środa, 17 stycznia 2018

Lina Wolff "Poliglotyczni kochankowie"

Autor: Lina Wolff
Tytuł: "Poliglotyczni kochankowie"
Wydawnictwo Marginesy, październik 2017

O K R O P I E Ń S T W O!

Nie wiem czy fakt, że przeczytałam "Poliglotycznych kochanków" do końca, postrzegać jako sukces (że mimo wszystko dałam radę) czy raczej jako głupotę, że zmarnowałam tyle czasu. 

Pisać za dużo nie będę. Są inni, którzy też się męczyli z tematem i zobligowani byli w miarę rozsądnie o książce się wypowiedzieć. Poniżej link do recenzji Jarosława Czechowicza (blog Krytycznym Okiem) dla Czasu Kultury: 

Próbuję tylko odtworzyć w pamięci w jaki cudowny sposób weszłam w posiadanie tej książki. No i tak: miałam do wykorzystania darmowy kod do księgarni internetowej z dobiegającym terminem ważności, więc stało się pilne, żebym coś kupiła. Ponieważ jednak książek z mojej listy "do nabycia" w tej księgarni nie było, szukałam, co innego mają do zaoferowania. Przeglądałam wydawnictwami i zatrzymałam się przy Marginesach (wydają np. Juliana Fellowesa), więc stwierdziłam, że przyjrzę się innym Autorom, których publikują. No i była tam Lina Wolff z adnotacją: Poliglotyczni kochankowie zostali uhonorowani prestiżową szwedzką nagrodą literacką Augustpriset 2016. Prawa do przekładu nabyły wydawnictwa z kilkunastu krajów.
Coś tam jeszcze poszperałam w sieci, popatrzyłam na okropną okładkę, ponabijałam się z tytułu, a potem pomyślałam: ok. Dajmy temu szansę! W końcu Petra Soukupova też była przypadkiem. No i dałam sobie szansę na zmarnowanie kilku godzin. I niestety ją wykorzystałam!

Zdecydowanie nie polecam!


piątek, 12 stycznia 2018

Shirin Ebadi "Kiedy będziemy wolne. Moja walka o prawa człowieka"


Autor: Shirin Ebadi
Tytuł: "Kiedy będziemy wolne. Moja walka o prawa człowieka."
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, październik 2017

Shirin Ebadi jest irańską laureatką Pokojowej Nagrody Nobla, którą przyznano jej w 2003 roku za walkę o prawa człowieka. Kobiety w Iranie dopiero w 1963 roku otrzymały prawa wyborcze, a pięć lat później mogły wystartować w konkursie, dopuszczającym do pracy w wymiarze sprawiedliwości. Shirin Ebadi, pochodząca z rodziny prawniczej, sama studiująca prawo, przeszła przez ten konkurs ze świetnymi wynikami i zaczęła pracować jako prokurator. Niebawem w wieku 26, jako pierwsza w historii Iranu kobieta została sędzią, a potem przewodniczącą trybunału. Jej kariera nie  trwała jednak zbyt długo. Rewolucja 1979 roku przyniosła obalenia szacha, ale mułłowie, którzy doszli do władzy, zaczęli ją od razu wykorzystywać przeciwko kobietom. Nie mogły one dłużej być sędziami. Jako powód podawano ich rzekomą niestabilność emocjonalną, mogącą mieć swoje odbicie w orzecznictwie. Shirin Ebadi została zdegradowana do stanowiska sekretarki w sądzie. Pracowała tam kilka lat, potem jeszcze wykładała prawo, zanim w końcu po ośmiu latach Republika Islamska przyznała jej uprawnienia adwokackie (chociaż sędziom należały się one automatycznie). Otworzyła pierwsze w Iranie Towarzystwo Ochrony Praw Dzieci, z czasem zgromadziła wokół siebie innych adwokatów i stworzyli centrum, które za darmo reprezentowało dysydentów. Nigdy nie należała do żadnej partii politycznej, zawsze podkreślała, że interesuje ją tylko walka o prawa człowieka. Jest też zdeklarowaną muzułmanką i nie występuje przeciwko islamowi. Pokazuje tylko, jak go właściwie interpretować. 
Ta niezłomna, wykształcona i nie dająca się zastraszyć kobieta od samego początku swojej prawniczej kariery narażona była na prześladowania władz. 

Mówi, że książką "Kiedy będziemy wolne. Moja walka o prawa człowieka."  chciała pokazać swoją osobistą historię, ale też kawałek historii Iranu i podkreśla we wszystkich swoich wywiadach i wykładach: jeżeli oni to zrobili mnie, laureatce Pokojowej Nagrody Nobla, to co mogą zrobić przeciętnemu obywatelowi. Służby bezpieczeństwa miały ją na oku cały czas. Ona i jej biura były bez przerwy podsłuchiwane, tajni agenci śledzili każdy jej krok, wielokrotnie jej grożono, próbowano wpływać na nią poprzez represje na członkach rodziny, szantażowano jej pracowników, urządzano "spontaniczne" zgromadzenia pod jej mieszkaniem, siedziała w więzieniu. W obrzydliwy sposób zniszczono jej małżeństwo, skonfiskowano majątek, a ona sama od 2009 roku mieszka poza Iranem, gdyż jest świadoma, że natychmiast po wylądowaniu na lotnisku w Teheranie zostałaby aresztowana. 
Z książki wyłania się obraz kobiety o żelaznej konsekwencji, niezłomnej, niewiarygodnie odważnej i często grającej va banque. A przy tym wszystkim niezmiernie pragmatycznej. Walczy z prawem i jako znakomita prawniczka wie, że często nic nie może zdziałać, ale przyjęła zasadę nagłaśniania każdej sprawy. Od samego początku wykorzystuje wszystkie możliwości, koneksje, żeby upubliczniać karygodne działania irańskich władz, absurdy prawne, przekręty, fikcyjne procesy. Dąży do tego, żeby Republika Islamska zmieniała swoje działania pod wpływem opinii międzynarodowej. Bardzo pomocna była tutaj oczywiście Nagroda Nobla. W swoim pragmatyzmie Shirin Ebadi często odwołuje się do Koranu, bo wie, że tym pomaga kobietom. 
Jej obydwie córki są prawniczkami, nie mieszkają w Iranie, podobnie jak matka. Były już mąż, pozbawiony paszportu, nie może wyjechać z kraju. Shirin Ebadi żyje na wygnaniu, poprzez wykłady, prelekcje, apele pracuje dalej na rzecz ochrony praw człowieka. 

Polecam!
Moja ocena: 5/6


Źródło: Monika Słowakiewicz. Współpraca w Teheranie: Sanam Ghiaie, 15.11.2003, Wysokie Obcasy 














czwartek, 11 stycznia 2018

Leila Slimani "Kołysanka"


Autor: Leila Slimani
Tytuł: "Kołysanka"
Wydawnictwo Sonia Draga, wrzesień 2017

Leila Slimani zdecydowanie zawojowała Francję w 2016 roku z "Kołysanką". Zdobyła za nią prestiżową nagrodę Goncourtów i została osobistą przedstawicielką Prezydenta Emmanuela Marcona do promocji języka francuskiego i francuskiej kultury za granicą.
Inspiracją do powieści były wydarzenia z Nowego Jorku z 2012 roku, gdy niania zamordowała dwójkę dzieci, które miała pod opieką. Zdanie: "Młodsze dziecko nie żyje." rozpoczyna książkę, a niewiele dalej czytamy: "Natomiast dziewczynka jeszcze żyła, kiedy przyjechało pogotowie. Walczyła jak lew." 
A potem wracamy do początku tej historii: Myriam i Paul są rodzicami dwójki dzieci. Podział ról dość tradycyjny. Myriam "siedzi" (na marginesie: uwielbiam ten potoczny czasownik, opisujący, co kobieta opiekująca się dziećmi, robi codziennie) w domu i zajmuje dziećmi, Paul pracuje i utrzymuje rodzinę. Często wraca późno. Czasami faktycznie ma dodatkową pracę, a czasami świadomie opóźnia powrót do domu. Po pierwszych zachwytach rodzicielstwem, nadszedł czas znużenia, wyczerpania, nie tak częstego seksu, rzadkich spotkań z przyjaciółmi. Wszyscy zaczynają się w tym trochę dusić i wtedy podejmują decyzję, że Myriam, z wykształcenia prawniczka, powróci do pracy, nawet jeśli po zapłaceniu za opiekę nad dziećmi, z jej pensji nie pozostanie zbyt dużo. 
Para, mając przed sobą jasno sprecyzowaną listę wymagań i oczekiwań, przystępuje do wyboru niani. Przychodzą kolejne kandydatki, aż w końcu pojawia się Louise - osoba idealna. Miła, skromna, kompetentna, lubiana przez dzieci. Wchodzi w życie rodziny i stopniowo je przejmuje. Zaczyna od opieki nad dziećmi, od organizowania im wspaniałych zabaw, zabierania do parku, przygotowywanie jedzenia, potem zajmuje się coraz większą ilością domowych obowiązków: pierze, prasuje, gotuje, sprząta, układa w szafach, często zostaje na noc, gdy rodzice wracają późno, albo wychodzą wieczorem. Wrasta w życie rodziny i z czasem Myriam i Paul przestają wierzyć w to, że daliby sobie radę bez niej. Louis wyjeżdża z nimi na wakacje, bierze udział w kolacjach, organizowanych u nich w domu, czuje się nieodzowna. Jednocześnie zmaga się z problemami osobistymi (śmierć despotycznego męża, pozostawione przez niego długi, fatalne relacje z córką). Do tego dochodzi wizja zakończenia pracy w tej rodzinie - młodsze dziecko dorosło do wieku, kiedy może już pójść do żłobka. Osoby wypowiadające się po tragedii, zaznaczają, że zachowanie Louise zaczęło się zmieniać. Nie jakoś diametralnie, ale pojawiły się pierwsze dziwne znaki, drobne niepokojące sygnały, które mogły wzbudzić alarm. Nie do końca właściwie wiadomo, co spowodowało tragedię. Być może właśnie problemy osobiste, albo chęć bycia częścią rodziny i świadomość, że to się nie uda. A może już po prostu Louise miała dość zajmowania się czyimiś dziećmi. Dość braku szacunku, usuwania się w cień, znoszenia upokorzeń (gdy np pracodawcy niechętnie patrzyli na to, że przychodzi z własną córką). (Jakkolwiek brzmi to dziwnie, to ja sama nie tak dawno temu miałam sąsiadkę, która przy najmniejszym hałasie ze strony mojego syna wściekle waliła w sufit. Któregoś dnia przybiegła nawet i skopała nam drzwi. "Złapana" na korytarzu przez mojego męża, wyznała z płaczem, że ona 15 lat pracowała w żłobku i jest znerwicowana). Więc może u bohaterki nastąpił moment, kiedy wylało szambo i po prostu więcej się nie dało na siebie wziąć. 
Po informacji, że inspiracją do powieści były prawdziwe wydarzenia, spodziewałam się bardziej rozdzierającej emocje historii. Oczekiwałam, że psychika bohaterki zostanie rozłożona na czynniki pierwsze i krok po kroku będziemy czuli, że zbliża się katastrofa i że to się nie może inaczej skończyć. Mimo, że książka jest bardzo dobra, to w powyższym temacie się przeliczyłam. 

Natomiast proza Slimani stawia bardzo ważne pytania: 

Kim właściwie jest niania - przyjacielem domu czy wynajętym pracownikiem, wykonującym konkretne zadania? 
Czy niania ma prawo do własnego życia, chorobowego, dni wolnych (na swoich warunkach i w dogodnym dla niej terminie, a nie w czasie, gdy akurat nie jest potrzebna do opieki nad dziećmi). 
Co z dziećmi niani? Wtedy, gdy np są chore, potrzebują jej albo nie ma się nimi kto zająć? Czy np. mogą przebywać ze swoją matką, podczas gdy ona wykonuje pracę i zajmuje się innymi dziećmi.  
Czy można dokonać "outsourcingu" rodzicielstwa, czy możemy oczekiwać, że ktoś zajmie się naszymi dziećmi, tak jak my sami. 

Ja z wielu względów uważam, że dla dziecka jest znacznie lepszy jest żłobek i przedszkole, niż niania, ale wszystkim, którzy mają zamiar szukać opiekunki, ta książka z pewnością nerwów nie uspokoi. 


Polecam!

Moja ocena: 5/6



środa, 10 stycznia 2018

Julian Fellowes "Snoby", "Belgravia"





Autor: Julian Fellowes 
Tytuł: "Snoby" 
Wydawnictwo Marginesy, wrzesień 2017
Moja ocena: 6/6




Julian Fellowes czyli Baron Fellowes of West Stafford, z zawodu aktor, scenarzysta i pisarz, zaprasza czytelników do zamkniętego i ekskluzywnego świata angielskiej wyższej sfery. Arystokrata z pochodzenia i szczerego zamiłowania, wybrał dla siebie inną życiową rolę niż zarządzanie majątkiem ziemskim i popołudniowe herbatki. Odnalazł się doskonale wśród "klas niższych" w takich pogardzanych dziedzinach jak aktorstwo i pisarstwo. Poszło mu nieźle. Za scenariusz do filmu "Gosford Park" odebrał Oscara w 2002 roku, a "Snoby" przyniosły mu rozgłos jako pisarzowi. Książka ukazała się w dobrym momencie - w 2004 roku, gdy angielska arystokracja była skompromitowana, wychodzącymi na światło dzienne coraz to nowymi skandalami, a czytelnicy szczególnie mocno pragnęli przyjrzeć się bajkowemu światu wyższych sfer. "Snoby" to opowieść o Edith, której matka wyobraziła sobie dla córki wspaniałe życie u boku lorda. Bohaterka od urodzenia ma wtłaczane do głowy, że wszystko co może i powinna osiągnąć to dobre małżeństwo. I to się udaje. Edith poślubia hrabiego Charlesa Broughtona, ma pieniądze, pozycję towarzyską, spełnione marzenia i w pakiecie całe mnóstwo ograniczeń, zasad i wymagań, które się z tym wiążą. Autor przedstawia nam rządzące tym światem obyczaje, które dla niewtajemniczonych mogą stanowić istny poligon (gdyby oczywiście niewtajemniczeni mieli szansę się tam dostać, co jest wątpliwe). Narrator w pewnym momencie mówi, że jeżeli chociaż na chwilę zostawi się trzech Anglików samych, to zaraz wymyślą regułę w myśl której czwarty nie będzie mógł do nich dołączyć. Świat aspiracji, tytułów, ekskluzywnych klubów i sztywnych zasad. Julian Fellowes mówi, że swoją powieścią chroni go od zapomnienia. Czyni to zresztą w fantastycznym stylu z ogromnym poczuciem humoru i mimo wszystko wielką sympatią dla klasy, której przywary obnaża. Autor podkreśla, że chociaż arystokracja w dzisiejszym świecie to taki trochę skansen i nie do końca jeszcze odnajduje się w XXI wieku, to pomimo tego ma się dobrze. Wśród cech, które Julian Fellowes ceni u przedstawicieli wyższych sfer są lojalność, nieużalanie się nad sobą i nieroztrząsanie problemów, unikanie rozgłosu. Dlatego Autor przez niektórych uważany był za "zdrajcę" - tego, który upublicznia głęboko skrywane sekrety. Ale chyba zostało mu wybaczone. Sam jest arystokratą, od 6 lat zasiada w Izbie Lordów i jedyna rysa, na mojej wielkiej sympatii do niego: jest zagorzałym, zdeklarowanym brexitowcem. 

Lektura doskonała!!!



Autor: Julian Fellowes 
Tytuł: "Belgravia" 
Wydawnictwo Marginesy, wrzesień 2016
Moja ocena: 5/6


"Belgravia" czyli to co Julian Fellowes robi najlepiej - opisuje arystokrację z jej przywarami, aspiracjami, snobizmem, zakłamaniem, skandalami. I wielkimi emocjami, które dobre wychowanie każe poskramiać. Ale miłość zwycięża! Tutaj wydarzenia rozpoczynają się w roku 1815, dzień przed bitwą pod Waterloo, a swoją kontynuację mają kilkadziesiąt lat później. Pochodząca z kupieckiej rodziny Sophie zdobywa zaproszenie na wielki bal u księcia Wellingtona dla siebie i rodziców. James Trenchard, ojciec, pracujący jako zaopatrzeniowiec dla wojska, jest zachwycony. Uważa, że bardzo pomoże mu to poprawić swoją "pozycję towarzyską". Obecni na przyjęciu arystokraci nie kryją zdziwienia i oburzenia. Wkrótce jednak wielu uczestników opuszcza bal by wyruszyć na bitwę, nieliczni wracają z niej żywi. Wydarzenia z 1815 roku wiążą jednak losy rodziny Trenchardów i Bellasisów wspólnym sekretem, a Autor będzie nam go powoli ujawniał we wciągającej, pasjonującej i świetnie skonstruowanej akcji. Fantastyczny język, zjadliwe poczucie humoru, czyli wszystko co najlepsze od Juliana Fellowesa. 


Doskonała baśń dla spragnionych opowieści o prawdziwej miłości!











piątek, 5 stycznia 2018

Nathan Hill "Niksy"

Autor: Nathan Hill 
Tytuł: "Niksy" 
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, wrzesień 2017

Wciągające, dobre czytadło, ale nic więcej. Po szumie i wszystkich zachwytach, jakie książka wywołała na rynku, oczekiwałam jakiegoś arcydzieła, tymczasem jest to historia, która zupełnie mnie nie porwała. Przez pierwsze czterysta stron czekałam na moment przełomowy, który okaże się hitem tej prozy, a przez kolejne czterysta pięćdziesiąt kołowało mi w głowie: i to już? To już wszystko? 
Bardzo krótko: Samuel jest wykładowcą akademickim i dobrze zapowiadającym się pisarzem, który jednak poza opowiadaniem sprzed dziesięciu lat niczego nie opublikował. Wiedzie życie naznaczone traumą po tym, jak mama zostawiła jego i ojca, gdy Samuel miał 11 lat. Próbuje odpowiedzieć sobie na pytanie czy tak się musiało stać, czy mógł zrobić coś, żeby temu zapobiec. Z jego życia zniknął też najlepszy przyjaciel i kobieta, w której bohater się zakochał. Losy Samuela i matki nieoczekiwanie się znowu splatają w 2011 roku, gdy ma być ona sądzona za napaść na gubernatora, a syn ma napisać książkę, ujawniającą wszystkie niechlubne tajemnice z jej życia. Próbując zrozumieć, dlaczego matka go opuściła i co się właściwie wydarzyło wiele lat temu, Samuel trafia na historię z 1968 roku - strajki studentów w Chicago, młodość rodziców, decyzje przed którymi stanęli, wybory, których dokonali. Bohater dociera do postaci z tamtych czasów.
Powieść składa się z wielu wątków, które trzeba przyznać, na końcu bardzo zgrabnie się ze sobą łączą, dając obraz całości i rozwiązując zagadki. Tylko, że jest to historia na scenariusz do amerykańskiego filmu z tkliwym zakończeniem, gdzie bohaterowie padają sobie w ramiona, żyją długo i szczęśliwie, świat jest ostatecznie dobry, wszyscy się kochają, błędy zostają naprawione, winy wybaczone itd. itd. Jeśli ktoś lubi, to jasne, polecam! Nie moja to jednak bajka. Mimo mistrzowskiego splecenia ostatecznie wielu opowieści w jedną, pojedyncze wątki zupełnie nie przekonują. No bo jak ma przemawiać coś takiego: po kilkudziesięciu latach bohaterka leci do Norwegii, do miasta urodzenia swojego ojca i chodząc po miasteczku akurat natrafia na ten dom, który zna tylko z opowieści taty - opowieści sprzed kilkudziesięciu lat! Miasto w międzyczasie zostało zrównane przez Niemców z ziemią, ale szczęśliwie rodzina z sentymentu dom odbudowała, malując go nawet na taki sam kolor jak we wspomnieniach ojca. No i ja osobiście błagam o litość w tym momencie! To się zresztą ciągnie dalej, nawet bardziej niewyobrażalnie, ale nie chcę już więcej treści ujawniać. Taki stopień prawdopodobieństwa charakteryzuje mniej więcej wszystkie wątki. 
Z plusów: w "Niksach" znajdziemy odniesienia do wielu ważnych kwestii społecznych: strajków studentów z 1968 roku w Chicago, ruchu Occupy Wall Street zapoczątkowanego w 2011 roku, samotności, ucieczki w alternatywną rzeczywistość, molestowania seksualnego, feminizmu, wolności osobistej, wierności ideałom. Dużo, dużo, dlatego wszystko dotknięte dosyć powierzchownie. 

Moja ocena: 4/6 




wtorek, 26 grudnia 2017

Katarzyna Tubylewicz "Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie"


Autor: Katarzyna Tubylewicz
Tytuł: "Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie"
Wydawnictwo Wielka Litera, maj 2017

Książka Katarzyny Tubylewicz to świetny i rzeczowy głos w debacie o uchodźcach, ich prawach, obowiązkach, problemie integracji w nowych państwach. 
Szwecja w czasie największego kryzysu migracyjnego w Europie w 2015 roku przyjęła najwięcej uchodźców na głowę wśród europejskich krajów. Kierując się przekonaniem, że ofiarom wojen i prześladowań nie można odmówić pomocy, Szwedzi mieli swoje granice otwarte dla wszystkich. Do momentu, gdy sytuacja zaczęła ich przerastać. Wraz z napływem tysięcy ludzi, Szwecja musi sobie radzić z nieoczekiwanymi problemami, z którymi nie do końca wiadomo co zrobić, a poprawność polityczna nie ułatwia czasami nawet ich klarownego zdefiniowania, o wypracowaniu konstruktywnych rozwiązań nie wspominając. Katarzyna Tubylewicz rozmawia z różnymi osobami, starając się zgłębić najbardziej palące kwestie związane z napływem uchodźców. Dotyka problemu wielowymiarowo: poruszane są najbardziej podstawowe sprawy, czyli codzienne życie i egzystencja, ale też wpływ nowo przybyłych na całe szwedzkie społeczeństwo i na społeczności, w których uchodźcy są osiedlani. 
W Szwecji przez długi okres czasu każdy, kto próbował chociażby nazwać problemy nawarstwiające się w wyniku przyjęcia przez ten kraj ogromnej ilości ludzi, narażał się na zarzuty o rasizm. W społeczeństwie dominowała poprawność polityczna pt.: "Refugees welcome", a jakakolwiek dyskusja o tym co dalej, była praktycznie niemożliwa. Dziś kraj mierzy się z tym, że większość uchodźców nie uczy się języka, a wejście na szwedzki rynek pracy zajmuje im kilka lat. Tworzą się getta zamieszkałe wyłącznie przez nowoprzybyłych, bo Szwedzi jeśli tylko mogą, przenoszą się w inne miejsca. Przybysze często nie przestrzegają szwedzkiego prawa, czego przykładem są np. prawa kobiet (chociażby wciąż praktykowane obrzezanie i małżeństwa z dziewczynkami). Wiadomo, że system pomocy nie zawsze jest wydolny i stuprocentowo skuteczny, ale dopiero dzisiaj zaczyna się w Szwecji sensowna dyskusja, na temat tego, jak poradzić sobie z problemem. Przede wszystkim Szwedzi zrozumieli chyba, że trzeba skończyć ze źle pojętą poprawnością polityczną. "Maciej Zaręba Bielawski porównał polityczną poprawność do lekarstwa. Każdy lek stosowany w nadmiarze może być trucizną."

Veronica (Dyrektorka ośrodka dla uchodźców położonego w zachodniej Szwecji):
"Pomagając nie można się kierować we wszystkim współczuciem, bo jeśli kogoś traktujesz na równi z innymi, to nie widzisz w nim tylko ofiary. Zdarza mi się mieć do czynienia z dość roszczeniowymi uchodźcami, którzy ciągle czegoś żądają i wiedzą wszystko na temat przysługujących im praw, ale jednocześnie brak im wiedzy na temat ewentualnych obowiązków."

Mustafa Panshiri (policjant, pochodzący z Afganistanu, obecnie ma przerwę w służbie - spotyka się na wykładach z młodymi uchodźcami i objaśnia im Szwecję):
"O rasizmie niskich oczekiwań. 
Kiedy ostatnio napisałem, że sensownie byłoby uczynić znajomość szwedzkiego warunkiem otrzymania obywatelstwa, zostałem oskarżony o "prawicowość" i wypowiadanie się na rzecz asymilacji. Rasizm niskich oczekiwań polega właśnie na tym, że nie chcemy stawiać wymagań ludziom, których przyjmujemy, bo jest nam ich tak szkoda. Przeżyli wojnę, prześladowania i dyskryminację (nikt temu nie zaprzecza, codziennie spotykam młodych ludzi, którzy doświadczyli potwornych rzeczy w Afganistanie, Iranie, Somalii czy Erytrei), a ich dyskryminacja jest kontynuowana w Szwecji w formie strukturalnego rasizmu. Co to tak naprawdę mówi o naszym obrazie tych osób?"

Amineh Kakabaveh (szwedzka parlamentarzystka z ramienia Partii Lewicy): 
"Ja też szanuję odmienności kulturowe i religijne, ale nie za cenę rezygnacji z praw kobiet i dzieci. Walczyłam o nie w Kurdystanie i walczę w Szwecji. [...] Bo niestety tak to wygląda, że wielokulturowość realizowana tak, jak na przykład w Szwecji, jest budowana kosztem praw kobiet. Obserwowałam to jako pracownica socjalna i widzę jako parlamentarzystka. Nawet nie wyobrażasz sobie, jak wiele jest w Szwecji kobiet, które mieszkają tu po 20 lat i nie tylko nie znają słowa po szwedzku, lecz są analfabetkami. To nieprawda, że wszystkie pochodzą z Somalii. Są też wśród nich Arabki i Turczynki. Przez całe życie podporządkowane były mężom i dzieciom, bo nie dano im możliwości skorzystania z bezpłatnej nauki, którą oferuje ten kraj."
"Kiedy potrzebujący pukają do twoich drzwi, musisz im otworzyć, nie ma dyskusji. Istnieje w końcu prawo międzynarodowe, które tego wymaga. uważam jednak, że w momencie, w którym otwierasz drzwi, powinieneś określić, co gościa w nowym kraju obowiązuje: "Witamy serdecznie, w Szwecji mamy takie a takie prawa oraz wartości. Jeśli ich nie akceptujesz, ponosisz konsekwencje." 


"Slavoj Zizek: lewica musi znaleźć nowy język, w którym narracja o tolerancji i solidarności z potrzebującymi splecie się z nazwaniem wartości, których uznania trzeba się domagać w społeczeństwie europejskim."

Przykład Szwecji pokazuje, że można wyciszać społecznych obaw, fobii i uprzedzeń. Trzeba o nich rozmawiać i żywo dyskutować, bo w przeciwnym razie "znikąd" wyrośnie druga w państwie siła, której podstawą działania jest ideologia rasistowska. 

Gorąco polecam!

Moja ocena: 6/6

czwartek, 21 grudnia 2017

Edward St. Aubyn "Patrick Melrose"

Autor: Edward St. Aubyn
Tytuł: "Patrick Melrose Tom 1-3: Nic takiego, Złe wieści, Jakaś nadzieja" 
Wydawnictwo W.A.B. czerwiec 2017







Autor: Edward St. Aubyn
Tytuł: "Patrick Melrose Tom 4-5: Mleko matki, W końcu" 
Wydawnictwo W.A.B. październik 2017


Doskonała proza, której czytanie jednak skręca wewnętrznie i straszliwie fizycznie boli. Tym bardziej jeśli zdamy sobie sprawę, że losy bohatera są tak naprawdę w dużej części losami Autora tych pięciu powieści, w Polsce wydanych w dwóch tomach. Tytułowy Patrick przez całe życie próbuje się podnieść po horrorze, jaki zgotował mu ojciec - główny sprawca i matka, która nie była zdolna do jego ochrony. Wszystko dzieje się w angielskich arystokratycznych sferach. Bohater pierwszy raz został zgwałcony jako pięcioletnie dziecko. Potem trwało to jeszcze kilka lat. Całe jego życie to szamotania mająca uśmierzyć ten ból. Alkoholowe, narkotykowe i lekowe odloty, często na granicy śmierci, uzależnienie od seksu, przedmiotowe traktowanie ludzi, tysiące wydane na heroinę i kokainę. Opisy ciągów, w jakie wpada Patrick są naprawdę trudne do przebrnięcia: do bólu szczegółowe, bardzo fizjologiczne, przyprawiające o ciarki. Dobrze, że Autor trochę nam odpuszcza i w momencie, kiedy już naprawę nie ma się siły i ochoty czytać dalej, przeskakuje o kilka lat. Chwila ulgi i wytchnienia dla czytelnika. A potem terapie, załamania i pytania czy jednak się uda z tego kołowrotka wykręcić. Losy Patricka to główna część powieści oczywiście, ale dla mnie nie mniej interesujący był opis świata, w którym bohater się urodził. Wyższe sfery, gdzie wszystko zależy od tytułu, pozycji, pieniędzy i wszystko jest na pokaz, niekończące się morze aspiracji i wygórowanych wyobrażeń o wspaniałości własnej  osoby. 

Ojciec Patryka to tak naprawdę człowiek, który "wżenił" się w arystokrację i długi czas był utrzymywany przez żonę. Chyba tylko psycholog potrafi w tej sytuacji zrozumieć paradoks tego, że matka Patricka była wyrzucana na strych we własnej posiadłości, bo "panu domu" przeszkadzał płacz dziecka. Sylwetka ojca to dramatyczny opis stosowania przemocy psychicznej, wymuszania uległości, pogardy, cynicznego i bezcelowego napawania się dominacją. Człowiek gardzący wszystkimi, prostak bez realnych wpływów i umiejętności, któremu nikt się nie przeciwstawił, chociaż nie było to trudne. Oczywiście do czasu, ale wtedy życie Patricka było już wulkanem traumy i nieszczęścia. 
Ciekawy jest opis tych "wyższych sfer" - przyjęć, bankietów, kolacji, na których nikt z nikim się nie lubi, każdy cierpi na samą myśl, o zbliżającym się spotkaniu, a jednak wszyscy chodzą: mniej lub bardziej jawnie się nienawidzą, godzinami prawią sobie publicznie złośliwości, a mimo wszystko nikt się nie wyłamuje. Czapkują obrzydliwemu despocie i nie czują do siebie odrazy z tego powodu. 
Proza rozdzierająca i bardzo trudna w odbiorze, ale wspaniała. Napisana pięknym językiem z dużą dawką ironii i czarnego humoru i jednak z nadzieją w zakończeniu!

Polecam!

Moja ocena: 6/6





piątek, 15 grudnia 2017

W międzyczasie...

Tylko kilka słów o kilku książkach towarzyszących mi w pociągach podczas ostatniej wizyty w Polsce: 

Autor: Anna Cieplak 
Tytuł: "Lata powyżej zera" 
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, wrzesień 2017
Moja ocena: 4,5/6 

Anna Cieplak - młoda polska Autorka, o której wiele się mówi ostatnio, głos nowego pokolenia. 
Do sięgnięcia po jej najnowszą książkę zachęcił mnie wywiad w Wysokich Obcasach, z którego wyłania się obraz dojrzałej, niebanalnej i interesującej osoby. "Lata powyżej zera" to "pamiętnik" nastolatki, która próbuje zdefiniować siebie, odkryć swoją drogę w życiu, określić kim jest i co może osiągnąć w świecie, w którym możliwości wydają się nieograniczone. Nostalgiczny (?) powrót czytelników do czasów gadu-gadu, Naszej Klasy, przewijanych kaset, pierwszych CD. Fajna proza. Zdecydowanie muszę przeczytać "Ma być czysto" tej Autorki!






Autor: Kamil Fejfer 
Tytuł: "Zawód" 
Wydawnictwo Czerwone i Czarne, wrzesień 2017
Moja ocena: 5,5/6 



Ta książka to odpowiedź dla wszystkich, którzy uważają, że nie pracują/nie zarabiają odpowiednio itd. tylko ci, którzy są leniwi, którym się nie chce, którzy wolą brać od państwa etc. Że rynek pracy też powinien być regulowany tylko prawem popytu i podaży i wszystko będzie wspaniale. Otóż nie będzie, czego przykładem jest Polska: kraj śmieciowych umów, pozostawiających pracowników bez prawa do choroby, urlopu, zasiłku dla bezrobotnych, o czasie na życie prywatne nie wspominając. Kraj wypaczeń każdej zasady i regulacji. Kraj grozy, gdzie ratownik medyczny ratuje życie pacjenta w trzydziestej godzinie swojej pracy... Kamil Fejfer, twórca Magazynu Porażka, pokazuje ludzi, którzy mają marzenia, którym się chce, którzy się uczą, dokształcają, pracują na kilka etatów, żeby zdobyć doświadczenie a i tak nie mają z czego żyć. Lektura obowiązkowa! 


Autor: Bernhard Schlink
Tytuł: "Kobieta na schodach" 
Dom Wydawniczy Rebis, maj 2017
Moja ocena: 6/6 

Moje zauroczenie "Lektorem" Bernharda Schlinka pamiętam do dziś. Dlatego, gdy na półce w księgarni zobaczyłam jego nową powieść, nie zastanawiałam się ani chwili. Jest coś niepokojącego w prozie tego Autora. Mało się dzieje, niewiele ozdobników, prosty, oszczędny język, a jednak zmusza do myślenia. Kobieta na schodach to obraz, który wikła ze sobą losy malarza, męża kobiety, uwiecznioną na płótnie kobietę i adwokata, który na początku swojej kariery zawodowej spisuje pomiędzy nimi dziwną umowę. Wszyscy spotykają się ponownie po 40 latach. I tutaj wyłania się pytanie: jakie było ich życie? Czy naprawdę proste uczciwe i dobre jak lubią sobie wyobrażać? Świetna lektura!

wtorek, 12 grudnia 2017

Katarzyna Wężyk "Kanada. Ulubiony kraj świata"

Autor: Katarzyna Wężyk 
Tytuł: "Kanada. Ulubiony kraj świata"
Wydawnictwo Agora, październik 2017

Tak, oczywiście! Jestem wielbicielką premiera Kanady - Justina Trudeau! I nie wstydzę się do tego przyznać. 😏 Aczkolwiek bałam się tej książki, bo w dyskusjach przewijała się groźba, że reportaż Katarzyny Wężyk odczaruje zupełnie tego kanadyjskiego playboya, zedrze złudzenia z moich oczu i ujawni pełnię jego hipokryzji. Na szczęście nie było aż tak źle. 
Premier Kanady to w tej chwili  jej najlepszy "towar eksportowy". W czasach, gdy u południowego sąsiada, światowego mocarstwa rządzi mizogin, zadufany w sobie "mistrz" twittera, niezrównoważony psychicznie użytkownik solarium, gwiazda szefa kanadyjskiego rządu, świeci naprawdę jasno i ciągle jest nadzieją dla świata. Nie wszystkie obietnice wyborcze udało się zrealizować póki co, spora ich część pewnie pozostanie tylko hasłem na plakacie wyborczym, ale i tak wolałabym aby premier mojego kraju (chociażby dla dobrego PR-u) formował równościowy rząd i jako argument podawał: "bo jest rok 2015", chodził na parady równości z tego samego powodu, był katolikiem, ale jednak uznawał, że to jego prywatna sprawa, a prawa obywateli w tym kobiet, z jego wiarą nie mają nic wspólnego, deklarował chęć przyjęcia uchodźców i wygrywał tym wybory. Bo to nie tylko świadczy o nim, ale też o całym społeczeństwie kanadyjskim. Jest kilka rys na wizerunku "boskiego" Justina. Najpoważniejsza wg mnie to kwestia ochrony klimatu. Deklaruje, że Kanada będzie stać na straży zmniejszania emisji CO2, tymczasem otwiera kolejne rurociągi i zgadza się na rozszerzanie wydobycia ropy z piasków bitumicznych - najbrudniejszego i najbardziej szkodliwego dla środowiska i ludzi sposobu pozyskiwania tego surowca. Nierówności w Kanadzie mają się dobrze - kobiety np. ciągle zarabiają średnio 1/4 mniej niż mężczyźni. Ale trudno wymagać od premiera, żeby po dwudziestu czterech miesiącach rządów naprawił błędy wieloletniej polityki. Przeciwnicy zarzucają mu, że jest playboyem, pokazuje klatę, stoi na głowie i robi z siebie pajaca, przekazuje manifesty napisami na skarpetkach itd. itd. A ja go uwielbiam i wolę kogoś, kto uprawia jogę, 70 razy dziennie deklaruje się jako feminista i ma poczucie humoru, dystans do siebie a świat go kocha, niż przywódców pewnego dużego kraju nad Wisłą, którzy nie odnotowali, że druga wojna światowa skończyła się parę lat temu i będą teraz wystawiać rachunki Niemcom za krzywdy, majaczą dziesiątego dnia każdego miesiąca o jakimś zamachu, blokując główne ulice stolicy sporego europejskiego państwa, opowiadają kocopoły o uchodźcach roznoszących choroby i deklarują, że żadnego nie przyjmą i dotrzymują słowa. Co robią z prawami kobiet nawet nie wspomnę, bo przecież miałam pisać o Kanadzie. 
Kanadyjczycy uchodzą za jednych z najmilszych ludzi na świecie i naprawdę tak jest. Są życzliwi, pomocni i niesamowicie uprzejmi. Ale Kanada ma też swoje niechlubne karty historii. Najpoważniejsza z nich to stosunek do ludności rdzennej. Przez wiele lat Indianie musieli oddawać swoje dzieci do szkół z internatem. Wierzono, że takie wychowanie scali ich ze społeczeństwem Kanady. Dziś ostatnich wychowanków tamtych instytucji nazywa się "ocalonymi". Autorka pisze o tym bardzo dużo i ciekawie i nie jest to łatwa lektura. Mimo, że Kanada ciągle przeprasza pierwsze narody za błędy przeszłości, wciąż np. spora część rezerwatów na północy kraju nie ma bieżącej wody. Premier deklarował, że zmiana tego stanu rzeczy, będzie jednym z priorytetów jego rządu. Oby! 

Zabrałam reportaż Katarzyny Wężyk w długą podróż pociągiem z przekonaniem, że będzie to lektura po prostu łatwa i przyjemna, ale tak nie było. Przyjemna, owszem, bo sporo się o Kanadzie dowiadujemy, ale lekka na pewno nie, bo Autorka porusza również bardzo ciężkie tematy, żeby przedstawić czytelnikowi prawdziwy obraz kanadyjskiego raju.  
Wciąż jednak uważam, że to potencjalnie świetne miejsce do życia!
(A tematem reportażu nie jest głównie "boski" Justin - jakby mogło wynikać z tego posta 😜).


Polecam!

Moja ocena: 6/6



Violetta Szostak, Włodzimierz Nowak "Dżej Dżej. Rozmowy z Jackiem Jaśkowiakiem Prezydentem Poznania"

Autor: Violetta Szostak, Włodzimierz Nowak
Tytuł: "Dżej Dżej. Rozmowy z Jackiem Jaśkowiakiem Prezydentem Poznania"
Wydawnictwo Poznańskie, październik 2017 

To znak naszych czasów, że człowiek, który przestrzega zasady rozdzielności kościoła od państwa, hierarchów katolickich traktuje jak partnerów biznesowych a nie zwierzchników,  publicznie wyraża swoje poszanowanie dla praw człowieka (poprzez udział w marszu równości) i niestrudzenie stara się wciągnąć Poznań na listę nowoczesnych europejskich miast, w Polsce nie jest po prostu tylko dobrym prezydentem, w Polsce wyrasta na bohatera, który swoją brawurą imponuje całemu krajowi. 
Bardzo ciekawy człowiek - ilością przedsięwzięć, które podjął w swoim życiu mógłby obdarzyć kilkanaście innych osób i każda z nich byłaby wciąż bardzo zajęta. Nieprawdopodobne pomysły, werwa, fantazja, niespożyty zasób energii, waleczność - to chyba te określenia najlepiej pasują do Jacka Jaśkowiaka, prezydenta Poznania, który teraz swoje zdolności  i doświadczenie pożytkuje na rzecz miasta. PiS-owi jest z nim nie po drodze, to jasne. W czasie lektury tych wywiadów, cały czas zastanawiałam się jak będą próbowali mu się dobrać do skóry. Bo, że nie odpuszczą, to jest oczywiste. Jacek Jaśkowiak, jako wytrawny biznesowy gracz i negocjator, wytrąca im trochę broń z ręki, niesamowicie obnażając swoje życie prywatne, które umówmy się, do najbardziej sztampowych nie należy. Tym samym haki obyczajowe na siebie, ujawnia sam. Życie pokaże. Kibicuję mu bardzo: dzięki takim ludziom nasze miasta i społeczności mogą być inne, lepsze. 

Polecam!

Moja ocena: 5/6


czwartek, 16 listopada 2017

Ewa Winnicka "Milionerka", "Był sobie chłopczyk"

Galeria antypatycznych postaci, czyli dwa reportaże Ewy Winnickiej. 



Autor: Ewa Winnicka 
Tytuł: "Milionerka. Zagadka Barbary Piaseckiej - Johnson" 
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, marzec 2017

Pragnęłam z całego serca, żeby w końcu dobrnąć do końca reportażu. Przyznaję, że nie interesowałam się wcześniej zbytnio życiem tej kobiety. Ale książka miała świetne recenzje, dostałam ją w prezencie, więc czemu nie. Natomiast moja antypatia do pani Barbary pogłębiała od pierwszej do ostatniej strony. "Kim była Barbara Piasecka - Johnson? Kochającą męża wielką kolekcjonerką i filantropką czy przebiegłą łowczynią majątków?" - pyta Wydawca w opisie na okładce. Z obrazu stworzonego przez Ewę Winnicką nie wyłania się wyrachowana, bezkompromisowa i podstępna zdobywczyni milionerów. Według mnie trafiły po prostu wysokie aspiracje i brak skrupułów na podatny grunt. Nie każdy przecież bogacz poślubia swoją pokojówkę. Zaryzykowałabym nawet twierdzenie, że większość jednak tego nie robi. Dla mnie reportaż pokazuje bardzo biedną, choć niewyobrażalnie bogatą kobietę. Biedną, bo mimo ogromnego majątku nigdy tak naprawdę nie poczuła się dobrze w swoich wyższych sferach, biedną, bo uważała, że za pieniądze wszystko i wszystkich może kupić, biedną bo ze swoimi kompleksami i sposobem myślenia pozostała prostą, wiejską dziewczyną. Ameryka, w której mieszkała ciągle była dla niej wyznacznikiem czegoś lepszego, dlatego tak łatwo było ją oszukać. Ufała bezkrytycznie swoim amerykańskim doradcom , którzy prawdopodobnie żerowali na niej i jej naiwności. Dyskredytowała polskich fachowców doradzających w sprawie dalszych losów jej kolekcji sztuki. Miotała się. Nie miała pomysłu na poradzenie sobie z takim ogromnym majątkiem. Włączała się w rozmaite przedsięwzięcia bez żadnego planu i sensu. Pragnęła otaczać się innymi sławnymi i bogatymi ludźmi, ale robiła z siebie pośmiewisko, poczynając od odpustowego pałacu Jasna Polana, poprzez zatrudnianie tylko kucharzy i fryzjera z Polski, a kończąc na ciągłych obsesjach o Rosjanach. Jak napisał jeden z dziennikarzy, odwiedzający posesję Barbary, gdy jego współpracownik znalazł się w zasięgu jednej z kamer przemysłowych: "Poczułem się jak w Roku 1984 Orwella i zrozumiałem, że ci ludzie nigdy nie wyzbyli się komunistycznej mentalności. Ten bratanek, który nigdy niczego nie dokonał, i Barbara - oboje. Pod koniec życia wróciła do swoich chłopskich przyzwyczajeń, jej życie to epicka porażka. Nie chcę nikogo obrażać, wiem, że Chopin był Polakiem, ale jest coś ponurego w tej kulturze. Cholernie destrukcyjnego." Ale nie mam dla bohaterki zbyt wiele współczucia. Pomiatała wszystkimi, zarówno tymi którym płaciła (na przykład za nauczenie jej dobrych manier), jak i tymi, którym pomagała. Narzucała "współpracę" na własnych warunkach, a raczej wg własnych kaprysów, kończyła w tym samym trybie. Jej pogarda dla ludzi, jej przekonanie, że pieniądze dają jej prawo do pomiatania innymi, albo uszczęśliwiania ich wg własnego pomysłu, plasują ją naprawdę wysoko w kategorii osobowość odpychająca. Tyle o Barbarze. Imponująca jest galeria nazwisk przewijających się w reportażu. Pytanie oczywiście otwarte: które postacie kręciły się w towarzystwie Barbary Piaseckiej - Johnson bezinteresownie. 

Moja ocena: 4.5/6











Autor: Ewa Winnicka 

Tytuł: "Był sobie chłopczyk" 

Wydawnictwo Czarne, październik 2017

A to reportaż, po którym człowiek dociera do końca przymiotników... Zupełny brak słów, żeby to opisać. Dlatego Ewa Winnicka sięga po prosty język, krótkie zdania i przedstawia fakty. Szymon z Będzina, to dziecko, którego sprawą żyła cała Polska, znaleziony martwy w stawie, ślicznie ubrany i przez nikogo nieposzukiwany. Sprawców, którymi okazali się rodzice, udało się ustalić dopiero po dwóch latach, dzięki sąsiadce, która w końcu zadzwoniła na policję. Przez ten czas rodzice cały czas pobierali na Szymona zasiłki, jak również byli z nim raz na szczepieniu (!!!). Okazuje się, że w Polsce dziecko może po prostu wyparować. Jak to zwykle bywa: wszyscy wszystko zrobili dobrze, każdy postępował zgodnie z procedurami, a mordercy dwa lata pobierali zasiłki na martwe dziecko i opiekowali się dwójką innych. System bywa zły albo niedoskonały. Zastanawia mnie tylko czy coś od tego czasu się zmieniło, czy ktoś wpadł na pomysł, że należy przejrzeć procedury, skoordynować dane służby zdrowia, opieki społecznej, policji itd., żeby następnym razem szybciej ustalić "wyparowanie" dziecka z systemu. Bardzo ciekawym aspektem tego reportażu jest pokazanie pracy policji. Okazuje się, że codzienność to nie jest jeżdżenie szybkimi samochodami i widowiskowe łapanie przestępców. To żmudna, drobiazgowa i nudna praca, na której efekty czasami trzeba długo czekać, a czasami nie ma ich wcale, np gdy przypuszczenia i obrane kierunki poszukiwań okazują się nietrafione. Czasami media mówią, że policja miała szczęście, bo coś tam się udało, a tymczasem okazuje się, że za tym "szczęściem" stały setki sprawdzonych rodzin, które posiadają dziecko w odpowiednim wieku, setki rodzin, które np nie posłały dzieci na szczepienia w wyznaczonym czasie, tony sprawdzonej dokumentacji, żeby ustalić jaki sklep, w jakiej miejscowości rozprowadzał daną partię produkcyjną odzieży itd. itd. I tysiące sprawdzonych anonimowych listów, telefonów, maili z których jeden okazał się w końcu prawdziwym. 
A teraz o najstraszniejszej części tego reportażu, czyli o rodzinie z której pochodziło dziecko. To jest po prostu czarna dziura, rozpacz bez dna i załamanie na całej linii. Matka Szymona zostawiła (dosłownie) swoją piątkę małych jeszcze dzieci, żeby zacząć życie z nowym mężczyzną. Wyszła na zakupy i nie wróciła. Jej nowa rodzina przez długi czas nie miała nawet pojęcia o ich istnieniu. Pomijam to, pomijam również w jaki sposób rodzice się odzywali do Szymona, czego od niego oczekiwali itd., ale tego jak mogli słuchać płaczu (wycia!) zwijającego się z bólu dziecka przez kilka dni, nie jestem w stanie zrozumieć. Szymon zmarł w wyniku uderzenia w brzuch. A rodzice nie pojechali z nim na pogotowie, bo się bali konsekwencji. Zero empatii, zero uczuć. Wydarzenia, których wyobraźnia normalnego człowieka nie obejmuje. Rodzice przez dwa lata kiwali system i pobierali zasiłek - to jeszcze ogarniam, ale przez dwa lata wmawiać jednej babci, że dziecko jest u drugiej i odwrotnie, to już mnie przerasta. Dziadkowie przez tak długi czas nie widzą wnuczka i wszystko im gra. Dodam, że matka ojca Szymona bywała u nich regularnie. Telewizja pokazywała zdjęcia chłopca bez przerwy - nikt nie skojarzył z niewidzianym wnuczkiem, dzieckiem ze żłobka, sąsiadem z dołu? Rozpacz i bezradność... 
Ewa Winnicka przytacza w reportażu wypowiedź jednego z policjantów, ojca małego dziecka, który tworzył kordon oddzielający matkę Szymona wychodzącą z sądu, od tłumu gotowego ją rozszarpać: "aż chciałoby się czasami rozluźnić ten kordon..." No chciałoby się... 

Moja ocena: 6/6