisać. Przeczytałam ją i jak kilka innych zamierzałam przemilczeć bez komentarza. Częściowo z braku czasu, a częściowo z przekonania, że nie jest to jakaś strasznie ważna pozycja, o której szczególnie warto by się wypowiadać. Ale nastąpił pewien wypadek, a mianowicie mail od Hanny :-), która przed napisaniem do mnie, zajrzała na bloga i stwierdziła, że roi się tam od zgrozy i dlaczego ja takie straszności czytam :-). (Przyznaję, że Swietłana Aleksijewicz to nie jest dobra Autorka na wiosenne rozmarzenie i fakt: czytałam jej książki z bólem.) Ale nie tylko zgrozę pochłaniam. Ten wpis będzie tego dowodem. Właśnie skończyłam czytać "The town in bloom".
Książka trafiła do mnie jako prezent, po tym jak zachwyciłam się "Zdobywam zamek". Czekała od świąt, aż nadszedł moment, gdy stwierdziłam, że potrzebuję do lektury czegoś lekkiego i może też dobrze byłoby po angielsku coś przeczytać. "The town in bloom" idealnie spełnia te warunki. 

Lata 20 XX wieku, do Londynu przybywa 18-letnia Mouse (nazywana tak z racji swojego  filigranowego wyglądu), przekonana, że świat będzie dużo lepszy, jeżeli ona zostanie aktorką. Czarująca młoda osoba, na początku swojej drogi w dorosłość. Mouse otrzymuje pokój w klubie, gdzie poznaje aktorki Lillian i Molly, a do grupy dziewcząt dołącza wkrótce bogata, szczodra i enigmatyczna Zelle. Zapału Mouse do zostania gwiazdą sceny nie podziela niestety nikt ze świata londyńskiego teatru. Ale podczas jednej z prób dostania się na przesłuchanie do "ważnej osoby", bohaterka poznaje Rexa Crosswaya, aktora i managera teatru i ostatecznie zostaje pomocą jego sekretarki. Chętnie podejmuje tę pracę, z nadzieją, że kiedyś w końcu dostanie swoją szansę jako aktorka. Życie Mouse toczy się w teatrze, ale też w klubie, gdzie razem z grupą swoich przyjaciółek jadają kolacje, spotykają się na niezliczonych herbatkach i pogawędkach. Oczywiście nic nie może być tak proste, bo to nie byłby materiał na książkę. Wkrótce więc okazuje się, że świat teatralno-towarzyski opętany jest licznymi obyczajowymi aferami, w których trudno się zorientować. Czarująca Mouse, pełna elektryzującego uroku, uwielbiana przez ludzi, obraca się w tym świecie cudownie naiwna, przekonana o ludzkiej dobroci i nieposzlakowanej opinii swoich towarzyszy. Powoli wraz z kolejnymi aferami i poznawanymi tajemnicami, jej oczy się otwierają i można powiedzieć, że wtedy dorasta. Historia opowiedziana jest przez Mouse, więc wszystko poznajemy z jej punktu widzenia, dlatego jest to takie zabawne. Ale bohaterka nie jest głupia. Poznaje świat, obserwuje ludzi, analizuje, dąży do celu, nieustannie łamie społeczne konwenanse, jeżeli to służy jej sprawie, jest odważna i pozbawiona nieśmiałości. Ciagle "szuka siebie", co pozwala jej na dobre wybory i realizację marzeń. To lato, gdy przyjechała do Londynu, wiele w jej życiu zmienia.
Lektura lekka, przyjemna i zabawna. No i nie wieje zgrozą. Dobra też do poćwiczenia angielskiego.
Moja ocena: 4/6 

środa, 19 lutego 2014

Przeczytane 2014 bez recenzji

Autor:Crummey Michael
Tytuł: "Dostatek" 
Wydawnictwo Wiatr od morza, czerwiec 2013
Moja ocena: 6/6 




Autor: Alexi Zentner 
Tytuł: "Dotyk"
Wydawnictwo Wiatr od morza, czerwiec 2013
Moja ocena: 6/6  


Autor: Alice Munro
Tytuł: "Przyjaciółka z młodości"
Wydawnictwo Literackie, wrzesień 2013 
Moja ocena: 5/6

 

Autor: Alice Munro
Tytuł: "Zbyt wiele szczęścia"
Wydawnictwo Literackie, wrzesień 2013 
Moja ocena: 5/6


Autor: Hallgrimur Helgason 
Tytuł: "Kobieta w 1000 stopni C"
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak  
Moja ocena: 3,5/6 



 
Autor: Małgorzata Rejmer
Tytuł: "Bukareszt. Kurz i krew"
Wydawnictwo Czarne, listopad 2013
Moja ocena: 6/6








czwartek, 13 lutego 2014

Swietłana Aleksijewicz "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety"

Autor: Swietłana Aleksijewicz
Tytuł: "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety"
Wydawnictwo Czarne, listopad 2010
Czytam tą książkę na raty. Ona zadaje fizyczny, przeszywający ból. Wydaje mi się, że jest niemożlwiością, aby usiąść wygodnie w fotelu i zakończyć lekturę podczas dwóch wieczorów. Właściwie niczego innego się nie spodziewałam po Swietłanie Aleksijewicz. Po przeczytaniu dwóch jej wcześniejszych książek ("Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości", "Ostatni świadkowie. Utwory solowe na głos dziecięcy") wiedziałam, że zestawienie tematów: wojna i Swietłana Aleksijewicz, może tylko albo "człowieka rozerwać" od razu, albo zmaltretować psychicznie. Czy chciałam siebie oszczędzić? Absolutnie nie!!! Książki Aleksijewicz to dla mnie obraz tego jaka, wojna jest naprawdę. Dużo osób się mnie pyta, czemu w ogóle to czytam, skoro co dwie strony trzeba robić przerwę, a dobrnięcie do końca graniczy z cudem. No właśnie czemu? Może po to, żeby nie uśpić czujności i nie dać sobie wmówić teraz albo za kilka lat, że wojna (ta przeszła, albo jakaś przyszła) jest dobrym sposobem na rozwiązanie czegokolwiek. A może po to, żeby opiewane bohaterstwo młodych ludzi, wysyłanach w rejony różnych walk dzisiaj, nie przysłoniło mi tego, o czym nikt przy okazji konfliktów zbrojnych nie mówi, czyli o zapleczu wojny, o codziennych zmaganiach, aby przeżyć, nie umrzeć z głodu, złapać trochę snu; o walce o to by zachować się tak, aby móc sobie potem spojrzeć w twarz; o życiu po wojnie; o rodzeniu dzieci, gdy wcześniej trzeba było własnoręcznie zabić kilku innych ludzi; o traumach; o snach nie dających ukojenia do końca ziemskiej egzystencji... Przy lekturze "Ostatnich świadków" zaczęłam się zastanawiać z jakim obrazem wojny wychodzimy ze szkoły, my Polacy, kształceni w kraju, gdzie o wojnie mówi się dużo i jest ona obecna w naszej edukacji cały czas. Generalnie doszłam do wniosku, że wszechobecny i dominujący jest obraz BOHATERA. Bohaterowie, medale, jedyne słuszne wybory, pomniki po fakcie. A dla mnie wojna nie jest bohaterska. 
Moim zdaniem za mało w szkole zagląda się za kulisy. Dlatego uważam, że dobrze by było, gdyby np. ta pozycja "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" weszła na stałe do zestawu lektur. Można zobaczyć w niej zwykły ludzki i najbardziej przyziemny obraz wojny.




Autorka postanowiła zająć się o tym, o czym wiadomo było od zawsze, ale się o tym nie mówiło: że kobiety też były na froncie. Swietłana Aleksijewicz nie chciała napisać po prostu jeszcze jednej książki o wojnie. Długo się zastanawiała jak najlepiej o tym opowiedzieć. Doszła do wniosku, że wojnę znamy głównie z męskich relacji, że to męski głos napisał historię. Autorka sama ze swojego doświadczenia wie, że jej matki i babki nikt o wojnę nie pytał. One milczały podobnie jak tysiące innych kobiet. Swietłana Aleksijewicz zastanawiała się, dlaczego kobiety nie obroniły swojej historii, dlaczego nie mają należnego w niej miejsca. Zbierając materiał do książki odwiedziła setki domów i rozmawiała z setkami osób. Często powtarzał się scenariusz, że mąż pouczał żonę co ma mówić, żeby nie plotła głupstw i nie opowiadała o babskich pierdołach. "Komu mogłam powiedzieć, że byłam ranna, kontuzjowana? Powiem, a kto potem przyjmie taką do pracy, kto weźmie za żonę. Milczałyśmy jak ryby. Nie przyznawałyśmy się nikomu, że byłyśmy na wojnie. Utrzymywałyśmy wzajemne kontakty, pisałyśmy do siebie. Dopiero potem zaczęli nas fetować, po trzydziestu latach... Zapraszać na spotkania... A początkowo się ukrywałyśmy, nawet nie nosiłyśmy odznaczeń. Mężczyźni nosili, a my nie. Mężczyźni byli zwycięzcami, bohaterami, narzeczonymi, mieli swoją wojnę, a na nas patrzyli innymi oczami. Całkiem innymi.... Powiem pani, że odebrali nam zwycięstwo. Po cichu zastąpili je zwykłym kobiecym szczęściem. Nie podzielili się z nami zwycięstwem. Przykre to było... Niezrozumiałe..."
Dziewczyny trafiały na wojnę często zanim jeszcze były pełnoletnie. Autorka dotarła do kobiet, które miały wtedy 13-14 lat. Kobiety były sanitariuszkami, lekarkami, praczkami, kucharkami, telefonistkami, ale także lotniczkami, żołnierkami, piechoty, strzelcami wyborowymi. "Kiedy mówią kobiety, nie ma albo prawie nie ma tego, o czym zwykle czytamy i słuchamy: jak jedni ludzie po bohatersku zabijali innych i zwyciężyli. Albo przegrali. Jaki mieli sprzęt, jakich generałów. Kobiety opowiadają inaczej. "Kobieca" woja ma swoje własne barwy, zapachy, własne oświetlenie i przestrzeń uczuć. Własne słowa. Nie ma tam bohaterów i niesamowitych wyczynów, są po prostu ludzie, zajęci swoimi ludzkimi-nieludzkimi sprawami. I cierpią tam nie tylko ludzie, ale także ziemia, ptaki, drzewa. Wszyscy, którzy żyją razem z nami na tym świecie. Cierpią bez słów, a to jest jeszcze straszniejsze..."
I dlatego właśnie nie jest to po prostu jeszcze jedna książka o wojnie. Zachęcam do lektury, aczkolwiek uprzedzam, że łatwo nie będzie. 

Moja ocena: 6/6 

środa, 29 stycznia 2014

Joanne Kathleen Rowling "Trafny wybór"

Autor: Joanne Kathleen Rowling
Tytuł: "Trafny wybór"
Wydawnictwo Znak, 2012 


Długo się zabierałam do lektury "Trafnego wyboru". Cały czas miałam w głowie J.K. Rowling jako autorkę Harrego Pottera i zastanawiałam się jaka będzie jej pierwsza powieść dla dorosłych. Dodatkowo zniechęcała mnie mocna i wszechobecna promocja. Obawiałam się, że marketingowcy sprytnie chcą wykorzystać sukcesy serii o czarodzieju, do reklamy być może niezbyt dobrej książki, zapewne słusznie uważając, że sprzeda ją samo nazwisko. No i miło napisać, że byłam w błędzie, a moje obawy co do mierności tej powieści okazały się zupełnie nieuzasadnione.
J.K. Rowling napisała świetną książkę, która oprócz przyjemności czytania, daje nam też sporo materiału do przemyśleń. 
Akcja rozgrywa się w Pagford, małym angielskim miasteczku, w którym prawdopodobnie nikt nie chciałby zostać na dłużej. Początek jest mocny, bo okazuje się, że umiera jeden z członków rady Pagford - Barry Fairbrother. Tym samym pozostawiając po sobie tymczasowy wakat. Wkrótce do boju o wolną posadę ruszy kilku mieszkańców miasteczka. Ale póki co obywatele Pagford są w szoku. Odszedł przykładany mąż i ojciec, trener drużyny wioślarskiej, świetny radny, społecznik, walczący o prawa najbiedniejszej i zmarginalizowanej części społeczeństwa. Przynajmniej tak jest postrzegany. Wieść o jego śmierci przekazywana jest z ust do ust, jak najgorętsza plotka i tutaj już dostajemy przedsmak tego, co czeka nas na dalszych stronach. A tam małomiasteczkowa, plotkarska, zawistna atmosfera prowincjonalnej, zapadłej dziury, którą mieszkańcy uważają za centrum wszechświata.
Autorka powoli wprowadza nas w życie rodzin, których członkowie decydują się wystartować w wyborach do rady. Każdy z nich w kandydowaniu ma swój własny interes, najczęściej ograniczający się do bardzo przyziemnych, osobistych przesłanek. J.K. Rowling przenosi czytelnika z jednego domu do drugiego i po mistrzowsku odsłania kulisy "rodzinnej sielanki" kolejnych małżeństw i ich dzieci. Na początku, można powiedzieć, że nic się nie dzieje: zwykłe obrazy codziennego życia. Ale atmosfera stopniowo się zagęszcza. Ujawniają się rodzinne sekrety, widzimy bohaterów takimi jakimi są w rzeczywistości, a nie w rolach, jakie prezentują światu na co dzień. I nie są to miłe obrazki. Tak jakby Autorka zamontowała w domach bohaterów bez ich wiedzy przezroczyste frontowe ściany i przesuwała się z kamerą w kółko: od jednego domostwa do drugiego. Mnie się bardzo podobało to, że wszystko jest prezentowane tak stopniowo. Od idealnych obrazów bohaterów (takich jakie sami światu pokazują) przedzieramy się sukcesywnie przez kolejne warstwy obłudy i małostkowości, żeby zajrzeć, tam gdzie nigdy by nas nie wpuścili. Duży udział w burzeniu tych fasad dobroci i przyzwoitości mają zbuntowani nastolatkowie, którzy ze swoich własnych powodów, włączają się w wyborczą walkę rodziców, jako "ukryta siła".  
Na początku książka może się wydawać trochę nudna, bo Autorka "przeskakuje" pomiędzy dużą ilością bohaterów i trudno się w tym wszystkim połapać. Ale gdyby ktoś chciał na tym etapie porzucić czytanie, to zachęcam, żeby tego nie robił. Nastąpi bowiem taki moment, że będziemy zupełnie wciągnięci w życie mieszkańców Pagford i z niecierpliwością będziemy czytać, żeby się dowiedzieć do dalej. 
J.K. Rowling raczy nas wyśmienitą ironią i znakomitym poczuciem humoru. Zachęcam do lektury i wykorzeniania z siebie cech pagfordczykow, jeżeli takie u siebie odkryjemy!

Gorąco polecam!

Moja ocena: 5.5/6  

niedziela, 26 stycznia 2014

Haruki Murakami "Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa"

Autor: Haruki Murakami
Tytuł: "Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa"
Wydawnictwo MUZA S.A. 2013

Sentyment do Murakamiego (jednak) i spędzone w Japonii ostatnie wakacje zadecydowały ostatecznie o tym, że sięgnęłam po jego nową książkę. Porzucony przeze mnie jakiś czas temu Autor, po wcześniejszym kilkuletnim moim jego uwielbianiu, zapewne pozostaje obojętny na moje obecne względy, ale cóż... nabyłam, przeczytałam i nie żałuję.
Lektura o tyle przyjemna, że po wizycie w Tokio, widzę dokładnie stacje, ulice i dzielnice, po których poruszają się bohaterowie Murakamiego. A oni oczywiście podróżują sporo, jak to zwykle u tego Autora. Dużo czasu główny bohater spędza na największych stacjach w Tokio, ale nie ma się czemu dziwić, w końcu jest inżynierem od budowy dworców.  



Shinagawa Station, Tokio 2013
Shibuya Station, Tokio 2013 
Tokio 2013
Tsukuru w mieszkał w Nagoi i wraz z czterema osobami ze swojej klasy, tworzyli nierozerwalną i bardzo zgraną grupę przyjaciół. Po skończeniu szkoły, Tsukuru wyjechał do Tokio na studia, a reszta paczki została w rodzinnym mieście i mimo tego "odległościowego rozstania" nic nie zapowiadało rozpadu grupy. Przyjaciele dalej się spotykali, kiedy tylko mogli. Aż do dnia, gdy Tsukuru otrzymał od jednego z nich informację, że nie chcą go między sobą i ma się nigdy więcej z nimi nie kontaktować. Tsukuru po studiach został w Tokio, nie miał pojęcia co się stało i dlaczego został odtrącony przez swoich przyjaciół. Po szesnastu latach od tego wydarzenia postanawia wyjaśnić tajemnicę. Odwiedza kolejno wszystkich ze starej paczki i próbuje ustalić przyczynę swojego wykluczenia z grupy.
Książka na jeden (lub maksymalnie dwa wieczory). Bardzo wciągająca, z wieloma ciekawymi wątkami. Świat Murakamiego wydaje mi się taki gładki, spokojny, poukładany, grzeczny, bez wielkich emocjonalnych wybuchów i krwawiących serc. Jeżeli rozstania to oczywiste, spokojne i z klasą. Jeżeli wywalamy cię z paczki, to odejdź  i nawet nie pytaj dlaczego. A gdy przychodzi czas na wyjaśnienia, to też wszystko jest możliwe: po kolei, bez pośpiechu, elegancko. Autor raczy nas prostym językiem i normalnością, w której żyją niezwykli bohaterowie. Nie brakuje oczywiście momentów fantastycznych, na pograniczu z rzeczywistością.

Miła rozrywka.

Moja ocena: 4/6

czwartek, 16 stycznia 2014

Tom Hodgkinson "Być rodzicem i nie skonać"

Autor: Tom Hodgkinson
Tytuł: "Być rodzicem i nie skonać"
Wydawnictwo WAB Warszawa 2012 

Zapewne obecność tej pozycji u mnie na blogu może budzić zdziwienie wśród wszystkich, którzy wiedzą, że dzieci nie posiadam, a tym samym mam prawdopodobnie kilka powodów mniej, żeby skonać, niż przeciętny rodzic. Ale to nie pomyłka. Książka trafiła tutaj z powodu mojego uwielbienia dla jej autora Toma Hodgkinsona. Kilka lat temu przeczytałam "Jak być leniwym" i "Jak być wolnym" jego autorstwa i zostałam fanką jego podejścia do życia (póki co fanką w warstwie przekonań, bo niewiele tematów udało mi się wcielić w praktyce). Ale z wielu "porad" zawartych w tej książce, zamierzam skorzystać, gdy przyjdzie na to czas. Uprzedzając nieśmiertelne i "budujące" zdanie większości doświadczonych rodziców "tak, tak zobaczymy jak będziesz mieć swoje dzieci", i tak uparcie twierdzę, że niektóre kwestie jako rodzic będę starała się rozwiązywać zgodnie z sugestiami autora. 
Tom Hodgkinson nie napisał poradnika. "Być rodzicem i nie skonać" to raczej prezentacja jego filozofii życiowej w odniesieniu do rodzicielstwa.Sam przyznaje, że wzbudził wśród znajomych szczery ubaw, gdy im powiedział, że zamierza pisać o wychowaniu dzieci. Nie ukrywa swoich "ojcowskich wad i pomyłek", przyznaje się do błędów, niecierpliwości i zmęczenia. Ale głosi jednocześnie idee, które pomagają być rodzicem i nie skonać, a także są dobre dla dzieci. 

Autor jest zwolennikiem tzw. rodzicielstwa na luzie. Uważa, że współczesnym ludziom, szczególnie rodzicom, wmówiono, że powinni pracować więcej, więcej chcieć, ciągle więcej robić, ciągle mieć więcej potrzeb materialnych i ciągle dążyć do perfekcji. Tymczasem Tom Hodgkinson jest zupełnie przeciwnego zdania. Generalnie wychodzi z założenia, że ogólnie w życiu trzeba robić mniej, żyć skromniej, zarabiać mało, ale na swoim, żyć na wsi, z dala od supermarketów, pić więcej wina, więcej się śmiać i mieć więcej wolnego czasu. Dla dzieci najlepiej będzie, jeżeli da się im spokój, żeby mogły się zająć same sobą. To według autora pozwala na ich prawidłowy rozwój, na bycie kreatywnymi i na cieszenie się dzieciństwem. Jest przeciwny niezliczonym szkolnym klasówkom, dziesiątkom zajęć pozalekcyjnych i poddawaniu dzieci nieustannej stymulacji. Uważa, że ciągła opieka i wtrącanie się rodziców, nie pozwala dziecku uczyć się po swojemu i prawidłowo rozwijać. Dzieci powinny też w domu mieć swoje obowiązki (jak postuluje: "Przywróćmy wyzysk nieletnich!"), ponieważ to daje im poczucie, że są ważne i potrzebne. Generalnie dla dzieci najlepsza jest zabawa: na powietrzu, z zabawkami wymyślonymi przez siebie, w grupie, w kompanii zwierząt, muzyki, bez telewizora i ogłupiających gier komputerowych. Z daleka od reklam i tandetnych plastikowych zabawek. Wg. Autora dzieci nie odróżniają zabawy od obowiązków domowych, dopóki dorośli im nie zaszczepią przekonań, że coś jest fajnie, a coś uciążliwe. Tom Hodgkinson jest za rodzicielstwem, które nie będzie umęczeniem, tylko przyjemnym spędzeniem czasu z pociechami, nawet podczas zmywania i odkurzania. Mnie to w dużej części przekonuje :-)
Świetne poczucie humoru Autora i jego żarty oraz zabawny język są niewątpliwie ogromną zaletą tej książki. Tom Hodgkinson oprócz bycia leniwym i wyluzowanym gra też na ukulele i stworzył stronę idler.co.uk, gdzie więcej można się dowiedzieć o jego podejściu do życia. 
Świetna zabawa i kilka cennych uwag dla obecnych i przyszłych rodziców. 

Polecam!

Moja ocena: 5.5/6





niedziela, 5 stycznia 2014

Artur Domosławski "Śmierć w Amazonii. Nowe eldorado i jego ofiary".

Autor: Artur Domosławski
Tytuł: "Śmierć w Amazonii. Nowe eldorado i jego ofiary".
Wydawnictwo Wielka Litera, 2013
 
 
Kolejna książka z cyklu "nie do pomyślenia, że takie rzeczy dzieją się na świecie". Kolejne świadectwo tego, że rozwinięta cywilizacja potrafi świetnie zadbać o własne interesy kosztem reszty naszej planety. I niestety kolejne "pomniki" stawiane bohaterom, którzy potrafią się przeciwstawić olbrzymom, wydawałoby się, nie do pokonania. Piszę niestety, bo Ci ludzie "zarabiający" swoimi działaniami na miano bohaterów, powinni wieść normalne, zwykle życie a nie walczyć przeciwko korporacjom i bandytom zabierającym im i ich społecznościom przestrzeń do życia.
Artur Domosławski opisuje 3 przypadki bestialskich działań człowieka na terenie Amazonii.
Brazylia
Tutaj największym problemem jest nielegalne wycinanie lasów w celu pozyskiwania egzotycznego drewna, które potem w postaci podłóg, mebli i innych przedmiotów użytkowych trafia do bogatych krajów. "Wyroby z drewna to nie wszystko. Komu przyszłoby do głowy, że kupując samochód, lodówkę, pralkę, odkurzacz - w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Brazylii, Polsce, Japonii i wielu innych krajach finansuje pośrednio i nieświadomie nielegalne wycinanie lasów Amazonii?". Hutnictwo to druga największa przyczyna wycinki lasów. Ścięte drzewa spala się na węgiel drzewny, który następnie sprzedaje się hutom produkującym stal itd. itd. Aby pozyskiwać drewno oraz tereny pod hodowlę bydła, firmy i wielcy posiadacze ziemscy wyganiają z wielu obszarów ludność mieszkającą tam od wieków. Często ludzie są więzieni i zmuszani do niewolniczej pracy. Autor opisuje historię pary ekologów, którzy poświęcili swoje życie obronie lasów Amazonii i obronie prawa autochtonów do ziemi. Jose Claudio i Maria walczyli wiele lat, ostatecznie zabici przez przez ludzi, którym przeszkadzali. Eliminowanie wrogów poprzez zastraszanie i zabójstwa to powszechna praktyka. Winnych prawie nigdy nie udaje się ustalić. " [...] dzięki panującej wokół zabójstw ciszy, cieszymy się całkiem licznymi dostatkami: wygodnymi samochodami, stylowymi meblami, nowoczesnymi sprzętami domowymi, markowymi butami i wieloma innymi przedmiotami codziennego użytku, które uważamy za niezbędne. [...] Nie pociągnęliśmy za cyngiel. Nie widzieliśmy odległych - odległych również fizycznie, namacalnie - skutków mechanizmu społecznego i gospodarczego, w który jesteśmy zanurzeni. Potępiamy zbrodnię, tę i każdą następną. A czy możemy przysiąc, że nie bierzemy udziału w podziale łupu?"
 
Peru
Autor odwiedza Cajarmarkę, kolonialne miasto w Andach, w północnym Peru. Krajobraz zapierający dech w piersiach zniszczony jest przez wyrastające "znikąd" kopce, wyglądające jak wielkie hałdy piachu. Takie "kwiatki" zostawia po sobie przemysł wydobywający złoto, którego wielkie zasoby znajdują się właśnie w Peru. Ale te "góry", pozostające po wypłukiwaniu złota ze skał, to nie jest największy problem. Do płukania używa się wód z dziewiczych lagun, niszcząc je bezpowrotnie. Zużytą, zanieczyszczoną wodę odprowadza się potem do najbliższych strumieni i rzek. Doszło do tego, że mieszkająca tutaj od wieków ludność, kupuje wodę dostarczaną cysternami. Podobnie jak w Brazylii prawa autochtonów do ziemi są ignorowane. Ludzi zastrasza się i wygania z ich terenów, zatrudnia do niewolniczej pracy przy wydobyciu złota. Często dochodzi do skażenia wód rtęcią. Ludzie sprzeciwiający się tym praktyką giną w dziwnych okolicznościach, winnych prawie nigdy nie udaje się ustalić.
 
Ekwador
Amerykańska firma Texaco (potem Chevron) podpisała z rządem Ekwadoru umowę na wydobycie ropy na terenach Amazonii w tym kraju. W Stanach Zjednoczonych już od lat czterdziestych XX wieku istnieją klarowne i bardzo restrykcyjne przepisy, określające, jak takie wydobycie powinno wyglądać, aby było bezpieczne dla ludzi i środowiska. Ale okazuje się, że to co jest standardem w Stanach, można pominąć w Ekwadorze. Texaco pozostawiło po sobie niezabezpieczony muł po odwiertach, , niezliczone baseny substancji toksycznych na otwartym powietrzu, wodę poprodukcyjną spuszczoną do zbiorników z wodą pitną. Potężnemu koncernowi sprzeciwił się jeden człowiek: Pablo Fajardo - wychowywał się w skrajnej nędzy, ledwo udało mu się skończyć szkołę, potem korespondencyjnie skończył studia prawnicze by ostatecznie stanąć do walki przeciwko amerykańskiej firmie Chevron. Niewiarygodna historia życia jednego człowieka - i tak jak pisałam na wstępie: szkoda, że musiała się wydarzyć.
 
Zachęcam do lektury, aczkolwiek książka niewątpliwie może zasilić listę radiowej Dwójki "Książek, po których poczujemy się gorzej".
 
Moja ocena: 5/6

środa, 18 grudnia 2013

Ignacy Karpowicz "Cud"

Autor: Ignacy Karpowicz
Tytuł: "Cud"
Wydawnictwo Literackie 2013 

Czy zmarły w wypadku mężczyzna może mieć pośmiertny, decydujący wpływ na całą fabułę i losy wszystkich bohaterów powieści? Oczywiście! U Ignacego Karpowicza wszystko jest możliwie! Świetna książka, niebanalna historia, nietuzinkowi bohaterowie! Do tego oryginalny, błyskotliwy język i przyjemność lektury gwarantowana. Coś lekkiego a jednocześnie inteligentnego na wolny czas. Polecam! 

Moja ocena: 5/6

piątek, 6 grudnia 2013

Marek Kamiński "Alfabet:


Autor: Marek Kamiński
Tytuł: "Alfabet"
G+J RBA Wydawnictwo, 2013 

Jakie jest Wasze pierwsze  skojarzenie z Markiem Kamińskim? Założę, że... bieguny :-). Dla mnie było jeszcze szaleństwo, czyli wyprawa polarna z niepełnosprawanym Jaśkiem Melą. Tak było do momentu, gdy 2 lata temu na Targach Książki w Krakowie, zachęcona notką okładkową, kupiłam książkę Marka Kamińskiego "Wyprawa". Jest to jedna z najlepszych pozycji, jakie przeczytałam w życiu. Książka, która leży u mnie na półce w kategorii "najbardziej wartościowe, warto powrócić". Zachwyciłam się przemyśleniami Autora, na temat życia. "Wyprawa" to oczywiście opowieści o różnych wyprawach Marka Kamińskiego, ale także przełożenie zdobytych tam doświadczeń na zupełnie zwykłe sytuacje życiowe. Wyważone opinie Autora, dojrzałe komentarze, świetny język, gdzie każde zdanie trafia idealnie w sedno: to wszystko decyduje o doskonałości "Wyprawy".  A piszę o tym dlatego, że "Alfabet", który właśnie przeczytałam, jest oparty na innych książkach Autora, w tym w dużej części właśnie na "Wyprawie". Ale ponieważ zakupu dokonywałam przez internet, to nie miałam możliwości zauważenia tej informacji, podanej gdzieś przy końcu. Z jednej strony było to dla mnie trochę rozczarowujące, bo spodziewałam się jakiegoś nowego materiału, ale z drugiej strony cieszę się bardzo, że ta książka do mnie trafiła, bo miałam okazję powrócić, do przemyśleń Marka Kamińskiego. "Alfabet" ułożony jest hasłowo, każdemu słowu, towarzyszy, krótki, "esencjonalny" opis. Mamy więc po prostu zbiór sentencji. Do tego książka jest bardzo ładnie wydana: na świetnym kredowym papierze, w twardej oprawie, z pięknymi zdjęciami. Komercyjnie i gwiazdkowo, kosztuje sporo, ale 2% z każdego egzemplarza trafia na statutową działalność Fundacji Marka Kamińskiego, więc i tak warto. Aczkolwiek i tak bardziej polecam "Wyprawę".

A te fragmenty zostają ze mną:

"Czasami rzeczywistość chce nam powiedzieć: "Zobacz, nie miałeś szans, ale uwierzyłeś." To nie jest tak, że uwierzę i wszystko się samo ułoży, ale gdybyśmy nie wierzyli, to i cud by się nie wydarzył. Trzeba dać cudowi szansę."

"Działanie jest tylko finalną formą myśli, wierzchołkiem góry lodowej. Najważniejsza jest zawsze myśl. Ona wyznacza nam drogę. Ale żeby gdzieś dojść, musisz iść, iść, iść. Samo się nie dojdzie."

"To głowa dochodzi na biegun, nie nogi."

"Strach i obawy są po to, by je pokonywać. Nie powinny kierować naszym postępowaniem ani naszymi krokami. To ja wybieram miejsce, gdzie postawię stopę, nie mój strach."

"Świat nic sobie nie robi z naszych rozterek i cierpień, dał nam to, co akurat miał pod ręką, i tylko od nas samych zależy wybór drogi i co zechcemy zrobić z naszym życiem. Wygląda na to, że świat też nie wie, dokąd iść i co robić, ale trwa, miota się i próbuje. Nie ma celu ani początku, ani końca. A my jesteśmy tylko jego częścią."

Moja ocena: 5/6