piątek, 10 sierpnia 2018

Paul Beatty "Sprzedawczyk"


Autor: Paul Beatty
Tytuł: "Sprzedawczyk" 
Wydawnictwo Sonia Draga, styczeń 2018 

Piekielnie inteligentna i złośliwa satyra na podziały rasowe w Stanach Zjednoczonych. Świetna lektura, ale czyta się bardzo ciężko. Książka nafaszerowana odniesieniami do historii i kultury amerykańskiej. Czytelnikowi niebiegłemu w temacie (np. mnie) dosyć trudno się czyta, przypisy są obowiązkowe, bo bez nich zrozumienie treści staje się praktycznie niemożliwe. 
Genialna praca tłumacza!!!

Gorąco polecam i odsyłam do obszernego omówienia książki przez Macieja Libicha w kwartalniku internetowym "Inter".


Maryla Szymiczkowa (Jacek Dehnel, Piotr Tarczyński) "Seans w Domu Egipskim"

Autor: Maryla Szymiczkowa (Jacek Dehnel, Piotr Tarczyński)
Tytuł: "Seans w Domu Egipskim"
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, lipiec 2018

Profesorowa Zofia Szczupaczyńska pozostaje czujna, więc miejcie się na baczności przestępcy! Po rozwikłaniu skomplikowanych morderstw w "Tajemnicy Domu Helclów" i "Rozdartej zasłonie" bohaterka zdecydowanie nudzi się życiem krakowskiej mieszczki i pani domu, i tęskni za wyzwaniami, jakich dostarcza śledzenie złoczyńców. Na szczęście dla profesorowej po czterech latach przerwy, znowu może (już teraz ramię w ramię z sędzią Klossowitzem) stanąć na czele śledztwa. Przełom 1898 i 1899 roku w Krakowie, do miasta przybył skandalista Stanisław Przybyszewski, "Szatan", wzbudzając ogromne emocje wśród krakowskiego społeczeństwa. Razem z nim i dziesięcioma innymi osobami profesorowa Szczupaczyńska spotkała się w Domu Egipskim u państwa Beringerów, aby obejrzeć zaćmienie księżyca, a potem wziąć udział w seansie spirytystycznym z "prawdziwym" medium. Jedna osoba od tego stołu nie wstała. Aby uniknąć skandalu i rozgłosu oraz wykorzystać świąteczny marazm państwowych służb, profesorowa kontaktuje się z sędzią Klossowitzem i razem podejmują się wykrycia sprawcy. Czasu nie mają zbyt wiele. Jeżeli nie uda im się szybko rozwiązać zagadki, trzeba będzie sprawę przekazać policji i skandal gotowy. Okazuje się, że wszyscy uczestnicy seansu mieli dobre motywy, aby pozbyć się ofiary, ale Zofii oczywiście nie zmylą fałszywe tropy. Czytelnik rusza razem z profesorową ulicami XIX-wiecznego Krakowa, aby wytropić mordercę. Zabawny, inteligentny kryminał retro, który gwarantuje świetnie spędzony czas. Bogate tło historyczne, mieszczanie dokładający dekadentom i odwrotnie, wszystko to warte jest każdej chwili poświęconej na lekturę. A profesorowa Szczupaczyńska z tomu na tom, coraz sympatyczniejsza i bardziej zaskakująca. Niestraszne jej konwenanse - gotowa się udać nawet do mieszkania samego "Szatana" byle tylko dociec prawdy. Zjadliwie podsumowuje też dekadencję towarzystwa, wytykając im, że pełne miski i kieliszki to stare cechy mieszczaństwa, więc nie wie, co oni odkrywają. Do tego wszystkiego sprawnie zwodzi męża, który nie jest świadomy jej kariery detektywa. 

Polecam i czekam na kolejne części!

Moja ocena: 5.5/6





czwartek, 2 sierpnia 2018

Elizabeth Strout "Amy i Isabelle"


Autorka: Elizabeth Strout
Tytuł: "Amy i Isabelle"
Wydawnictwo Wielka Litera, maj 2018

Elizabeth Strout, jedna z moich absolutnie ulubionych autorek. Właśnie została uhonorowana przez The New York Public Library wyróżnieniem Library Lion.
"Amy i Isabelle" to jej debiutancka powieść i jak dla mnie już arcydzieło. Najbardziej podziwiam u Autorki umiejętność wyłuskania z nudnej, prowincjonalnej, powolnej i tutaj upalnej oraz ospałej rzeczywistości, buzujących emocji, pokazania skomplikowanych relacji rodzinnych, dotarcia do wnętrz bohaterów i wyciągnięcia na światło dzienne ich "prawdziwego  ja", po prostu zobaczenia ich jako ludzi, z ich wadami, niedoskonałościami, ale także z ich tęsknotami, wielkimi sercami i uniwersalną dla wszystkich potrzebą bliskości. "Amy i Isabelle" to historia matki samotnie wychowującej nastoletnią córkę i łączących je trudnych relacji. Isabelle pracuje w fabryce jako sekretarka, stroni od ludzi, przez co bywa uważana za wyniosłą i niedostępną, podczas gdy jej wycofanie i dystans, to objawy niepewności i lęku przed wejściem w relacje. Amy tymczasem dorasta, piękna i jeszcze nieświadoma swojego uroku. To zacznie się zmieniać, gdy w szkole na zastępstwo pojawi się nowy nauczyciel matematyki. Wciągająca historia. Autorka mistrzowsko rozkręca akcję i emocje, ujawniając nieznane fakty z życia bohaterów, pokazując, że każdy chowa się za maską, którą przywdziewa dla Świata. Książka trochę smutna, bo pokazuje, że miłość i nienawiść często idą w parze, a jednocześnie napawająca optymizmem, bo okazuje się, że tylko "będąc sobą" można nawiązać prawdziwe relacje. 

Polecam!

Moja ocena: 5,5/6



piątek, 27 lipca 2018

Natalia Fiedorczuk "Ulga"

Autorka: Natalia Fiedorczuk 
Tytuł: "Ulga" 
Wydawnictwo Wielka Litera, maj 2018


Tytuł wyraża dokładnie to, co czułam, gdy skończyłam czytać... ulgę, że już koniec i że nie muszę się więcej męczyć. Czasami się zmagam z książkami, bo temat jest ciężki i trudno przebrnąć, ale za to opisany wybitnie, czuje się zmagania psychiczne bohaterów, ich walkę, coś się z lektury wynosi. Tutaj miałam wrażenie, ze Autorka coś próbuje zbudować, przypisać konsekwencje jakimś zdarzeniom, ale nie do końca jej to wychodzi. A po przeczytaniu kilku recenzji, mnie osobiście nasuwa się wniosek, że ktoś, kiedyś pierwszy opisał "co Pisarka miała na myśli", a potem większość poszła tym tropem. Ja też... chociażby dlatego, że na podstawie tych rekomendacji kupiłam "Ulgę". Nie ma co pisać, nie podobała mi się zupełnie... ehhhh. 
Poniżej jednak recenzje przychylne, skoro już sama nic dobrego napisać nie mogę: 


Moja ocena: 3/6




czwartek, 19 lipca 2018

Reni Eddo-Lodge "Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry"

Autorka: Reni Eddo-Lodge
Tytuł: "Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry"  
Wydawnictwo Karakter, maj 2018

Nie byłoby tej książki, gdyby nie wpis Autorki na blogu o tym, że nie będzie więcej rozmawiać z białymi o kolorze skóry. Wpis uzyskał nieprawdopodobną ilość reakcji, był udostępniany i szeroko komentowany. Autorka, paradoksalnie, zaczęła o kolorze skóry mówić więcej, a w końcu napisała książkę "podsumowującą" temat.
Bardzo ciekawa i uświadamiająca lektura.

"Biały przywilej to fakt, że jeśli jesteś biały, twoja rasa niemal na pewno wpłynie pozytywnie na bieg twojego życia w taki czy inny sposób. A ty przypuszczalnie nawet tego nie zauważysz.
Biały przywilej to jeden z powodów, dla których przestałam rozmawiać z białymi na temat rasy. Przekonywanie sceptyków o kamiennych obliczach nigdy nie było moją pasją. Koncepcja białego przywileju każe białym, którzy nie zachowują się jak rasiści, zmierzyć się  z własnym współudziałem w jego podtrzymywaniu. Biały przywilej to monotonne, uporczywe samozadowolenie. Oczywista rzecz na świecie, w którym drastyczną nierówność rasową uważa się za normę i zbywa wzruszeniem ramion."

Autorka wprowadzając czytelnika w temat "białego przywileju", pisze o uniwerslaności beli. Biały człowiek włączając telewizję, czytając kolorowe magazyny, przeglądając internet, widzi podobnych sobie ludzi. Pisarka wspomina, że kiedy miała 5 lub 6 lat zapytała się swojej mamy, kiedy w końcu przestanie być czarna i będzie biała. Jej skojarzenie było bardzo proste: w filmach wszystkie dobre osoby są białe, a podłe charaktery z reguły grane są przez czarnoskórych aktorów, więc skora Autorka uważała siebie za dobrą, liczyła na to, że pewnego dnia "zbieleje". 

"Zwłaszcza w kulturze afirmacja białości jako cechy pozytywnej jest tak rozpowszechniona, że przeciętny biały nawet jej nie zauważa i konsumuje ją bez sprzeciwu. Być białym znaczy być człowiekiem; biel jest uniwersalna. Wiem to tylko dlatego, że nie jestem biała". 

Bardzo ważnym pojęciem dla tej publikacji jest "rasizm strukturalny". Zdaniem Autorki znacznie groźniejszy od otwartego, jawnie wrogiego rasizmu różnych skrajnych organizacji nacjonalistycznych. Po nich przynajmniej wiadomo, czego się spodziewać. W książce przytoczone są dane z sondażu w ramach dorocznego przeglądu postaw, który pokazał wzrost odsetka osób, jawnie przyznających się do swoich rasistowskich postaw.

"Największy wzrost w tej grupie odnotowano wśród białych mężczyzn, specjalistów w swoich dziedzinach, w weku 35-64 lat, wysoko wykształconych  i dużo zarabiających. Tak właśnie wygląda rasizm strukturalny. Chodzi w nim nie tylko o osobiste uprzedzenia, ale także o zbiorowe rezultaty takiego, a nie innego nastawienia. Tego rodzaju rasizm ma moc drastycznego obniżania szans życiowych innych ludzi. Świetnie wykształceni, dobrze zarabiający mężczyźni to często właściciele nieruchomości, szefowie, prezesi, dyrektorzy czy rektorzy uczelni. Są to niemal na sto procent osoby na stanowiskach, które mają wpływ na życie innych. Osoby, które kreują kulturę organizacji. Na ogół nie chwalą się swoimi poglądami przed kolegami z pracy czy znajomymi, bo jawne rasistowskie zapatrywania są piętnowane społecznie. Ich rasizm jest skryty. Nie polega na pluciu na nieznajomych na ulicy. Kryje się w przepraszającym uśmiechu, z jakim tłumaczy się nieszczęśnikowi, że nie dostał pracy. Kryje się w tym szybkim ruchu nadgarstka, którym ciska się CV do kosza, ponieważ kandydat ma obco brzmiące nazwisko."

Natomiast próby zmniejszenia nadreprezentacyjności białych w instytucjach, korporacjach czy na uczelniach, tak by kierownictwo odwzorowywało rzeczywisty stan społeczeństwa spotykają się bardzo często z krytyką. Autorka pisze, że zawsze jak bierze udział w panelach dyskusyjnych, dotyczących kwot, pada sakramentalne pytanie czy to jest sprawiedliwe. "Czy kwoty nie oznaczają, że kobiety i ludzie o innym kolorze skóry niż biały cieszą się specjalnym traktowaniem, dostają fory niedostępne dla innych. [...]
Z uporem podkreśla się osobiste zasługi, dając do zrozumienia, że każde przeważająco białe kierownictwo w dowolnej branży znalazło się na szczycie dzięki wytężonej pracy i bez jakiejkolwiek pomocy z zewnątrz, jak gdyby sama białość nie dawała forów, jakby nie pociągała za sobą tej swojskości, która sprawia, że prowadzący rozmowę kwalifikacyjną spogląda na kandydata przychylniejszym okiem. [...]
Sprzeciwianie się dyskryminacji pozytywnej, powodowane obawą, czy tę pracę dostanie najlepszy, zdradza jak w mniemaniu danej osoby wygląda talent i u kogo się przejawia. Gdyby obecny system działał prawidłowo, a praktyki rekrutacyjne umożliwiały wybór odpowiednich osób na każde stanowisko w dowolnych okolicznościach, wątpię czy aż tyle stanowisk przywódczych zajmowaliby biali mężczyźni  w średnim wieku."

Dla mnie kolejnym ważnym aspektem tej książki była kwestia feminizmu. Naiwnością jest sądzić, że feminizm zawsze reprezentuje wszystkie interesy wszystkich kobiet, bo jest to po prostu niemożliwe. Inne problemy i postulaty ma wykształcona, nowoczesna Dunka z Kopenhagi, inne mieszkanka Sudanu Południowego. Stąd będą i "różne feminizmy". Ale z założenia jest to ruch walczący o równouprawnienie i przeciwko wykluczeniom. Jeżeli ktoś jest czarną, homoseksualną kobietą, to w większości społeczeństw dotyka ją tak naprawdę potrójna dyskryminacja: ze względu na płeć, kolor skóry i orientację seksualną. Autorka pisze o "białym feminizmie":

"Kiedy feministki widzą problem w panelach dyskusyjnych z udziałem samych mężczyzn, ale nie dostrzegają go w programach telewizyjnych z udziałem samych białych, warto zastanowić się nad tym, w czyim imieniu tak naprawdę walczą." Dalej pisze o tym, że to nie brak odwzorowania społeczeństwa w wiadomościach, programach telewizyjnych itp. ją porusza, tylko "łatwość z jaką biali bronili swoich arcybiałych przestrzeni i stref. Siedzieli w nieprzeniknionej bańce, razem ze swoim feminizmem. Więcej: feministki, które rzekomo agitowały za lepszym światem dla wszystkich kobiet, miały w nosie czarnych, a co za tym idzie - kobiety o innym kolorze skóry niż biały. Równość płci domaga się interwencji, a rasa może siedzieć w kącie, zapomniana."

Prawie same cytaty, ale lepiej niż Autorka nie potrafię tego ująć po prostu. 

Bardzo ważna lektura!

Polecam!
Moja ocena: 6/6

środa, 18 lipca 2018

Katarzyna T. Nowak "Rok na odwyku"




Autorka: Katarzyna T. Nowak
Tytuł: "Rok na odwyku"
Wydawnictwo Literackie, kwiecień 2018

Córka znanej pisarki Doroty Terakowskiej opowiada o swoim czasie na odwyku, kiedy to w końcu po kilkunastu latach picia i brania tabletek, zdecydowała się wytrzeźwieć, czyli nie tylko żyć w abstynencji, ale też odbyć pełną terapię, nauczyć się radzić sobie z wyzwalaczami nałogu i normalnie funkcjonować w społeczeństwie. Jaka trudna to walka, pokazuje fakt, że tylko cztery osoby w ciągu roku, kiedy Autorka była w ośrodku, zdołały ten odwyk ukończyć. 

Moja ocena: 4/6



piątek, 13 lipca 2018

Katarzyna Nosowska "A ja żem jej powiedziała..."

Autorka: Katarzyna Nosowska
Tytuł: "A ja żem jej powiedziała..."
Wydawnictwo Wielka Litera, maj 2018


Rozterki, rozterki, rozterki... 
Gdy dotarły do mnie, źródłami różnymi, pogłoski o internetowej twórczości absolutnie przeze mnie uwielbianej piosenkarki, byłam sceptyczna. A nawet więcej - bałam się obejrzeć te filmiki - do tej pory nie widziałam. Lękam się rozczarowań i zawodów pt.: po co uznana Gwiazda to robi. Podobnie było z książką. Powiedziałam sobie nie i już. Literatury jest dosyć na świecie. Niech Kaśka pisze piosenki i śpiewa.  
Ale potem przeczytałam wywiad z Katarzyną Nosowską w Tygodniku Powszechnym i powiem jedno: MEGA. Piosenkarka dużo opowiada o chęci pisania, o zbyt ograniczającej formie tekstów piosenek, o tym, że nie da się tam wyrazić wszystkiego  - chociaż ja i tak podziwiam co i jak udaje się wyrazić. Ale przede wszystkim we wspomnianym wywiadzie otwiera się mocno ze swoim życiem, lękami, zmaganiami. I szokuje! Ale jak to? To Katarzyna Nosowska też ma takie problemy? No okazuje się, że ma. Że sława, uznanie, osiągnięcia nie chronią przed najbardziej okrutną prozą życia. Wsparcie dla tych, którzy myślą, że sławni i bogaci wiodą bajkowy żywot.


Po tym wywiadzie stwierdziłam, że książkę kupię, chociażby po to, żeby wyłożyć złotówki i nabić sprzedaż. Ostatecznie nie ja to zrobiłam, bo dostałam w prezencie, ale... liczy się. 
Książka jest produktem marketingowym - to trzeba przyznać uczciwie - efekt poszukiwań wydawcy, co by tu nadrukować na papierze, żeby się dobrze sprzedawało - ewentualnie dodać trochę grafiki i lecimy... Tak jest, ale nie szkodzi. Felietony Kasi Nosowskiej czyta się bardzo dobrze. Mają różny ciężar gatunkowy: od zupełnie błahych do naprawdę poważnych. Pozwalają się pośmiać i zastanowić nad tym, w co wtłacza nas kultura i "normy" społeczne. Są napisane bardzo ładnym językiem. Chłonie się w 1,5 godziny.
Ale jest także totalny zgrzyt, który mi buczy w głowie, i buczy. W którymś z tekstów Autorka pisząc o "przyjaciółce" i swoim partnerze, podsumowuje temat jednym z najbardziej wyświechtanych, chamskich i seksistowskich tekstów świata: "jak suka nie da, to pies nie weźmie". Nie będę tego zdania odwracać i przeinaczać, bo nie o to chodzi, żeby chamstwo wobec jednej płci, odpłacać chamstwem wobec drugiej. I gdybym  Kaśce cos w tym temacie powiedziała, a ona by chciała słuchać, to by było mniej więcej coś takiego: a ja żem jej powiedziała: Kaśka zmień partnera i uwierz mi, to nie była przyjaciółka. I tyle.
 
A poza tym polecam. Czekam na powieść (podobno ma powstać), a wcześniej na płytę (podobno tuż tuż). 

Moja ocena: 4/6



czwartek, 5 lipca 2018

Arlie Russell Hochschild "Obcy we własnym kraju. Gniew i żal amerykańskiej prawicy"

Autor: Arlie Russell Hochschild
Tytuł: "Obcy we własnym kraju. Gniew i żal amerykańskiej prawicy"
Wydawnictwo Krytyka Polityczna, październik 2017 

N I E W I A R Y G O D N E!!!

Niewiarygodne, że ludzie mogą tak myśleć. To po prostu momentami obraza elementarnej logiki. A jednak... Autorka poświęciła 5 lat na bardzo dokładne poznanie najbardziej radykalnych prawicowych wyborców w Stanach Zjednoczonych. Chciała dogłębnie zrozumieć dlaczego głosują na republikanów, chociaż ci w dużej części w żaden sposób nie reprezentują ich interesów ekonomicznych i nie popierają korzystnych dla nich decyzji, chciała poznać ich najbardziej osobiste motywacje. Uzbroiła się w cierpliwość, uruchomiła całe swoje pokłady empatii, schowała uprzedzenia i wyruszyła do Luizjany spotkać się z ludźmi i poznać ich najbardziej osobiste historie i najważniejsze dla nich wartości. 

"Po obu stronach podziału błędnie sądzimy, że empatia dla strony przeciwnej oznacza koniec trzeźwego rozumowania. W rzeczywistości dopiero po drugiej stronie mostu empatii możemy rozpocząć prawdziwie wartościową analizę."

"W okresach politycznych niepokojów chwytamy się łatwych pewników. Nowe informacje wpychamy w utarte koleiny myślenia. Wystarczy nam, że znamy naszych przeciwników z zewnątrz. Czy bez zmiany własnych przekonań można poznać ich od wewnątrz, spojrzeć na rzeczywistość ich oczyma, zrozumieć związki pomiędzy życiem, emocjami i polityką? Inaczej mówiąc, przeskoczyć mur empatii? Sądziłam, że tak."

Autorka skupiła się na jednym, ważnym problemie - w Luizjanie była to ochrona środowiska. Wydawać by się mogło, że jeżeli ktoś mieszka w stanie, w którym publiczne pieniądze wydawane są na ściąganie do niego koncernów, które trują wodę, glebę i powietrze na potęgę, działają niemalże bez żadnych regulacji, niewiele tak naprawdę dając w zamian, a znaczna część mieszkańców straciła kilkoro członków rodziny bezpośrednio na skutek niekontrolowanej działalności tych firm, to powinni oni głosować na ludzi, którzy w swoich hasłach wyborczych będą deklarować zajęcie się tym tematem. Tu jednak trafiamy na zjawisko określane w książce jako Wielki Paradoks. Bo okazuje się, że właśnie ci wyborcy często popierają osoby, uważające że ocieplenie klimatu to lewicowa ściema. 

"W Luizjanie Wielki Paradoks widoczny był jednak gołym okiem - ogromne zanieczyszczenie środowiska i równie duży opór przeciwko wprowadzeniu przepisów ograniczających działalność trucicieli. Gdyby w tej jednej sprawie udało mi się wejrzeć w głąb umysłów i serc zwolenników skrajnej prawicy, zrozumieć jakie mają przemyślenia na temat wody, którą piją, zwierząt, na które polują, jezior, w których pływają, strumieni, w których łowią ryby, i powietrza, którym oddychają, poznałabym ich naprawdę blisko. Miałam nadzieję, że ich spojrzenie na tę jedną, konkretną sprawę - w jakim stopni, jeśli w ogóle, rząd powinien kontrolować zanieczyszczający środowisko przemysł - pozwoli mi zrozumieć ich punkt widzenia na szereg innych kwestii."

Pytani przez Autorkę czy środowisko jest dla nich ważne, odpowiadali, że tak, owszem, ale ważniejsze było to, żeby rząd federalny nie mieszał się w ich sprawy, czyli nie ustanawiał np. zbyt rygorystycznych przepisów ochrony środowiska. Pytani dlaczego głosują na republikanów, skoro ci nawet w swoich hasłach wyborczych nie mają tematu zalanych ropą terenów i niszczącej działalności koncernów petrochemicznych, odpowiadali, że to nie jest ważne. Że ważniejsze jest dla nich to, że republikanie są za zakazem aborcji, przeciwko małżeństwom jednopłciowym i przeciwko zbyt dużej ingerencji Waszyngtonu w sprawy lokalne. (Fakt, że z rządu federalnego pochodzi ponad 40% budżetu Luizjany, zbywali milczeniem). Dla prawicowych mieszkańców Południa wiara jest sprawą najważniejszą. Jeden z rozmówców mówi, że oni jako wierzący czekają na przyjście Boga, który zabierze ich z Ziemi tak, stoją. I wtedy środowisko nie będzie ważne, będą się liczyć wyznawane wartości. Takie społeczności są poszukiwane przez firmy, które np. w rozwiniętych stanach wschodniego wybrzeża witane byłyby niechętnie. Powstał nawet raport, opisujący najbardziej pożądane miejsca lokalizacji "brudnych" przemysłów. 

"Jak tego rodzaju przedsiębiorstwo może przekonać lokalną społeczność do zaakceptowania jego obecności? Powell kończy raport konkluzją, że próba nakłonienia niechętnych mieszkańców do zmiany zdania nie jest najbardziej efektywną metodą. Lepiej znaleźć społeczność, która najprawdopodobniej nie będzie protestować. Na podstawie przeprowadzonych wywiadów i ankiet Powell stworzył profil "najmniej skłonnego do protestowania typu osobowości":
wieloletni mieszkańcy małych miast na Południu i w Midweście 
  • wykształcenie najwyżej średnie
  • katolicy 
  • niezaangażowani społecznie, nieuczestniczący w życiu kulturalnym 
  • pracujący w górnictwie, rolnictwie, hodowli zwierząt 
  • konserwatyści 
  • głosujący na republikanów
  • zwolennicy wolnego rynku

Kiedy w latach 40. do Luizjany zaczęły ściągać wielkie koncerny naftowe, większość dorosłych mieszkańców miała ukończonych zaledwie pięć klas. Luizjańczycy najrzadziej w kraju przeprowadzali się poza granice własnego stanu. Począwszy od lat 70., przeciętny mieszkaniec stanu głosuje na Partię Republikańską i popiera wolny rynek oraz ograniczenie prerogatyw władzy. [...] Przeciwnicy przemysłu naftowego byli zupełnie innymi ludźmi - młodymi, z wykształceniem wyższym, mieszkańcami dużych miast, liberałami, zaangażowanymi w sprawy społeczne i zwolennikami kompetentnej administracji."

Autorka używa w książce pojęcia "głębokiej historii" czyli najbardziej osobistych, najbardziej kształtujących wybory przeżyć i doświadczeń swoich bohaterów. 
Aby opisać odczucia rozmówców posługuje się metaforą amerykańskiego snu.  Każe nam wyobrazić sobie górę, na której szczycie czeka spełniony amerykański sen. Mieszkańcy Luizjany stoją po niego w kolejce. Kolejka się przesuwa, bardzo wolno, ale ciągle jednak do przodu. Ludzie wierzą, że uczciwą, ciężką pracą w końcu wejdą na szczyt. Tymczasem coś w tym systemie przestaje działać. Przenoszenie fabryk i produkcji do Chin, sprawia, że kolejka przesuwa się coraz wolniej (obecne pokolenie białych 60-letnich robotników, to pierwsze od dawna pokolenie, które zarabia relatywnie mniej od rodziców). W dodatku ludzie czują, że ktoś się przed nich ciągle wpycha: kobiety, które wystąpiły po swoje prawa, imigranci, którym trzeba pomóc, czarni, biorący zasiłki z pomocy społecznej itd. Mieszkańcy Luizjany nie patrzą na nich, jak na tych, którzy do tej pory byli dyskryminowani i teraz sięgają po swoją część. Widzą w nich tylko wpychających się do kolejki. Do tego ich konserwatywne poglądy są wyśmiewane przez wielkomiejską elitę, uważani się za wieśniaków i tępaków. No i przepis na sukces Trumpa gotowy: wystarczy, że wejdzie na scenę i zwolni ich z poprawności politycznej, pozwoli poczuć się dobrze ze swoimi przekonaniami, dopieści ich urażony honor. 

"Także pod względem kulturowym czuli się spychani na margines: media głównego nurtu otwarcie wyśmiewały ich poglądy na temat aborcji, małżeństw jednopłciowych, ról genderowych, rasy, broni i flagi Konfederacji, przedstawiając je jako ciemnogród. Zdawali sobie sprawę, że słabną również w sensie demograficznym; "coraz mniej jest białych chrześcijan, takich jak my"".

"Głęboka historia, opowieść "czuję się jakby", to historia opowiadana przez uczucia językiem symboli. Nie skupia się na faktach. Mówi nam, jak rzeczywistość jest odczuwana. Obu stronom politycznego podziału umożliwia zrobienie kroku do tyłu i poznanie subiektywnego pryzmatu, przez który druga strona patrzy na świat. Myślę, że bez tego nie zrozumiemy nawzajem swoich poglądów, prawicowych czy lewicowych. Ponieważ każdy z nas ma swoją głęboką historię." 


Autorka naprawdę wykonała ogromną pracę. W reportażu przytoczonych jest wiele wyników badań socjologicznych, danych statystycznych a wszystko opisane i przedstawione tak, że trudno się oderwać. 
Myślę, że "Obcy we własnym kraju" może także bardzo pomóc zrozumieć prawicę w Polsce. 
Gorąco polecam!

Moja ocena: 6/6

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Karolina Bednarz "Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet"

Autorka: Karolina Bednarz
Tytuł: "Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet"
Wydawnictwo Czarne, kwiecień 2018

Zbieram się do napisania czegoś i zbieram, ale już nic z tego chyba nie wyjdzie. Więc krótko: reportaże Karoliny Bednarz są po prostu świetne i konieczne do przeczytania, dla każdego kto interesuje się Japonią.  Jeżeli miarą nowoczesnego społeczeństwa jest min. sytuacja kobiet, to Japonia wciąż jest na "szarym końcu nowoczesności". Zaskakujące, momentami nawet wstrząsające i bardzo osobiste historie Japonek, uzupełnione przez Autorkę o zarys historyczny i kulturowy.
Gorąco polecam! A więcej o książce TUTAJ.
Moja ocena: 6/6




czwartek, 14 czerwca 2018

Elisabeth Åsbrink "Świat zaczyna się teraz"

Autorka: Elisabeth Åsbrink
Tytuł: "Świat zaczyna się teraz"
Wydawnictwo Poznańskie, październik 2011 


Bez recenzji- tylko kilka słów:

W roku 1947 jeszcze wszyscy bardzo dobrze pamiętają wojnę, więc hasło - "nigdy więcej" jest na ustach większości ludzi. Rodzi się nowy, powojenny porządek Świata. Pierwszy raz słowo "ludobójstwo" zostaje wprowadzone do debaty publicznej, powstaje Powszechna Deklaracja Praw Człowieka, a jednocześnie pojawiają się nowe problemy np. kwestia Palestyny, zaczynają działać "wizjonerzy czasu islamu na Świecie". Byli faszyści bardzo sprawnie organizują się w międzynarodowe siatki, zajmujące się udzielaniem wzajemnej pomocy i unikaniem odpowiedzialności za zbrodnie wojenne. Autorka próbuje przybliżyć nam ten rok, składając go z różnych gatunkowo wydarzeń, mających wtedy miejsce. Jest więc też nowa kolekcja Diora, romans i gorące listy Simone de Beauvoir i historia prywatna Elisabeth Åsbrink. 

Moja ocena: 4/6

środa, 6 czerwca 2018

Julian Barnes "Jedyna historia"

Autor: Julian Barnes 
Tytuł: "Jedyna historia"
Świat książki, maj 2018

Lubię przytaczać w recenzjach cytaty z książek. W końcu nie pretenduję do tego, że umiem nazwać rzeczy lepiej niż autorzy. 😊 W przypadku "Jedynej historii" mam jednak ogromny problem: bo jak przytoczyć całą książkę? Taki właśnie dylemat powstaje, kiedy każde zdanie to niewymagające dalszego komentarza trafienie w sedno i najcelniejsza puenta. Lubimy wierzyć w to, że historia, która nam się przytrafia, emocje, których doznajemy, zdarzenia, których jesteśmy uczestnikami, są absolutnie wyjątkowe, niepowtarzalne, a cała reszta ludzkości nie ma o nich bladego pojęcia. Cóż... było by wspaniale, gdyby nie to, że tak nie jest. W całej swojej niepowtarzalności jednostki, powielamy jednak, czy tego chcemy, czy nie, znane już wcześniej, żeby nie powiedzieć "wyświechtane", schematy. Co nie wydaje mi się czymś szczególnie złym. Bo jeśli akurat mamy teraz na tapecie odtwarzanie złego refrenu, to zawsze jest przecież nadzieja, że pewnego dnia wpadniemy w koleiny dobrych, już wcześniej "przerobionych" przez innych schematów. Autor za to mówi nam, że każdy ma w swoim życiu tylko jedną najważniejszą historię miłości. 
"Każdy ma swoją historię miłości. Każdy. Taka historia mogła zakończyć się fiaskiem, uczucie mogło wygasnąć, mogło nawet nigdy do niczego nie dojść, wszystko mogło rozgrywać się w wyobraźni, ale to nie czyni jej mniej prawdziwą. Czasami nawet bardziej. Czasem widzi się parę, która wydaje się do głębi sobą znudzona i nie sposób wyobrazić sobie, by coś ich jeszcze łączyło ani dlaczego nadal są razem. Ale to nie tylko przyzwyczajenie, wygoda, przywiązanie do konwenansów czy coś podobnego. Są razem, bo kiedyś przeżyli swoją historię miłości. Wszyscy ją przeżywają. To jedyna historia." 
Powieść Juliana Barnesa rozgrywa się na przedmieściach Londynu w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Paul, dziewiętnastolatek za namową matki zapisuje do klubu tenisowego, gdzie poznaje czterdziestoośmioletnią Susan - mężatkę, matkę dwóch dorosłych córek. Bardzo szybko nawiązują ze sobą romans, są w sobie szaleńczo zakochani, a Paul stawia sobie za cel wyzwolenie ukochanej od okropnego męża i podarowanie jej cudownego życia. 
Ten krótki opis brzmi jak banał, ale powieść nie jest banalna. Uniwersalizm rozważań Autora, pokazanie schematów, którym podlegamy, czyni tę prozę wybitną. Historia rozwija się powoli, emocje narastają, dowiadujemy się, że Paul obdarza swoją absolutną, wielką miłością alkoholiczkę. "Jesteś za młody, by rozumieć, że wszystkie ludzkie zachowania wpisują się w pewne schematy i kategorie i że jej - wasz - przypadek wcale nie jest jedyny. Chcesz, żeby ona była jakimś wyjątkiem, a nie jakąkolwiek regułą. Gdyby ktoś w rozmowie z Tobą spróbował użyć takiego słowa jak współuzależnienie - o ile ten termin już wtedy istniał - wyśmiałbyś je jako amerykański żargon." 
"Każdy etap niezauważenie przechodzi w kolejny. A teraz przychodzi etap paradoksu, który początkowo trudno ci pojąć. Jeśli ją kochasz, a kochasz niezachwianie, i jeśli to, że ją kochasz, oznacza, że ją rozumiesz, to musisz też rozumieć, dlaczego pije. Przebiegasz w myślach całą jej pre-historię, historię najnowszą, i obecną sytuację, i prawdopodobnie przyszłość. Rozumiesz to wszystko i zanim się zorientujesz, okazuje się, że jakimś sposobem przeszedłeś od całkowitego wyparcia jej alkoholizmu do całkowitego zrozumienia jego przyczyn." A potem jest już tylko czas na to, żeby uratował się ratujący...

Nie cierpię przegadania w książkach. Jedna "przekombinowana" metafora jest mi w stanie zepsuć wrażenia z lektury całej powieści. Ale "Jedyna historia" to balsam dla mojej czytelniczej duszy. Krótko, na temat i w punkt. 
Po "Zgiełku czasu" i "Jedynej historii" zastanawiam się czy Julian Barnes już gdzieś się kręci w kręgach kandydatów, oczekujących na Nobla... 

Polecam!
Moja ocena: 6/6

środa, 30 maja 2018

Vigdis Hjorth "Spadek"

Autorka: Vigdis Hjorth 
Tytuł: "Spadek"
Wydawnictwo Literackie, maj 2018

Doskonała powieść, która udowadnia kilka powszechnych prawd: że zamiatanie przykrych i bolesnych spraw pod dywan nikomu nie służy, że wyruszając na wojnę z rodziną i z jej zaprzeczeniami oraz wypieraniem rzeczywistości, skazujesz się na bolesną konfrontację i wykluczenie z tejże rodziny. Co przeważnie i tak na dobre wychodzi dla zdrowia psychicznego zainteresowanego. 
Bohaterka powieści Bergljot dowiaduje się od starszego brata, że rodzice sporządzili testament, w którym określili, jak ma zostać podzielony ich majątek między czwórkę rodzeństwa. Intencją było, aby potomstwo zostało potraktowane sprawiedliwie. Ale jak słusznie w jednym z listów pisze brat: jeżeli rodzice rzeczywiście chcą obdzielić swoje dzieci po równo, to nie muszą sporządzać testamentu, bo o sprawiedliwość dziedziczenia troszczy się doskonale prawo spadkowe. Tymczasem okazuje się, że rodzice zapisują mniej więcej każdemu tyle samo, poza dwoma domkami letniskowymi na Hvaler, które mają przypaść dwóm najmłodszym siostrom. Gdy Bergljot i najstarszy brat zaczynają drążyć temat, dodatkowo wychodzi na jaw, że ustalona wartość rynkowa nieruchomości jest mocno zaniżona. Wybucha rodzinne piekło, eksplodują emocje, wywlekane są na wierzch uczucia i wyparcia, a z każdą stroną wszystko się zapętla. W międzyczasie umiera ojciec. Stopniowo dochodzimy do tego, jak to się stało, że dwójka dzieci na długie lata straciła kontakt z resztą rodziny, odkrywamy historię dzieciństwa Bergljot. A jednocześnie pojawiają się pytania o to, co matka mogła zrobić, aby pewnym wydarzeniom zapobiec albo już po fakcie "naprawić szkodę". Świetnie nakreśleni są bohaterowie i ich postawy. Czasami okazuje się, że najgorsze są osoby prezentujące zachowania w stylu: "świat jest piękny, kochajmy się wszyscy, będzie dobrze". No i okazuje się, że nie będzie, bo po prostu nie zawsze można być przyjacielem wszystkich. W zdecydowanej większości przypadków, jeżeli się myśli i ma własne zdanie, trzeba się po prostu po którejś ze stron opowiedzieć. Dlatego szacunek bohaterki zdobywa siostra, która otwarcie mówi, że nie wierzy w jej historię i jest w tym autentyczna i konsekwentna: nie dąży do utrzymywania kontaktów, nie wymienia kurtuazyjnych maili, nie udaje, że się przejmuje pominięciem starszej siostry przy podziale domków. 
Zapętlona historia rodzinna, wyraziste postacie, dużo psychologii... czyli wszystko co lubię najbardziej.

Polecam!

Moja ocena: 5/6 

piątek, 11 maja 2018

J.D Vance "Elegia dla bidoków"

Autor: J.D Vance
Tytuł: "Elegia dla bidoków"
Wydawnictwo Marginesy, luty 2018 

Kiedy kończę książkę i wiem już "who is who and why" (jak mawiała jedna z moich "kultowych" szefowych), lubię sobie poczytać, co sądzą o niej inni np. moi ulubieni blogerzy. W przypadku "Elegii dla bidoków" okazuje się, że większość z nich już to wszystko o Ameryce wie, takie rodziny, jak przedstawione w książce, to standard, bieda pasa rdzy jest niemal legendarna, a wydostanie się z fatalnych warunków dorastania, z patologicznego środowiska i opowiedzenie o tym, nie jest niczym odkrywczym, żeby nie powiedzieć, że nawet wstecznym. Hmmmm.... 
Wydawca zachęca do książki, obiecując, że pomoże ona zrozumieć fenomen Trumpa. Ten akurat opis uważam, że nietrafiony. Jeżeli istnieje cokolwiek, co jest w stanie wyjaśnić sukces tego tweetowego pajaca w walce o fotel prezydenta najpotężniejszego mocarstwa na świecie, z pewnością nie objawia się to w "Elegii dla bidoków". 
Dla mnie to książka bardzo ciekawa z innych powodów. Pewnie, że to już było... nie pierwszy J.D. Vance wyrwał się z biedy, beznadziei i o tym napisał. Ale takie historie, nawet za milion pierwszym razem są odkrywcze, bo dotyczą jednostki, jej indywidualnej walki, jej zmagań, jej przypadków. W wielkim skrócie: Autor pochodzi z bardzo biednej rodziny z Kentucky, jego babcia przeprowadziła się potem do Middletown w Ohio, gdzie dorastał. Na porządku dziennym był alkohol, przemoc, narkotyki i coraz to nowi kochankowie matki. Autorowi dzięki opiece dziadków udało się skończyć szkołę, potem w końcu prawo na Yale i rozpocząć pracę w prestiżowej firmie prawniczej, żyć dobrze i dostatnio. Niby banał. Ale jednak większości ludzi się to nie udaje, pozostają na zawsze taką patologią, w jakiej wyrośli. J.D. Vance wielokrotnie podkreśla, że oczywiście ogromnie dużo zawdzięcza swojej pracy, ale jeszcze więcej babci i dziadkowi, którzy czuwali nad nim, gdy matka zmieniała kolejnych facetów, gdy w domu były awantury, gdy nie było co jeść. I przede wszystkim zmuszali go do nauki, a szorstka i bezwzględna babka izolowała od najgorszego towarzystwa i nałogów. 
Dla mnie "Elegia dla bidoków" to przede wszystkim opowieść o tym, że rodzina i zaplecze są wszystkim. Co z tego, że dzieci mogą chodzić do szkoły, mogą dostać stypendium i skończyć najlepsze studia, jak od najbliższych słyszą przekaz, że to wszystko jest bez sensu. Sukcesem młodego człowieka jest już to, jeżeli uda mu się dostrzec, że może żyć inaczej. Jeśli nie uwierzy w narrację pijanych rodziców pt.: dziadek klepał biedę, ja klepię biedę, z tobą będzie tak samo, jeśli tylko nie da sobie tego wmówić i zakiełkuje gdzieś w nim marzenie o lepszym życiu, to już jest w połowie wygrany. I wbrew pozorom to właśnie to jest najtrudniejsze: zobaczyć światełko w tunelu, zobaczyć, że można żyć lepiej. Dlatego tak złe jest gromadzenie wszystkich problematycznych członków społeczeństwa w budowanych specjalnie dla nich mieszkaniach socjalnych. Dzieci chodzą wtedy do szkoły w miejscu zamieszkania, spotykają się z rówieśnikami, pochodzącymi z podobnych rodzin, żyjących z zasiłków i nie mają innych wzorców. Do czego mają dążyć, skoro i tak wszystko jest bez sensu według mamy i taty.
Moi ulubieni blogerzy dziwią się, że książka była takim hitem w Stanach. Ja się akurat nie dziwię. Marek Wałkuski napisał kiedyś, że Ameryka segreguje się sama. I tak właśnie jest. Ci, którzy zarabiają powyżej 100000$ rocznie mieszkają w ładnych, zadbanych domach, posyłają dzieci do dobrych szkół i nie za bardzo nie mają pojęcia o swoich rodakach w innych stanach, albo nawet kilka mil dalej, którzy z 20000$ dolarów rocznie na rodzinę są biedkami w najbogatszym kraju świata. Obstawiam, że to wśród tych pierwszych książka cieszyła się popularnością, bo pozwoliła się im wychylić z ich własnej bańki. Ci drudzy pewnie wszystko znają z doświadczenia, więc czytanie jest zbędne, poza tym nie mają 20 zbędnych $, żeby tę kupić książkę.

Polecam!

Moja ocena: 6/6 



czwartek, 19 kwietnia 2018

Joanna Czeczott "Petersburg Miasto snu"

Autor: Joanna Czeczott 
Tytuł: "Petersburg Miasto snu"
Wydawnictwo Czarne, lipiec 2017

I dalej Wschód. Rosja, Moskwa i Petersburg, to jedne z najstarszych destynacji na liście moich marzeń. Ale biorąc pod uwagę stopień prawdopodobieństwa, że się tam wybiorę, również jedne z najbardziej odległych. Dużo by mówić... ehhhh... 
"Miasto snu" czyli metropolia powstała wbrew prawom logiki, regularnie zalewana przez wody Newy, wpychane do Petersburga przez tworzącą się na Bałtyku falę, która "kończy swój bieg" w Zatoce Fińskiej, a potem potężna i silna wlewa się w miasto, metropolia kilkakrotnie bliska wyludnienia i upadku, a jednak zawsze podnosząca się z dna, metropolia, arystokratów, towarzyszy, bandziorów, artystów, społeczności LGBT i oczywiście rosyjskiego stanu umysłu. 

Joanna Czeczott swoimi trzynastoma reportażami zabiera nas w niezwykle pasjonującą podróż po mieście i jego klimatach. Przeczytamy tutaj o:
  • Wodach, rdzennej ludności okolic Petersburga, która próbuje zachować swoją tożsamość wbrew rosyjskim władzom. 
  • Walce miasta z Newą i powodziami i o ogromnej tamie na rzece, która ma Petersburg ochronić. 
  • Wojnach Piotra I i jego fascynacji Zachodem i odbiciu tego w budowie miasta. 
  • Pozostałych jeszcze w Petersburgu nielicznych prawdziwych arystokratach, którzy nie wyjechali, albo nie zostali zgładzeni przez jedyny słuszny ustrój komunistyczny. 
  • Współczesnych socjalistach i komunistach w Petersburgu. 
  • Czystkach urządzonych przez komunistów. 
  • Blokadzie miasta w latach 40-tych - blokadzie, która trwała 872 dni. Dla mnie to najbardziej wstrząsający reportaż w tej książce. "Do początku wojny żyły w Leningradzie 3 miliony ludzi. 100 tysięcy powołano na front w pierwszych dniach wojny. 448700 ewakuowano przed blokadą. 2,5 miliona żyło w mieście przed blokadą. 557700 osób było w Leningradzie w styczniu 1944 roku [...]. Ponad milion osób umarło w mieście z głodu."
"Gdy zbliża się śmierć głodowa, nie masz siły wstać. Bywały takie dni, gdy już nie mogłam podnieść się z łóżka. Mama wtedy nie pozwalała leżeć. [...]
Nie pozwalała. Jak raz zostaniesz w łóżku, to już nie wstaniesz."
  • Teatrze, wystawiającym swoje przedstawienia nietypowych miejscach np. gułagu. 
  • Matkach odwiedzających synów w więzieniach, bo nigdzie nie jest łatwiej trafić za kratki niż w Rosji. Tutaj też spotyka się to ze społecznym zrozumieniem.
  • Handlarzach-marzycielach sprzedających w metrze najróżniejsze towary, żeby zdobyć pieniądze na zaplanowany projekt. "Więzienie i torba żebracza mogą przypaść w udziale każdemu - głosi rosyjskie przysłowie."
  • Bananowym biznesmenie, który kupił sobie teatr i wystąpił w głównej roli w balecie, bo miał taką fantazję. A jednocześnie o historii rosyjskiego baletu klasycznego i jego światowym, niepodrabialnym fenomenie. (Uwielbiam oglądać balet, chociaż nie jestem jego jego znawczynią. Natomiast jak się raz zobaczy kunszt rosyjskiego zespołu np. Moscow City Ballet, to naprawdę niewiele może się temu równać). 
  • Gejach i lesbijkach przenoszących się do Petersburga, jako miasta, które mimo wszystko jest trochę bardziej łaskawe dla ich stylu życia niż rosyjska prowincja. 
  • Rosyjskim roczniku 1980 - dzieciach z tych bardzo bogatych rodzin, które na 18 urodziny dostają centrum handlowe, ale także o ludziach z prostych rodzin, którym partia oferuje stanowiska i pieniądze, w zamian żądając lojalności. Ten ostatni reportaż można przeczytać w Dużym Formacie


Pasjonująca lektura!

Polecam!

Moja ocena: 6/6

piątek, 13 kwietnia 2018

Jarosław Kamiński "Tylko Lola", Julian Barnes "Zgiełk czasu"

Autor: Jarosław Kamiński
Tytuł: "Tylko Lola"
Wydawnictwo W.A.B kwiecień 2017 

Dwie książki o systemie i o jednostkach wobec niego postawionych, dwie na które w ogóle nie miałam ochoty. 
No po prostu nie i już. Wierzę w to, że czasami to lektura wybiera człowieka w najlepszym dla niej momencie, ale dlaczego mnie w ciągu krótkiego czasu trzy razy (uwzględniając "Dżentelmena w Moskwie" ) dopadają towarzysze i jedyne słuszne idee, to nie mam pojęcia.



Autor: Julian Barnes
Tytuł: "Zgiełk czasu"
Świat książki, październik 2017

 "Zgiełk czasu" był najlepszą książką 2017 roku na według Magazynu Książki, a "Tylko Lola" królowała na listach kilku blogerów, których bardzo cenię. Poczułam więc, że są to dla mnie lektury obowiązkowe. Obydwie książki są wybitne i gorąco je polecam, co nie zmienia faktu, że wolałabym czytać o angielskiej arystokracji i jej gierkach towarzyskich, niż o podłych, szarych i smętnych czasach komunizmu, w których miernoty moralne zdobywają władzę i miażdżą jednostki według niejasnych reguł systemu i zmieniających się humorów mężów stanu. 
"Tylko Lola" to pamiętnikowe, przeplatające się ze sobą opowieści dwóch kobiet, które los złączył osobą tytułowej Loli. Lidia Kowal, prosta, niewykształcona komunistyczna działaczka, w małym stopniu z rzeczywistego wyboru, bardziej z konsekwencji, że "tak wyszło po prostu" spisuje swoje wspomnienia będąc w szpitalu psychiatrycznym. Jej relacje są krótkie, rwane, chaotyczne, w większości bez interpunkcji - czyta się to straszliwie. Dawno temu łączyło ją z Lolą wyjątkowe uczucie, a wyobrażenie i pamięć tej kobiety, często kieruje jej działaniami do dzisiaj. Wydarzenia z lat 60- tych w Polsce, tuż przed marcem 68 roku poznajemy też z opowieści Niny, Polki żydowskiego pochodzenia, bratanicy Loli, która bardzo długo chciała wierzyć, że Polska to jej jedyna ojczyzna i nie widziała powodu, dla którego miałaby sobie szukać miejsca gdzieś indziej. Nina rozpoczyna błyskotliwą karierę w TV, jej bezpośrednią szefową jest Lidia. A tam propaganda, układy, teczki i haki na każdego, czyli podły czas komunizmu i zbliżających się czystek. Kobiety postawione przed wyborem jak się zachować, komu pozostać lojalnym i czy to w ogóle jest możliwe. 

"Zgiełk czasu" to uniwersalna proza o wybitnej jednostce przeciwstawionej reżimowi. Opowieść o twórcy, który chciałby być po prostu zostawiony samemu sobie, tymczasem władza ma wręcz przeciwne plany. Julian Barnes spisał losy wybitnego kompozytora rosyjskiego Dmitrija Szostakowicza, który nigdy nie wybrał emigracji, spędził życie w Związku Radzieckim w nieustannym oczekiwaniu śmierci i prześladowań, zmagając się z kolejnymi pomysłami towarzyszy i propagandowej maszyny władzy. Jego decyzje, wybory, postawa wobec reżimu są trudne do oceny i bardzo niejednoznaczne. Autor właśnie te kontrowersyjne relacje z komunistycznymi władzami uczynił esencją tej fikcyjnej autobiografii. Opowieść o twórczości, o niemożności ucieczki od rzeczywistości, miażdżeniu i upadku człowieka, czyli podły czas Związku Radzieckiego. 

Polecam!

Moja ocena: 5.5/6