czwartek, 14 lutego 2019

Ian McEwan "Pokuta"


Autor: Ian McEwan
Tytuł: "Pokuta"
Wydawnictwo Albatros, maj 2018

Droga do lektury "Pokuty" była pokrętna: bohaterka "Morderstw w Somerset" - redaktorka, wymienia ją, jako jedną z książek, która odmieniła jej życie. Historia jest znana głownie z filmu z 2007 roku, nakręconego na podstawie tej powieści. 
W 1935 roku 13-letnia Briony widzi przypadkowo swoją starszą siostrę Cecilię w intymnej, dziwnej sytuacji z synem ogrodnika - Robbim. W czasie tego upalnego lata wiele się dzieje w angielskiej, wiejskiej rezydencji: do domu przyjeżdża starszy brat Leon, wraz z przyjacielem, kuzyni bliźniacy i kuzynka, których matka uciekła do Paryża z kochankiem. Briony ze swoją bujną wyobraźnią i pasją pisarską oraz dramaturgiczną zamierza wystawić sztukę. Porzuca jednak swój pomysł, gdyż próby, "aktorzy", główna bohaterka znacznie odbiegają od jej wyobrażeń. Wieczór ostatecznie i tak jest stracony, gdyż bliźniacy postanawiają uciec, a ich siostra zostaje zgwałcona. Trzynastoletnia dziewczynka jest jedynym świadkiem wydarzeń, ostatecznie swoimi zeznaniami posyłając do więzienia niewinnego człowieka. Rodzina zostaje rozbita, potem wybucha wojna, a Briony pracuje jako pielęgniarka w szpitalu. Zdaje sobie sprawę, że jej zeznania zniszczyły życie wielu osób. Jako dorosła kobieta, pisarka tworzy kolejne wersje powieści, które mają ją przybliżyć do prawdy, co wydarzyło się tamtego dnia. 
Dla mnie to przede wszystkim fantastyczna opowieść o istocie rzeczy. O tym, co naprawdę widzimy, naprawdę słyszymy oraz o tym, co wydaje nam się, że widzimy i wydaje nam się, że słyszymy. Przypadek Briony, trzynastoletniej dziewczynki w okresie dorastania, z wielkimi emocjami, z ogromną, wybujałą wyobraźnią tylko dobitniej pokazuje, jak bardzo możemy się mylić w swoich osądach. Zresztą Robbie i Cecilia, poszkodowani kochankowie, też mają swoją własną nieprawdziwą wersję wydarzeń, opartą na dopowiedzeniach. Bo to niestety zmora nas wszystkich, nieumiejętność oddzielenia faktów, sytuacji, które po prostu są, jakie są od tego, co do nich dopowiadamy. Dodajemy treści i znaczenia, których najczęściej nie ma, tworząc swoje fałszywe przekonania. 
Mistrzostwo Autora polega na tym, że stopniowo wciąga nas w emocje i przeżycia wszystkich bohaterów. Patrzymy ich oczami. Widzimy jak Briony składa swoje zeznania, ale także proces jak się w nich utwierdza, albo raczej jak utwierdza się w nich w jej otoczenie (rodzice, policja, sędziowie) - z wygody, z potrzeby szybkich odpowiedzi i nie pozwala bohaterce na refleksję. Koło się zamyka. Ostatecznie nastolatka już sama nie wie czy widziała, czy sobie dopowiedziała. Briony, jako dorosła kobieta, zdaje sobie sprawę z krzywdy, jaką wyrządziła. Pragnie odkupić swoją winę, ale pytanie czy to w ogóle jest możliwe. 
Piękny język, głębokie emocje, polecam!

Moja ocena: 4,5/6

piątek, 1 lutego 2019

Wiesław Myśliwski "Ucho Igielne"

Autor: Wiesław Myśliwski
Tytuł: "Ucho Igielne"
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, październik 2018 


"Uwierzyć w życie, jakaż to trudna wiara, jeśli się nad tym zastanowić. Może dlatego, że z pozoru prosta, zwyczajna, pospolita. A jednak to najtrudniejsza z wiar. Tym bardziej, że są tylko dwie perspektywy życia: młodość i starość. Kiedy człowiek jest młody, nie wierzy, że będzie stary, a gdy jest stary, nie wierzy, że był młody."


Wiesław Myśliwski to kolejny polski Autor, z którego prozą koniecznie muszę się zapoznać. I to jest jedno z moich wyzwań na ten rok. Jakiś czas temu przymierzałam się do lektury "Widnokręgu", ale ktoś mi powiedział, że jestem za młoda, że do jego twórczości, przemyśleń trzeba dorosnąć. To było około dwunastu lat temu i myślę, że "za młoda" już straciło na aktualności. Poza tym zapałałam uwielbieniem do Autora po wywiadzie w Magazynie Książki.Mądry, bezpretensjonalny, nie silący się na górnolotne frazy i dodawanie znaczenia, tam gdzie go nie ma, niepopularnie w dzisiejszych czasach niewypowiadający się na tematy, na których się nie zna i nie dotyczą pisania. Kilkadziesiąt lat w związku z jedną kobietą, uznający miłość za coś najważniejszego, co się człowiekowi może przytrafić.

"Miłość też może się nie spełnić, ona prostu może nie zaistnieć, i to jest przypadek bohatera "Ucha Igielnego". Ale jest w człowieku coś takiego, co każe mu wierzyć, że marzenie się ziści. I on będzie czekał na tę miłość wbrew rozsądkowi i nadziei."

"Ucho Igielne" to zmierzenie się Autora z czasem i własną pamięcią, spotkanie starości i młodości. W jednej z ostatnich scen bohater siedzi ze swoimi kolegami na uroczystościach rocznicowych szkoły, do której razem chodzili. Wszyscy troje wspominają wspólne mieszkanie na stancji z trzema innymi uczniami. Dochodzi do kłótni i niemalże rękoczynów, gdy zaczynają spierać się o fakty. Każdy jest przekonany, że było tak a nie inaczej, że jego wersja jest prawdziwa a pozostali zapomnieli. 
W "Uchu Igielnym" wszystko się przeplata. To co jest teraz, z tym co było, a właściwiej powiedzieć z tym, co wydawało się, że było. Autor kilkakrotnie zastanawia się czy opowiadamy, o tym co się wydarzyło, czy za każdym kolejnym razem snujemy tak naprawdę inną opowieść. Pamięć i czas nieustanie nas zwodzą. 

"Głowy nie dam, czy to było potem czy przedtem. Nie ma to zresztą większego znaczenia. Mogły mi się czasy zamienić. Czas lubi się tak nieraz zamienić z innym czasem. Czas jest chytry jak lis, a bywa i złośliwy. Potrafi płynąć w tę i zarazem przeciwną stronę. A tylko nam się wydaje, że zawsze płynie razem z nami i nasze życie wyznacza mu granice. Nic bardziej błędnego. Ciągnie nas, gdzie chce. I w tył, kiedy nas nie było, i w przód, kiedy nas nie będzie. Bawi się nami wiedząc, że i tak nic nie możemy. Człowiekiem nietrudno się bawić".

Bardzo piękna i mądra książka, zmuszająca do myślenia, a momentami wzbudzająca niepohamowane wybuchy śmiechu! Doskonała!

Moja ocena: 6/6



piątek, 25 stycznia 2019

Olga Tokarczuk "Księgi Jakubowe"

Autorka: Olga Tokarczuk
Tytuł: "Księgi Jakubowe"
Wydawnictwo Literackie, październik 2014

Zarzekałam się, że nie przeczytam. Nie zamierzałam i już. Nawet po tym, jak książka otrzymała Nike w 2015 roku. Ale po spotkaniu z Olgą Tokarczuk w Bostonie stwierdziłam, że podejmę wyzwanie, że warto spróbować zapoznać się z najnowszą prozą jednej z najbardziej rozpoznawalnych polskich pisarek, odświeżyć też stare lektury i generalnie być na bieżąco, żeby wiedzieć, za co poniektórzy Autorkę wyklinają. I fantastycznie, że takie postanowienie poczyniłam. 
Bo "Księgi Jakubowe" to powieść totalna, wszechogarniająca, lektura, w którą człowiek wpada i się zatapia, ciężko jest skupić myśli na innych tematach. I tak się podróżuje przez 1000 stron ("siedem granic, pięć języków i trzy duże religie").
Dobrze, że dużo tego druku, bo wątków jest tyle, że przy stronie nr 200 ma się wrażenie, że akcja dopiero się zaczyna. Wiele warstw, wielu bohaterów, wiele historii. Wszystko spaja razem Jakub Frank, żydowski, samozwańczy mesjasz, który w drugiej połowie XVIII wieku namówił tysiące żydów do przyjęcia chrztu. Jak powiedziała Autorka: "najbardziej nieprawdopodobne w tej historii jest to, że naprawdę się wydarzyła". Narrację w książce prowadzi kilka osób. Min widzimy świat z perspektywy Jenty - babki, która miała umierać, ale nie umiera.
Połknęła zapisany amulet i teraz nie wiadomo, w którym ze światów przebywa. Ma jednak szerszą perspektywę niż większość bohaterów, a przez to i my więcej wiemy. Mentor Jakuba i jego najwierniejszy, najbardziej naiwny (?) wyznawca Nachman prowadzi zapiski z życia Pana (jak wierni nazywają Jakuba), zatytułowane "Resztki" i stara się w nich opisać drogę, wierzenia, nauczania, historię frankistów czyli antytalmudystów. Ksiądz Chmielowski w osobnym wątku próbuje stworzyć encyklopedię wiedzy uniwersalnej, która obejmowałaby porady dla wszystkich i stała na półce w każdym domu. Jest jeszcze Antoni Kossakowski czyli Moliwda - barwny ptak, który trochę frankistom pomaga, ale tak naprawdę ustawia wszystko pod siebie - typ cwaniaczka, który zawsze unosi się na powierzchni (to moja interpretacja). I kobieta czołg - hrabina Kossakowska - prototyp amerykańskiego lobbysty - nie ma opcji, że się nie da. Jeżeli coś postanowiła, to uda się to przeforsować.  A poza tym dziesiątki innych różnorodnych, świetnie i pełnie nakreślonych postaci. 

"Księgi Jakubowe" to proza wielowarstwowa, ogrom tematów do dyskusji i interpretacji. Mnie szczególnie podobał się proces powstawania i upadku mesjasza, używając górnolotnego określenia. Człowiek niegłupi, można powiedzieć inteligentny, ale bez przesady, prosty w obyciu i usposobieniu, za to z brawurą wypisaną na twarzy, wielką pewnością siebie, znajduje ludzi, którzy zaczynają w nim widzieć przewodnika. Stopniowo sam nabiera pewności, że jest stworzony do przywództwa, zagłębia się w "nauki", wysłuchuje starszych, nabiera mocy, robi dużo szumu wokół siebie, aż któregoś dnia okazuje się, że to mesjasz. Prowadzi wystawny i głośny tryb życia, zarówno prawdziwe historie o nim i jak i plotki, zaczynają mutować, żyć własnym życiem i trafiają w świat. Dużo szumu, mało treści. Taki osiemnastowieczny celebryta. Coraz więcej ważnych osób chce go poznać, bo być może warto. Jakub Frank zdecydowanie budzi ciekawość. Bohater oczywiście z tego korzysta, wszystko niby dla nowej wiary i lepszej przyszłości wiernych. R
zeczywiście, niektórym się powiodło. Jako konwertyci na katolicyzm otrzymywali często tytuły szlacheckie. Ale generalnie byli wyklęci przez swoich jako zdrajcy, a katolicy patrzyli na nich podejrzanie. Sam Jakub z życia korzystał  jak mógł: mesjasz mesjaszem, ale rozwiązłość seksualna, materialne zbytki, najlepsze, najdroższe jedzenie i alkohole za czasów dobrobytu były na porządku dziennym. Pieniądze oczywiście pochodziły od wiernych (nie zawsze świadomych, na co dokładnie płacą). Ciekawe jest to, że mesjasz przecież sam się nie kreuje. Tworzą go ludzie, którzy w niego wierzą. W zwykłym kichnięciu wyznawcy Jakuba nie dostrzegali przeziębienia, tylko znak od Boga (to oczywiście mój skrót myślowy). Z czasem bohater popadł w niełaskę, najwierniejsi wyznawcy rozpierzchli się po świecie, a młodzież, która przyjeżdżała na nauki i szkolenia, widziała w coraz starszych frankistach już tylko grupę żałosnych starców. 

"Księgi Jakubowe" są pięknie wydanie. To jedna z tych książek, którą naprawdę powinno się mieć w wersji papierowej. Podzielona na księgi, z licznymi rysunkami i mapami, z odwrotną numeracją stron. "Inna numeracja ksiąg zastosowana w tej książce jest ukłonem w stronę ksiąg pisanych po hebrajsku. A także przypomnieniem, że każdy porządek jest kwestią przyzwyczajenia." 

Bardzo, bardzo polecam!

Moja ocena: 6/6


środa, 2 stycznia 2019

Mary Beard "Kobiety i władza. Manifest"

Autorka: Mary Beard
Tytuł: "Kobiety i władza. Manifest"
Dom wydawniczy Rebis, wrzesień 2018
"Chcę wyjść od początków zachodniej literatury i pierwszego zapisanego w niej przypadku mężczyzny każącego kobiecie się „zamknąć”, mówiącego, że nie może ona zabierać głosu publicznie. Mam na myśli chwilę uwiecznioną w Odysei Homera, prawie trzy tysiące lat temu.
Skłonni jesteśmy dzisiaj uważać to arcydzieło za epicką opowieść o Odyseuszu, jego przygodach i tarapatach, w jakie wpadał, wracając po wojnie trojańskiej do domu, gdy tymczasem jego żona Penelopa latami wiernie na niego czeka, opierając się nachalnym zalotnikom. Odyseja jest jednak w równym stopniu historią Telemacha, syna Odyseusza i Penelopy, historią jego dorastania i tego, jak w toku narracji zmienia się z chłopca w mężczyznę. Proces ten rozpoczyna się w pierwszej pieśni, kiedy Penelopa schodzi na dół, do wielkiej sali pałacowej i słyszy, jak aojda śpiewa dla tłumu jej zalotników o przeszkodach, które muszą pokonać greccy bohaterowie w drodze do domu. Nie podoba jej się ten przygnębiający temat i w obecności wszystkich prosi go, by wybrał inny, pogodniejszy. Wtedy wtrąca się młody Telemach: „Matko moja (…), wracaj do siebie i pilnuj swojej roboty, krosien i kądzieli (…). Słowo do mężów należy, a ze wszystkich do mnie najbardziej, bo moja władza w tym domu”. I Penelopa wraca na górę. Trochę śmieszne, że mający jeszcze mleko pod nosem chłopiec ucisza rozumną, dojrzałą kobietę. Scena ta dobrze pokazuje, że już u zarania kultury zachodniej, kiedy pojawiają się jej źródła pisane, kobiecego głosu w sferze publicznej nie słychać."

Anthony Horowitz "Morderstwa w Somerset"

Autor: Anthony Horowitz
Tytuł: "Morderstwa w Somerset"
Dom Wydawniczy Rebis, wrzesień 2017

Kolejny kryminał w krótkim czasie. 
Z dwóch powodów: pilnej konieczności wciągającej ale niezbyt wymagającej lektury oraz tego, że "Pogrzeb na zamówienie" tego Autora bardzo mi się podobał. Jest jednak jasna wskazówka, że nastąpił przesyt kryminałów i błyskotliwych detektywów, mianowicie gromki śmiech w kluczowym momencie oglądania filmu "Morderstwo w Orient Expressie". Teraz czekam już tylko na Annę Kańtoch i poza tym już nic kryminalnego nie wyszukuję, nawet gdy będę potrzebować pilnie lektury, łatwej i przyjemnej. 

Susan, redaktorka z londyńskiego wydawnictwa, współpracująca z Alanem Conwayem, autorem kryminałów, otrzymuje jego najnowszą powieść, w której brakuje jednak kilku ostatnich stron. Szybko okazuje się, że są one kluczowe nie tylko dla rozwiązania zagadki w książce, ale także tragicznych wydarzeń, dziejących się świecie rzeczywistym. Susan sama musi zamienić się w detektywa. Mamy więc kilka morderstw, dużą grupę potencjalnych sprawców, bo okazuje się, że całkiem sporo osób miało powód do uśmiercenia nieszczęśników i kilka godzin zajmującej lektury!

"Postanowiłam pobawić się w detektywa, a jeśli jest coś, co łączy wszystkich detektywów, o których czytałam, to ich nieodłączna samotność. Podejrzani się znają - często bywają grupą przyjaciół albo rodziną. Detektyw zaś zawsze przychodzi z zewnątrz. Zadaje niezbędne pytania, ale nie stara się zawrzeć bliższego związku z rozmówcami. Nie ufa im, a oni się jego obawiają. Jest to relacja oparta na podstępie, zatem z definicji prowadząca donikąd. Gdy w końcu zabójca zostaje zidentyfikowany, detektyw odchodzi i nigdy nie powraca. W dodatku wszyscy się z tego cieszą."

"To właśnie jest szczególną cechą kryminału, powodem, dla którego zajmuje on specyficzne miejsce w panoplii gatunków literackich: wytwarza jedyną w swoim rodzaju więź z czytelnikiem.
W kryminałach zawsze chodzi o prawdę - ni mniej, ni więcej, tylko o prawdę. W swiecie pełnym spraw niepewnych trudno o bardziej satysfakcjonujące doświadczenie, niż rozwiązanie zagadki, rozpisane tak starannie, że nie brakuje kropki nad żadnym "i" ani daszka w żadnym "t". Literatura naśladuje doświadczenie życiowe - trwamy w napięciu, w dwuznacznych sytuacjach, które przez pół życia staramy się rozwikłać, i pewnie dopiero na łożu śmierci zdołamy poczuć, że w końcu wszystko to ma jakiś sens. Tymczasem dobry kryminał zawsze dostarcza nam to poczucie spełnienia." 

Polecam!!!
Moja ocena: 5/6

Durian Sukegawa "Kwiat wiśni i czerwona fasola"

Autor: Durian Sukegawa
Tytuł: "Kwiat wiśni i czerwona fasola"
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, październik 2018

Biorąc pod uwagę mój cynizm, to chyba nie była jednak książka dla mnie. Ciekawa, mądra itd., ale podsumowałabym ją następująco: taki japoński Paulo Coelho, co nie jest niestety komplementem, w moich ustach. Chociaż nie zaprzeczam, że przeczytałam większość jego książek i swego czasu bardzo mi się podobały. 
Ale ponieważ od kilku lat w mojej facebookowej bańce jest profil "Zdelegalizować coaching i rozwój osobisty" oraz z wiekiem (przynajmniej u mnie) rośnie też gwałtownie poziom cynizmu i złośliwości (tak jeszcze bardziej) 😊 to mądrości objawione i powtarzane do znudzenia motywacyjne bon moty już tylko mnie śmieszą. 
Ale książkę polecam, bo może się jednak podobać. Zachwyca się nią chociażby Jarosław Czechowicz z bloga Krytycznym Okiem.
I jego recenzja zdecydowanie zachęca do lektury. 

Moja ocena: 3,5/6


środa, 19 grudnia 2018

Robert Galbraith (J.K. Rowling) "Zabójcza biel"

Autor: Robert Galbraith (J.K. Rowling)
Tytuł: "Zabójcza biel"
Wydawnictwo Dolnośląskie, listopad 2018

Nie ma co udawać, że kryminały to nie jest marnowanie czasu, jest (!!!) ale jakże przyjemne!!! Tym bardziej, że chodzi o J.K. Rowling i kolejne zmagania Cormorana Strika i jego partnerki Robin. Jak to się wyśmienicie czyta!!! A dodatkowo czytelnik wie już od dawna, że bohaterowie są dla siebie stworzeni i czeka, kiedy w końcu padną sobie w ramiona. 😆 Autorka nie jest jednak łaskawa dla naszej niecierpliwości... i więcej zdradzać nie będę. Czwarta część kończy się tak, że nie wyobrażam sobie, żeby miało nie być następnej, więc pozostaje pytanie, kiedy piątka trafi do księgarń. W "Zabójczej bieli" agencji detektywistycznej Cormorana Strika wiedzie się już całkiem nieźle, detektyw nie może narzekać na brak zleceń, zatrudnia kilku pracowników i bez przerwy jest w akcji. Do jego pokoju przychodzi chory psychicznie mężczyzna i mówi, że wiele lat temu widział jak zamordowano i pochowano dziecko. Agencja dostaje też zlecenie od jednego z ministrów na szukanie materiałów obciążających jego przeciwników politycznych. Zahaczamy o kręgi władzy, rodzinne tajemnice i pranie brudów, a w połowie książki jedna z głównych postaci popełnia samobójstwo (?). Cormoran i Robin próbują powiązać ze sobą różne wątki, działają pod przykryciem, podążają za podejrzanymi, analizują dane, żeby nas w końcu oświecić, o co chodzi. A nie jest z tym łatwo. Autorka zagmatwała wszystko po mistrzowsku! 
Oprócz prób odgadywania, kto jest przestępcą i jakie ma motywy, w tej części dużo też przyglądamy się osobistym perypetiom bohaterów. Robin rok temu wyszła za swojego kolegę z lat szkolnych - Matthew, ale jej małżeństwo, mimo krótkiego stażu, przeżywa głęboki kryzys. Cormoran wchodzi w przygodne związki, z których stara się jak najszybciej wyplątać, gdy tylko okazuje się, że druga strona za bardzo się przywiązuje. A do tego my wiemy, a oni nie, że są w sobie zakochani... ehhh... i tak to się toczy. 😍

Polecam!
Fantastyczna, wciągająca rozrywka!

Moja ocena: 5.5/6






piątek, 14 grudnia 2018

Marta Madejska "Aleja Włókniarek"

Autorka: Marta Madejska 
Tytuł: "Aleja Włókniarek"
Wydawnictwo Czarne, sierpień 2018 



Tytuł książki o Łodzi Marty Madejskiej "Aleja Włókniarek" w dwóch słowach pokazuje czym, a raczej kim to miasto było od zawsze. Było kobietą! Jest to bezpośrednie nawiązanie do nazwy jednej z największych łódzkich arterii komunikacyjnych: Alei Włókniarzy. Włókniarzy, w formie męskiej, mimo, że praktycznie od samego początku rozwoju przemysłu włókienniczego w Łodzi, to kobiety stanowiły w nim większość zatrudnionych. Od niedawna byłe włókniarki mają w Manufakturze (ogromne, modne centrum handlowo - rozrywkowe w zrewitalizowanej fabryce Poznańskiego) swój plac: Rynek Włókniarek Łódzkich. I tyle! Jest jeszcze Marta Madejska, która z dostępnych skrawków próbuje pozbierać i poskładać, co się da, żeby oddać hołd niemym tłumom łódzkich robotnic. 
Wyprowadziłam się z Łodzi 6 lat temu, ale minimum raz w roku staram się przyjeżdżać. Za każdym razem nie mogę się nadziwić, w jakim ogromnym stopniu miasto się zmienia. Dziesiątki nowych inwestycji, przebudowy ulic, rewolucja w komunikacji miejskiej, ścieżki rowerowe, autostrada (!) na Okęcie, rewitalizacje fabryk i Hanna Zdanowska, pierwsza kobieta, która została prezydentem miasta Łodzi, niedawno wybrana w pierwszej turze na kolejną kadencję, mimo wściekłej nagonki, jaką zorganizował na nią PiS. Zmienił się też rynek pracy, dzisiaj to raczej pracodawcy szukają pracowników i gdyby nie napływ siły roboczej z Ukrainy, wielu z nich miałoby problem z prowadzeniem biznesu. Odwrotnie niż w początkach przemysłu tekstylnego, gdy do miasta płynął tłum kobiet ze wsi, uciekających przed biedą, harówką na roli, przemocą. Każda chciała pracować w fabryce, być niezależna, zarobić na łóżko, chociażby we wspólnym z innymi pokoju. Na każde miejsce dziesiątki chętnych. A praca była koniecznością. Bez niej czekała ulica, bezdomność, głód. 
Marta Madejska przejrzała naprawdę ogrom dostępnych materiałów archiwalnych, ale niewiele jest tam udokumentowanych historii łódzkich robotnic. Ten reportaż jest zbiorem strzępków opowieści, uzupełnionych historią powszechną, ale najbardziej jest zbiorem pytań: z jakimi nadziejami jechały do miasta, o czym marzyły, jak potoczył się ich los... Nawet dotarcie do kobiet z nie tak odległej historii np. z czasów PRL-u jest niemożliwe. Są ich nieme twarze w kronikach filmowych, ale nie wiadomo kim są bohaterki. 
Autorka pisze również o handlu żywym towarem - zjawisku występującym praktycznie wszędzie, gdzie jest duża liczba bezrobotnych kobiet, zdesperowanych, żeby utrzymać swoje rodziny. W Łodzi ten proceder kwitnął od zawsze: młode, naiwne, przyjeżdżające ze wsi kobiety, bardzo często były uwodzone, przed podstawionych mężczyzn i wysyłane statkami do domów publicznych na całym swiecie. Podobnie w latach 90-tych, XX wieku, gdy w Łodzi załamał się przemysł włókienniczy, miasto zaroiło się od domów publicznych, salonów "masażu" itp. 
Łódzkie kobiety zawsze miały pod górkę. Po wojnie było ich w mieście dwukrotnie więcej niż mężczyzn. Ich praca w przemyśle tekstylnym była koniecznością. Z nadzieją zabrały się za odbudowę włókienniczej Łodzi, w weekendy jeździły odgruzowywać stolicę. Zawsze zarabiały mniej niż w innych regionach, na miasto nigdy nie było środków, mimo że było drugą co do wielkości aglomeracją w Polsce. Ale zawsze było odłożone na potem, zawsze w cieniu Warszawy. Fatalna jakość mieszkań, kanalizacji, wodociągów, ogromna śmiertelność noworodków, gruźlica, zastraszająca liczba aborcji i poronień. Takie było robotniczne, PRL owskie miasto kobiet. Praca w fabryce na trzy zmiany, kolejki po pracy, żeby zdobyć cokolwiek do jedzenia, choroby. Ale z siłą kobiet nie można się było nie liczyć - strajkiem w  fabryce Poznańskiego, w grudniu 1971 roku zmusiły władze do cofnięcia decyzji o podwyżce cen żywności. Marta Madejska bardzo celnie zauważa w swoim reportażu, że gdy mężczyźni strajkowali, ich strajk określano strajkiem o honor i godność, gdy kobiety, czasami miesiącami, nie wychodziły z fabryki, mówiło się, że są histeryczne i strajkują o chleb i kaszankę. Jakby męska godność mogła się obyć bez jedzenia. 
A potem skończył się w Polsce komunizm, upadł eksport do Związku Radzieckiego a wraz z nim upadła Łódź. Z dnia na dzień tysiące ludzi zostało wyrzuconych na bruk. Pracę traciły całe rodziny, bo często w jednej fabryce pracowali wszyscy jej członkowie. Jedyny taki region w Polsce, któremu państwo pozwoliło się załamać. Bo włókniarki nie zarzucały maszynami dróg, jak rolnicy ziarnem czy górnicy węglem. Górników zresztą państwo chroni do dzisiaj. Wbrew zdrowotnym, ekonomicznym i środowiskowym interesom Polski i Świata. Łodzianie i łodzianki wywaleni z dnia na dzień nie dostali niczego. Wielu się przystosowało do nowej rzeczywistości, ale wielu nie. Stanowią pokolenie, których życia zostały zmarnowane, a rodzina często do dzisiaj tę dysfunkcję niesie jako spadek. Jak pisze Autorka: "Ze wszystkich nurtujących mnie pytań to jedno pozostaje wciąż bez odpowiedzi: co się właściwe wydarzyło w Łodzi w latach dziewięćdziesiątych?"



W tym roku Łódź pojawiła się w kilku zestawieniach miast, które koniecznie trzeba zobaczyć. Nie byłoby jej historii, bez historii tysięcy łódzkich włókniarek. 







Polecam!
Moja ocena: 5/6


wtorek, 11 grudnia 2018

Anthony Horowitz "Pogrzeb na zamówienie"


Autor: Anthony Horowitz
Tytuł: "Pogrzeb na zamówienie"
Dom wydawniczy Rebis, październik 2016 

Idealna książka na podróż według mnie: bardzo wciąga, nieustannie trzyma w napięciu, nie jest zbyt ciężka, żeby dało się czytać, gdy w 20 godzinie od wyjścia z domu nie można już ani spać ze zmęczenia, ani nie za bardzo wiadomo, co zrobić z czasem, który nie chce płynąć - jednym słowem - kryminał.
I tutaj objawia się "Pogrzeb na zamówienie". Bohaterka odwiedza biuro pogrzebowe i bardzo szczegółowo ustala harmonogram swojego pogrzebu. A kilka godzin później zostaje zamordowana we własnym domu. Emerytowany detektyw, mroczny, odrzucający typ, który musiał opuścić służbę, wkracza do akcji, gdyż policja, która go wywaliła, ciągle jednak potrzebuje jego usług. Dodatkowo proponuje, autorowi powieści dla młodzieży, żeby chodził z nim i przyglądał się dochodzeniu, a potem napisał książkę. I intryga gotowa. Kilka potencjalnych problemów też. Ciekawi bohaterowie, błyskotliwy humor, czyli wszystko czego potrzeba do doskonałej rozrywki!
Jeśli ktoś jeszcze się nie przekonał, to dodam, że książkę polecała Anna Kańtoch - mistrzyni kryminału - w jednym ze swoich wywiadów.

Gorąco polecam!

Moja ocena: 5/6

środa, 14 listopada 2018

Małgorzata Rejmer "Błoto słodsze niż miód. Głosy komunistycznej Albanii"

Autorka: Małgorzata Rejmer
Tytuł: "Błoto słodsze niż miód. Głosy komunistycznej Albanii"
Wydawnictwo Czarne, październik 2018

Pierwszy zbiór reportaży Małgorzaty Rejmer "Bukareszt. Kurz i krew" przeczytałam niejako z konieczności. Ogólnie zachwytom nie było końca, więc postanowiłam sprawdzić, o co chodzi. I sama wkrótce wylądowałam w szerokim gronie zachwyconych. Z lekturą kolejnej pracy Autorki nie zwlekałam ani chwili. Małgorzata Rejmer jest Mistrzynią Reportażu! Krzysztof Varga pisał kiedyś, że felietony wybitnego felietonisty czyta się dla nich samych, a niekoniecznie dla tematu, który poruszają. To samo mogłabym powiedzieć o wybitnej reporterce. Dwa kraje: Rumunia i Albania, które nie mogłyby mnie interesować mniej. A jednak po przeczytaniu reportaży Małgorzaty Rejmer jestem pewna, że moje życie po ich lekturze jest bogatsze.
Wstrząsająca książka o komunizmie w Albanii, pokazująca czasy, gdy NIKOMU nie można było ufać, włączając w to brata, żonę i dzieci. Historie bohaterów, którzy nie zostali złamani przez system, wyznaczają nowe granice dla pojęcia lojalności i przyzwoitości, granice, do których nikt z nas nie chciałby się nawet zbliżyć, żeby je przetestować. Złamane na zawsze życia tych, którym udało się przetrwać. Mało tu uśmiechu i nadziei. Ogromy podziw dla Autorki, za dotarcie do ofiar systemu, za rozmowy z nimi. Wielu bohaterów opowiedziało po raz pierwszy o swoich przeżyciach właśnie Małgorzacie Rejmer. Albania nigdy nie rozprawiła się ze swoją komunistyczną przeszłością. Nikt nie został ukarany. Sprawcy chodzą po ulicach i mijają się z ofiarami. Większość z nich nawet nie czuje się winna. 

"Wszystko się już kiedyś zdarzyło. Wszystko zostało już zapisane. Każdą historię, jaka nam się przydarza, można znaleźć w greckich mitach, u Szekspira, u Dostojewskiego; literatura różni się od życia tylko kilkoma błahymi szczegółami. 
Bashkim Shehu mówi, że parabole Kafki najlepiej objaśniają realia życia w Albanii. Są w nich trzy warstwy, które odnoszą się do kwestii wolności jednostki: stosunek do ojca, do państwa i do Boga. 
- Myślę, że czasem ojciec, państwo i Bóg mogą być tym samym. I że u Kafki równie ważna jak zniewolenie jest samotność głównego bohatera, rozpaczliwe próby znalezienia kogoś, kto mógłby odwrócić jego los, kto mógłby mu pomóc, kto dostrzegłby absurd systemu i wzniecił bunt. Ale czasem taki scenariusz po prostu nie jest możliwy. Jedyne, co zostaje, to przebłysk ludzkiej życzliwości, kilka wersów zakazanej książki, krótka chwila zrozumienia."

"Partia wybierała ci studia, partia osadzała cię w mieście lub na wsi, partia dawała błogosławieństwo narzeczonym, partia zrywała nieodpowiednie związki i pilnowała by nie doszło do mezaliansów. "Zły" musiał wybić sobie z głowy "dobrą". "Dobra" musiała zapomnieć o "złym" i wziąć "dobrego", którego podsunęła jej partia. 
Od rana do wieczora słyszałeś, że żyjesz w najlepszym z możliwych światów  że czuwa nad tobą dobry wujek i wódz. Wytycza granice twojego podwórka i nie pozwala ci się oddalać, bo mógłbyś się zgubić. Winny mu jesteś nieskończoną wdzięczność, bo on wie najlepiej, czego i ile potrzebujesz, i tyle właśnie ci da."

"System myśli za ciebie, mówi ci jak żyć, co sądzić, kogo kochać. Władza wypełnia ci każdą godzinę życia: wstać o szóstej, wyprawić dzieci do szkoły, pójść do fabryki... Reżim dyktuje rytm, tak by nie było nawet chwili na zastanowienie się: kim jesteśmy? Co robimy?
A teraz spróbuj powiedzieć na głos: "Nie podoba mi się, jak wygląda życie w Albanii." No, odważ się komus wyznać: "Nie takiego życia chcieliśmy". Spróbuj i czekaj, co się stanie, kto następnego dnia zapuka do twoich drzwi."

"Ludzie okazywali mi wielkie serce. Byli biedni, ale uczciwi, nie mieli wiele, ale wszystkim się dzielili. W gruncie rzeczy ludzie różnią się od siebie mniej niż sądzimy. W swojej esencji są tacy sami: próbują unikać zła i odpowiadają dobrem na dobro. Zawsze starałem się zbliżać do ludzi, licząc na to, że są z natury dobrzy. Jeśli system chce wydobyć z człowieka zło, bez kłopotu je znajdzie, ale jeśli człowiek chce wydobyć z człowieka dobro, to i dobra znajdzie się pod dostatkiem."

"Gdy ktoś z zagranicy pyta mnie o współczesną Albanię mówię: rok 1997, kiedy kraj stał a krawędzi wojny domowej, to było uderzenie w twarz. Ale czasy komunizmu to było, jakby ktoś gwałcił cię każdego dnia. Każdego dnia traciłaś poczucie bezpieczeństwa i godność. Jeśli urodziłaś się wśród zdeklasowanych, każdego dnia szykowałaś się na najgorsze."

"Taki był mój los: siedemnaście lat więzienia. Musiałem je zaakceptować i nadać im sens. To dotyczy każdego, nieważne, co nas spotyka: choroba czy więzienie, utrata czy klęska. W każdych okolicznościach powinniśmy nadawać znaczenie i sens swojemu losowi, wychodzić mu naprzeciw, konfrontować się z nim. Nie łamać się pod ciężarem losu."

"Niezależnie od ideologii, ludzie mają w sobie i miłosierdzie, i okrucieństwo. Nigdy nie można przewidzieć, która strona człowieka odsłoni się przed tobą." 

Polecam z całego serca!!!

Moja ocena: 6/6 

piątek, 9 listopada 2018

Maria Hawranek, Szymon Opryszek "Wyhoduj sobie wolność. Reportaże z Urugwaju"

Autorzy: Maria Hawranek, Szymon Opryszek
Tytuł: "Wyhoduj sobie wolność. Reportaże z Urugwaju"
Wydawnictwo Czarne, wrzesień 2018

O Urugwaju pojęcie miałam takie, że wskazałabym go na mapie i nic poza tym. Tymczasem bardzo ciekawe reportaże Marii Hawranek i Szymona Opryszka pokazują mały (około trzech milionów mieszkańców), ale niesamowity kraj, który zdecydowanie warto poznać.
Państwo, w którym wyróżnianie się jest w złym guście, prezydenci jeżdżą do pracy starymi, wysłużonymi samochodami, nie mają służby i pracują na farmach, a idealizm (np. w służbie publicznej) jest ciągle cenioną wartością, a nie naiwną postawą frajerów.
Reportaże przeczytać warto, bo stanowią dowód na to, że nie każda, wydawać by się mogło, z góry skazana na niepowodzenie sprawa, taka jest. Doskonały tekst o przegranym przez Philipsa Morrisa arbitrażu z państwem Urugwaj, pokazuje, że dziesiątki najlepszych prawników i  wielomilionowe fundusze na walkę prawną, nie zawsze przynoszą pożądane efekty. Gigant tytoniowy pozwał Urugwaj za ograniczanie im swobody rynkowej, czyli za wprowadzenie ogromnej wielkości obrazków o szkodliwości palenia na opakowaniach papierosów oraz za zakaz marketingowego różnicowania produktów kolorami (paski czerwone, niebieskie, złote etc.). Urugwaj się nie wystraszył i nie ugiął. W toczącej się wiele lat sprawie, władze przedstawiły raporty, badania i udowodniły, że koncern wiedział o szkodliwości palenia i oszukiwał społeczeństwo. W ostatniej już fazie Philips Morris chciał pójść na ugodę, ale władze pozwanego kraju się nie zgodziły. Gigantyczne odszkodowanie od koncernu zostało przeznaczone na podniesienie emerytur najuboższym.   
Reportaże pokazują też kraj, w którym władze potrafią spojrzeć na problem logicznym okiem, przeanalizować fakty i dane, wyciągnąć wnioski i zmienić zdanie. Tak było np. w przypadku legalizacji marihuany. Przyznam szczerze, że moje zdanie w tej kwestii też uległo zmianie po lekturze. I uważam, że marihuana powinna być tak jak papierosy i alkohol dozwolona, ale sprzedaż powinno kontrolować wyłącznie państwo (system licencji itd.). 
Urugwaj nie jest oczywscie rajem na Ziemi, błędów i obłędów jest również dostatecznie dużo.  Wielkie hurraaa dla przyjęcia uchodźców z Syrii z jednej strony było wspaniałym gestem społeczeństwa, a z drugiej pokazało, że nawet najlepsze intencje bez właściwej organizacji, zamienią się w swoją własną parodię. Podobnie z ideą rozdzielności kościoła od państwa, której Urugwaj jest chyba najbardziej zagorzałym zwolennikiem na swiecie. Tekst o wyrzuconej ze szkoły dyrektorce, za rzekome rozmawianie z uczniami o Bogu, dowodzi, że fanatyzm po każdej stronie jest głupi i niebezpieczny. 
Ale tak jak mówi tytuł: wolność się hoduje i Urugwaj jest tego przykładem.

Zachęcam do lektury!
Moja ocena: 5/6



czwartek, 1 listopada 2018

Olga Tokarczuk, Jennifer Croft w Brookline Booksmith

25 września 2018
Brookline Booksmith, Brookline, MA, USA
Olga Tokarczuk, Jennifer Croft 


Olga Tokarczuk odwiedziła księgarnię Brookline Booksmith przy okazji swojej wizyty w Stanach i promowania książki "Bieguni". Razem z tłumaczką Jennifer Croft wzięły udział w spotkaniu w ramach "Transnational Literature Series", czyli cyklicznego wydarzenia, skupiającego się na literaturze związanej z migracją, przemieszczaniem się, wygnaniem, ze specjalnym uwzględnieniem pracy tłumacza i jego wkładu w dzieło. Patronem serii jest magazyn internetowy Words without Borders. 
Czytałam "Biegunów" wiele lat temu, zaraz po tym jak się ukazali w Polsce, ale powiem szczerze, że dosyć mnie wtedy zmęczyli. Natomiast Międzynarodowa Nagroda Bookera dla książki w 2018 roku i spotkanie z Pisarką, zmotywowały mnie do ponownego po nią sięgnięcia. I mam wrażenie, że tym razem z większym zrozumieniem. Recenzji było już wiele... więc tutaj tylko kilka cytatów, które mnie poruszyły/zaintrygowały: 


"Każdy kto kiedykolwiek pisał powieść, wie, jakie to ciężkie zajęcie, to niewątpliwie jeden z najgorszych sposobów samozatrudnienia. Trzeba cały czas pozostawać w sobie, w jednoosobowej celi, w całkowitej samotności. To kontrolowana psychoza, paranoja z obsesją zaprzęgnięte do pracy, dlatego pozbawione piór, tiurniur i weneckich masek, z których je znamy, a przebrane raczej w rzeźnicze fartuchy i gumiaki, z nożem do patroszenia w ręku. Widzi się z tej pisarskiej piwnicy zaledwie nogi przechodniów, słyszy stuk obcasów. Czasami ktoś przystanie, żeby się schylić i rzucić do wnętrza okiem, można wtedy ujrzeć ludzką twarz i zamienić nawet kilka słów. W istocie jednak umysł zajęty jest swoją grą, którą toczy sam przed sobą w naszkicowanym pospiesznie panoptikum, rozstawiając figurki na prowizorycznej scenie - autor i bohater, narratorka i czytelniczka, ten, który opisuje."

"Kiedy wyruszam w podróż, znikam z map. Nikt nie wie, gdzie jestem. W punkcie, z którego wyszłam, czy w punkcie, do którego dążę? Czy istnieje jakieś "pomiędzy"? Czy jestem jak ten zagubiony dzień, gdy leci się na wschód, i odnaleziona noc, gdy na zachód? Czy obowiązuje mnie to samo prawo, z którego dumna jest fizyka kwantowa - że cząstka może istnieć równocześnie w dwóch miejscach? Czy inne, o którym jeszcze nie wiemy i którego nie udowodniono - że można podwójnie nie istnieć w jednym i tym samym miejscu?
Myślę, że takich ja jest wielu. Znikniętych, nieobecnych. Pojawiają się nagle w terminalach przylotów i zaczynają istnieć, gdy urzędnicy wbiją im do paszportu stempel albo gdy uprzejmy recepcjonista w jakimś hotelu wręczy im klucz. Zapewne odkryli już swoją niestałość i zależność od miejsc, pór dnia, od języka czy miasta i jego klimatu. Płynność, mobilność, iluzoryczność - to właśnie znaczy być cywilizowanym. Barbarzyńcy nie podróżują, oni po prostu idą do celu albo dokonują najazdów."

"Wielu ludzi wierzy, że istnieje na układzie współrzędnych świata punkt doskonały, gdzie czas i miejsce dochodzą do porozumienia. Może to nawet dlatego wyruszają z domu, sądzą, że poruszając się choćby chaotycznie, zwiększają prawdopodobieństwo trafienia do takiego punktu. Znaleźć się w odpowiednim momencie i w odpowiednim miejscu, wykorzystać okazję, chwycić chwilę za grzywkę, wtedy szyfr zamka zostanie złamany, kombinacja cyfr do wygranej - odkryta, prawda - odsłonięta. Nie przegapić, surfować po przypadku, zbiegu okoliczności, zrządzeniach losu. Nic nie potrzeba - wystarczy tylko się stawić, zameldować w tej jednej konfiguracji czasu i miejsca. Można tam spotkać wielką miłość, szczęście, wygraną w tot-lotka albo wyjaśnienie tajemnicy, nad którą wszyscy biedzą się daremnie od lat, lub śmierć."

"Istnieją kraje, w których ludzie mówią po angielsku. Ale nie mówią tak jak my, którzy mamy własny język ukryty w bagażach podręcznych, w kosmetyczkach, angielskiego zaś używamy tylko w podróży, w obcych krajach i do obcych ludzi. Trudno to sobie wyobrazić, ale angielski jest ich językiem prawdziwym! Często jedynym. Nie mają do czego wracać ani zwrócić się w chwilach zwątpienia. 
Jakże muszą się czuć zagubieni w świecie, gdzie każda instrukcja, każde słowo najgłupszej piosenki, menu w restauracjach, najbłahsza korespondencja handlowa, przyciski w windzie są w ich prywatnym języku, Mówiąc, mogą być w każdej chwili zrozumiani przez każdego, a ich zapiski trzeba chyba specjalnie szyfrować. Gdziekolwiek się znajdą, wszyscy mają do nich nieograniczony dostęp, wszyscy i wszystko. 
Są już projekty, słyszałam, żeby wziąć ich pod ochronę, a może nawet przyznać im jakiś jedyny mały język, z tych wymarłych, których nikt już nie potrzebuje, żeby mogli mieć coś dla siebie, własnego."

Postanowienie/wyzwanie po spotkaniu z Olgą Tokarczuk??? "Księgi Jakubowe" chociaż zarzekałam się, że nie podejmę wyzwania 😊

Polecam... ogólnie... spotkania z pisarzami!!!




środa, 24 października 2018

Sobotni październikowy wieczór z ulubioną Pisarką

20 października 2018
First Baptist Church Newton Centre, MA, USA
Elizabeth Strout w rozmowie z Andre Dubus III


Przyznam szczerze, że zawszę drżę przed spotkaniami na żywo z pisarzami. Boję się, że się rozczaruję, że okaże się, że człowiek, którego prace lubię i podziwiam, będzie po prostu zwykłym bucem albo zmanierowaną gwiazdą. 


Spędzić sobotni wieczór na spotkaniu z ulubioną Pisarką to naprawdę cudne. Ale przekonać się oprócz tego, że jest ona ciepłą, miłą kobietą z ogromnym poczuciem humoru, to już w ogóle pełnia szczęścia. Elizabeth Strout spotkała się z Andre Dubus III przy okazji ukazania się jego nowej książki "Gone so long". Czytam aktualnie i za jakiś czas pewnie pojawi się tutaj krótka notka. 

Autorka pochodzi z Maine, obecnie mieszka w Nowym Jorku a jej rozmówca urodzony w Kalifornii, wychowywał się w Massachusetts i New Hempshire, aktualnie mieszka w Massachusetts na północ od Bostonu. Poznali się wiele lat temu, gdy razem pojechali w trasę promującą ich książki tzw. book tour - niezbędne w Stanach narzędzie marketingowe, przeważnie odbywające się w morderczym tempie i straszliwie wyczerpujące dla Autorów. Myślę sobie, że to jest niezwykła sztuka, wychodzić do czytelników, umieć z nimi nawiązywać kontakt, nie być zblazowanym i nie rzucać fochem pt: "znowu to debilne/takie samo pytanie". Wiadomo, że dla większości uczestników na sali, to pierwsze spotkanie z Autorem, podczas gdy pisarze mają takich spotkań na pęczki. Zaprezentować na takim wydarzeniu pełnię zainteresowania, szacunek dla tych którzy przyszli, powtarzać te same historyjki, wątki, anegdoty jakby się je opowiadało po raz pierwszy, to na pewno nie lada wyzwanie. Obojgu uczestnikom udało się wyśmienicie. Elizabeth Strout wspominała, że jednym z pierwszych pytań jakie usłyszała jako początkująca pisarka było: "dlaczego ty piszesz o takich zwykłych ludziach?". Była trochę zaszokowana, ale odpowiedziała: "bo ja po prostu jestem zwykła". I to jest to, co w jej prozie mnie ujmuje najbardziej: niewydumane postacie, przeciętni mieszkańcy Maine, New Hempshire i Massachusetts z ich radościami i smutkami codziennego dnia. Autorka w tej zwyczajności porusza też ogromnie ciężkie tematy, nie oszczędza swoich bohaterów, ale jak powiedziała, stara się nie dobić czytelnika, dba o to, żeby pojawiło się światło nadziei. To zawsze udaje się jej się znakomicie i nie jest to amerykański "happy end" pt.: "wszyscy żyli długo i szczęśliwie chociaż nie było przesłanek ku temu" tylko blady, z trudem przebijający się promyk czegoś lepszego, ale promyk autentyczny. Oboje Autorzy mówili też, że bardzo ważne jest miejsce akcji. Trzeba je znać, widzieć i czuć. Bez tego nic się nie uda. I to jest prawda. Mieszkam w Nowej Anglii, znam sporo miejsc, o których Autorka pisze i naprawdę wiem, że kierowcy w Massachusetts są tragiczni i nigdy nie włączają kierunkowskazów 😏. Takie lokalne, drobne smaczki bardzo wpływają na autentyczność powieści. 
W"Gone so long" bohater postanawia spotkać się z córką - pisarką, której nie widział ponad 40 lat. Podobne są również losy Lucy z powieści "Mam na imię Lucy". Bohaterka - pisarka wraca do rodzinnego domu odwiedzić brata po wielu latach nieobecności. Właśnie te fragmenty ze swoich powieści Autorzy czytali na sobotnim spotkaniu. Powody tego wieloletniego odcięcia od rodziny w obu utworach są dramatyczne. Obydwie bohaterki są również pisarkami i poprzez literaturę starają się zmierzyć z przeszłością. 
Na koniec spotkania padło pytanie o ulubionych pisarzy. Elizabeth Strout powiedziała, że jej olśnieniem, inspiracją i największym wzorem formy jest Alice Munro. Czy mogę jej nie uwielbiać bardziej po tym sobotnim październikowym wieczorze? Dodam, że Alice Munro darzę miłością absolutną od bardzo, bardzo dawna, od zamierzchłych czasów, gdy nie było to jeszcze modne 😏.

Polecam... ogólnie... spotkania z pisarzami! 

piątek, 5 października 2018

Elizabeth Strout "Trwaj przy mnie"


Autorka: Elizabeth Strout
Tytuł: "Trwaj przy mnie"
Wydawnictwo Wielka Litera, wrzesień 2018

Jeden z drugoplanowych bohaterów powieści - wypowiada takie słowa: "Prawdę powiedziawszy, obstawałbym przy tym, że nikt z nas nie posiada środka ciężkości. Powiedziałbym raczej, że w każdej minucie życia jesteśmy ciągnięci i popychani przez sprzeczne siły i że trzymamy się najlepiej, jak umiemy."

Czyż to nie jest jedna z największych, a jednocześnie najprostszych prawd naszego życia?!

W "Trwaj przy mnie" Elizbateh Strout zabiera nas do małej mieściny West Annet w Maine, w Nowej Anglii. Tam zaraz po studiach przyjeżdża objąć parafię młody pastor Tom Caskey wraz ze swoją żoną. Szybko zaczyna się świetnie dogadywać z mieszkańcami, wygłasza porywające i pasjonujące kazania, a wierni go uwielbiają. Jego młoda żona, modna i "światowa" kobieta nie za bardzo dogaduje się z miejscową społecznością: nie bierze udziału w zebraniach żadnych lokalnych klubów i towarzystw, nie chce prowadzić kółka modlitewnego. Ale życie biegnie swoim torem, wkrótce na świat przychodzą dwie córki i wszystko toczy się gładko do momentu, gdy pastorowa dzwoni na plebanię z informacją, że nie wie, gdzie jest. To początek choroby, której nazwy się wtedy nie wypowiadało. Niebawem Tom Caskey zostaje sam z córkami. Załamanie i nawarstwiające się problemy, powodują, że przestaje spełniać oczekiwania społeczności. A ponieważ wydaje się złośliwy i niemiły, mieszkańcy w obliczu wszechogarniającej nudy, paskudnie długich zim i ciągłego mroku, zaczynają wymyślać niestworzone rzeczy na jego temat. Tutaj oczywiście mistrzostwo Autorki osiąga wyżyny: warstwa po warstwie zdziera z prawych obywateli ich maski.
Ale dla mnie "Trwaj przy mnie" to przede wszystkim opowieść o prawdziwym, szczerym spotkaniu z drugim człowiekiem, które jest możliwe tylko wtedy, gdy się otworzymy, gdy nie będziemy udawać kogoś, kim nie jesteśmy, gdy również od innych nie będziemy wymagać udawania i póz. I to jest bardzo trudne. Bo zawsze łatwiej stylizować się na bohatera, niż stanąć odartym ze wszystkiego i przyznać, że się sięgnęło dna (czymkolwiek to dno jest). 
To jest chyba ostatnia z książek Elizabeth Strout przetłumaczona na polski (aczkolwiek druga w jej karierze), więc przeczytałam ją po prostu dlatego, że uwielbiam tę Autorkę. Po lekturze przejrzałam też pobieżnie recenzje i zaszokowało mnie to, że spora część czytelników uważa, że powieść jest nudna, wlecze się przez 300 stron i nic się nie dzieje. Dla mnie tam dzieje się wszystko. Codzienna nuda West Annet aż buzuje skrywanymi emocjami, poszukiwaniem sensacji (na miarę West Annet oczywiście), niespełnionymi oczekiwaniami i uniwersalną dla wszystkich potrzebą miłości i zrozumienia. Fantastyczna!

Gorąco polecam!
Obiektywna nie jestem, bo uwielbiam Elizabeth Strout 😏

Moja ocena: 6/6