poniedziałek, 18 czerwca 2018

Karolina Bednarz "Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet"

Autorka: Karolina Bednarz
Tytuł: "Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet"
Wydawnictwo Czarne, kwiecień 2018

Zbieram się do napisania czegoś i zbieram, ale już nic z tego chyba nie wyjdzie. Więc krótko: reportaże Karoliny Bednarz są po prostu świetne i konieczne do przeczytania, dla każdego kto interesuje się Japonią.  Jeżeli miarą nowoczesnego społeczeństwa jest min. sytuacja kobiet, to Japonia wciąż jest na "szarym końcu nowoczesności". Zaskakujące, momentami nawet wstrząsające i bardzo osobiste historie Japonek, uzupełnione przez Autorkę o zarys historyczny i kulturowy.
Gorąco polecam! A więcej o książce TUTAJ.
Moja ocena: 6/6




czwartek, 14 czerwca 2018

Elisabeth Åsbrink "Świat zaczyna się teraz"

Autorka: Elisabeth Åsbrink
Tytuł: "Świat zaczyna się teraz"
Wydawnictwo Poznańskie, październik 2011 


Bez recenzji- tylko kilka słów:

W roku 1947 jeszcze wszyscy bardzo dobrze pamiętają wojnę, więc hasło - "nigdy więcej" jest na ustach większości ludzi. Rodzi się nowy, powojenny porządek Świata. Pierwszy raz słowo "ludobójstwo" zostaje wprowadzone do debaty publicznej, powstaje Powszechna Deklaracja Praw Człowieka, a jednocześnie pojawiają się nowe problemy np. kwestia Palestyny, zaczynają działać "wizjonerzy czasu islamu na Świecie". Byli faszyści bardzo sprawnie organizują się w międzynarodowe siatki, zajmujące się udzielaniem wzajemnej pomocy i unikaniem odpowiedzialności za zbrodnie wojenne. Autorka próbuje przybliżyć nam ten rok, składając go z różnych gatunkowo wydarzeń, mających wtedy miejsce. Jest więc też nowa kolekcja Diora, romans i gorące listy Simone de Beauvoir i historia prywatna Elisabeth Åsbrink. 

Moja ocena: 4/6

środa, 6 czerwca 2018

Julian Barnes "Jedyna historia"

Autor: Julian Barnes 
Tytuł: "Jedyna historia"
Świat książki, maj 2018

Lubię przytaczać w recenzjach cytaty z książek. W końcu nie pretenduję do tego, że umiem nazwać rzeczy lepiej niż autorzy. 😊 W przypadku "Jedynej historii" mam jednak ogromny problem: bo jak przytoczyć całą książkę? Taki właśnie dylemat powstaje, kiedy każde zdanie to niewymagające dalszego komentarza trafienie w sedno i najcelniejsza puenta. Lubimy wierzyć w to, że historia, która nam się przytrafia, emocje, których doznajemy, zdarzenia, których jesteśmy uczestnikami, są absolutnie wyjątkowe, niepowtarzalne, a cała reszta ludzkości nie ma o nich bladego pojęcia. Cóż... było by wspaniale, gdyby nie to, że tak nie jest. W całej swojej niepowtarzalności jednostki, powielamy jednak, czy tego chcemy, czy nie, znane już wcześniej, żeby nie powiedzieć "wyświechtane", schematy. Co nie wydaje mi się czymś szczególnie złym. Bo jeśli akurat mamy teraz na tapecie odtwarzanie złego refrenu, to zawsze jest przecież nadzieja, że pewnego dnia wpadniemy w koleiny dobrych, już wcześniej "przerobionych" przez innych schematów. Autor za to mówi nam, że każdy ma w swoim życiu tylko jedną najważniejszą historię miłości. 
"Każdy ma swoją historię miłości. Każdy. Taka historia mogła zakończyć się fiaskiem, uczucie mogło wygasnąć, mogło nawet nigdy do niczego nie dojść, wszystko mogło rozgrywać się w wyobraźni, ale to nie czyni jej mniej prawdziwą. Czasami nawet bardziej. Czasem widzi się parę, która wydaje się do głębi sobą znudzona i nie sposób wyobrazić sobie, by coś ich jeszcze łączyło ani dlaczego nadal są razem. Ale to nie tylko przyzwyczajenie, wygoda, przywiązanie do konwenansów czy coś podobnego. Są razem, bo kiedyś przeżyli swoją historię miłości. Wszyscy ją przeżywają. To jedyna historia." 
Powieść Juliana Barnesa rozgrywa się na przedmieściach Londynu w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Paul, dziewiętnastolatek za namową matki zapisuje do klubu tenisowego, gdzie poznaje czterdziestoośmioletnią Susan - mężatkę, matkę dwóch dorosłych córek. Bardzo szybko nawiązują ze sobą romans, są w sobie szaleńczo zakochani, a Paul stawia sobie za cel wyzwolenie ukochanej od okropnego męża i podarowanie jej cudownego życia. 
Ten krótki opis brzmi jak banał, ale powieść nie jest banalna. Uniwersalizm rozważań Autora, pokazanie schematów, którym podlegamy, czyni tę prozę wybitną. Historia rozwija się powoli, emocje narastają, dowiadujemy się, że Paul obdarza swoją absolutną, wielką miłością alkoholiczkę. "Jesteś za młody, by rozumieć, że wszystkie ludzkie zachowania wpisują się w pewne schematy i kategorie i że jej - wasz - przypadek wcale nie jest jedyny. Chcesz, żeby ona była jakimś wyjątkiem, a nie jakąkolwiek regułą. Gdyby ktoś w rozmowie z Tobą spróbował użyć takiego słowa jak współuzależnienie - o ile ten termin już wtedy istniał - wyśmiałbyś je jako amerykański żargon." 
"Każdy etap niezauważenie przechodzi w kolejny. A teraz przychodzi etap paradoksu, który początkowo trudno ci pojąć. Jeśli ją kochasz, a kochasz niezachwianie, i jeśli to, że ją kochasz, oznacza, że ją rozumiesz, to musisz też rozumieć, dlaczego pije. Przebiegasz w myślach całą jej pre-historię, historię najnowszą, i obecną sytuację, i prawdopodobnie przyszłość. Rozumiesz to wszystko i zanim się zorientujesz, okazuje się, że jakimś sposobem przeszedłeś od całkowitego wyparcia jej alkoholizmu do całkowitego zrozumienia jego przyczyn." A potem jest już tylko czas na to, żeby uratował się ratujący...

Nie cierpię przegadania w książkach. Jedna "przekombinowana" metafora jest mi w stanie zepsuć wrażenia z lektury całej powieści. Ale "Jedyna historia" to balsam dla mojej czytelniczej duszy. Krótko, na temat i w punkt. 
Po "Zgiełku czasu" i "Jedynej historii" zastanawiam się czy Julian Barnes już gdzieś się kręci w kręgach kandydatów, oczekujących na Nobla... 

Polecam!
Moja ocena: 6/6

środa, 30 maja 2018

Vigdis Hjorth "Spadek"

Autorka: Vigdis Hjorth 
Tytuł: "Spadek"
Wydawnictwo Literackie, maj 2018

Doskonała powieść, która udowadnia kilka powszechnych prawd: że zamiatanie przykrych i bolesnych spraw pod dywan nikomu nie służy, że wyruszając na wojnę z rodziną i z jej zaprzeczeniami oraz wypieraniem rzeczywistości, skazujesz się na bolesną konfrontację i wykluczenie z tejże rodziny. Co przeważnie i tak na dobre wychodzi dla zdrowia psychicznego zainteresowanego. 
Bohaterka powieści Bergljot dowiaduje się od starszego brata, że rodzice sporządzili testament, w którym określili, jak ma zostać podzielony ich majątek między czwórkę rodzeństwa. Intencją było, aby potomstwo zostało potraktowane sprawiedliwie. Ale jak słusznie w jednym z listów pisze brat: jeżeli rodzice rzeczywiście chcą obdzielić swoje dzieci po równo, to nie muszą sporządzać testamentu, bo o sprawiedliwość dziedziczenia troszczy się doskonale prawo spadkowe. Tymczasem okazuje się, że rodzice zapisują mniej więcej każdemu tyle samo, poza dwoma domkami letniskowymi na Hvaler, które mają przypaść dwóm najmłodszym siostrom. Gdy Bergljot i najstarszy brat zaczynają drążyć temat, dodatkowo wychodzi na jaw, że ustalona wartość rynkowa nieruchomości jest mocno zaniżona. Wybucha rodzinne piekło, eksplodują emocje, wywlekane są na wierzch uczucia i wyparcia, a z każdą stroną wszystko się zapętla. W międzyczasie umiera ojciec. Stopniowo dochodzimy do tego, jak to się stało, że dwójka dzieci na długie lata straciła kontakt z resztą rodziny, odkrywamy historię dzieciństwa Bergljot. A jednocześnie pojawiają się pytania o to, co matka mogła zrobić, aby pewnym wydarzeniom zapobiec albo już po fakcie "naprawić szkodę". Świetnie nakreśleni są bohaterowie i ich postawy. Czasami okazuje się, że najgorsze są osoby prezentujące zachowania w stylu: "świat jest piękny, kochajmy się wszyscy, będzie dobrze". No i okazuje się, że nie będzie, bo po prostu nie zawsze można być przyjacielem wszystkich. W zdecydowanej większości przypadków, jeżeli się myśli i ma własne zdanie, trzeba się po prostu po którejś ze stron opowiedzieć. Dlatego szacunek bohaterki zdobywa siostra, która otwarcie mówi, że nie wierzy w jej historię i jest w tym autentyczna i konsekwentna: nie dąży do utrzymywania kontaktów, nie wymienia kurtuazyjnych maili, nie udaje, że się przejmuje pominięciem starszej siostry przy podziale domków. 
Zapętlona historia rodzinna, wyraziste postacie, dużo psychologii... czyli wszystko co lubię najbardziej.

Polecam!

Moja ocena: 5/6 

piątek, 11 maja 2018

J.D Vance "Elegia dla bidoków"

Autor: J.D Vance
Tytuł: "Elegia dla bidoków"
Wydawnictwo Marginesy, luty 2018 

Kiedy kończę książkę i wiem już "who is who and why" (jak mawiała jedna z moich "kultowych" szefowych), lubię sobie poczytać, co sądzą o niej inni np. moi ulubieni blogerzy. W przypadku "Elegii dla bidoków" okazuje się, że większość z nich już to wszystko o Ameryce wie, takie rodziny, jak przedstawione w książce, to standard, bieda pasa rdzy jest niemal legendarna, a wydostanie się z fatalnych warunków dorastania, z patologicznego środowiska i opowiedzenie o tym, nie jest niczym odkrywczym, żeby nie powiedzieć, że nawet wstecznym. Hmmmm.... 
Wydawca zachęca do książki, obiecując, że pomoże ona zrozumieć fenomen Trumpa. Ten akurat opis uważam, że nietrafiony. Jeżeli istnieje cokolwiek, co jest w stanie wyjaśnić sukces tego tweetowego pajaca w walce o fotel prezydenta najpotężniejszego mocarstwa na świecie, z pewnością nie objawia się to w "Elegii dla bidoków". 
Dla mnie to książka bardzo ciekawa z innych powodów. Pewnie, że to już było... nie pierwszy J.D. Vance wyrwał się z biedy, beznadziei i o tym napisał. Ale takie historie, nawet za milion pierwszym razem są odkrywcze, bo dotyczą jednostki, jej indywidualnej walki, jej zmagań, jej przypadków. W wielkim skrócie: Autor pochodzi z bardzo biednej rodziny z Kentucky, jego babcia przeprowadziła się potem do Middletown w Ohio, gdzie dorastał. Na porządku dziennym był alkohol, przemoc, narkotyki i coraz to nowi kochankowie matki. Autorowi dzięki opiece dziadków udało się skończyć szkołę, potem w końcu prawo na Yale i rozpocząć pracę w prestiżowej firmie prawniczej, żyć dobrze i dostatnio. Niby banał. Ale jednak większości ludzi się to nie udaje, pozostają na zawsze taką patologią, w jakiej wyrośli. J.D. Vance wielokrotnie podkreśla, że oczywiście ogromnie dużo zawdzięcza swojej pracy, ale jeszcze więcej babci i dziadkowi, którzy czuwali nad nim, gdy matka zmieniała kolejnych facetów, gdy w domu były awantury, gdy nie było co jeść. I przede wszystkim zmuszali go do nauki, a szorstka i bezwzględna babka izolowała od najgorszego towarzystwa i nałogów. 
Dla mnie "Elegia dla bidoków" to przede wszystkim opowieść o tym, że rodzina i zaplecze są wszystkim. Co z tego, że dzieci mogą chodzić do szkoły, mogą dostać stypendium i skończyć najlepsze studia, jak od najbliższych słyszą przekaz, że to wszystko jest bez sensu. Sukcesem młodego człowieka jest już to, jeżeli uda mu się dostrzec, że może żyć inaczej. Jeśli nie uwierzy w narrację pijanych rodziców pt.: dziadek klepał biedę, ja klepię biedę, z tobą będzie tak samo, jeśli tylko nie da sobie tego wmówić i zakiełkuje gdzieś w nim marzenie o lepszym życiu, to już jest w połowie wygrany. I wbrew pozorom to właśnie to jest najtrudniejsze: zobaczyć światełko w tunelu, zobaczyć, że można żyć lepiej. Dlatego tak złe jest gromadzenie wszystkich problematycznych członków społeczeństwa w budowanych specjalnie dla nich mieszkaniach socjalnych. Dzieci chodzą wtedy do szkoły w miejscu zamieszkania, spotykają się z rówieśnikami, pochodzącymi z podobnych rodzin, żyjących z zasiłków i nie mają innych wzorców. Do czego mają dążyć, skoro i tak wszystko jest bez sensu według mamy i taty.
Moi ulubieni blogerzy dziwią się, że książka była takim hitem w Stanach. Ja się akurat nie dziwię. Marek Wałkuski napisał kiedyś, że Ameryka segreguje się sama. I tak właśnie jest. Ci, którzy zarabiają powyżej 100000$ rocznie mieszkają w ładnych, zadbanych domach, posyłają dzieci do dobrych szkół i nie za bardzo nie mają pojęcia o swoich rodakach w innych stanach, albo nawet kilka mil dalej, którzy z 20000$ dolarów rocznie na rodzinę są biedkami w najbogatszym kraju świata. Obstawiam, że to wśród tych pierwszych książka cieszyła się popularnością, bo pozwoliła się im wychylić z ich własnej bańki. Ci drudzy pewnie wszystko znają z doświadczenia, więc czytanie jest zbędne, poza tym nie mają 20 zbędnych $, żeby tę kupić książkę.

Polecam!

Moja ocena: 6/6 



czwartek, 19 kwietnia 2018

Joanna Czeczott "Petersburg Miasto snu"

Autor: Joanna Czeczott 
Tytuł: "Petersburg Miasto snu"
Wydawnictwo Czarne, lipiec 2017

I dalej Wschód. Rosja, Moskwa i Petersburg, to jedne z najstarszych destynacji na liście moich marzeń. Ale biorąc pod uwagę stopień prawdopodobieństwa, że się tam wybiorę, również jedne z najbardziej odległych. Dużo by mówić... ehhhh... 
"Miasto snu" czyli metropolia powstała wbrew prawom logiki, regularnie zalewana przez wody Newy, wpychane do Petersburga przez tworzącą się na Bałtyku falę, która "kończy swój bieg" w Zatoce Fińskiej, a potem potężna i silna wlewa się w miasto, metropolia kilkakrotnie bliska wyludnienia i upadku, a jednak zawsze podnosząca się z dna, metropolia, arystokratów, towarzyszy, bandziorów, artystów, społeczności LGBT i oczywiście rosyjskiego stanu umysłu. 

Joanna Czeczott swoimi trzynastoma reportażami zabiera nas w niezwykle pasjonującą podróż po mieście i jego klimatach. Przeczytamy tutaj o:
  • Wodach, rdzennej ludności okolic Petersburga, która próbuje zachować swoją tożsamość wbrew rosyjskim władzom. 
  • Walce miasta z Newą i powodziami i o ogromnej tamie na rzece, która ma Petersburg ochronić. 
  • Wojnach Piotra I i jego fascynacji Zachodem i odbiciu tego w budowie miasta. 
  • Pozostałych jeszcze w Petersburgu nielicznych prawdziwych arystokratach, którzy nie wyjechali, albo nie zostali zgładzeni przez jedyny słuszny ustrój komunistyczny. 
  • Współczesnych socjalistach i komunistach w Petersburgu. 
  • Czystkach urządzonych przez komunistów. 
  • Blokadzie miasta w latach 40-tych - blokadzie, która trwała 872 dni. Dla mnie to najbardziej wstrząsający reportaż w tej książce. "Do początku wojny żyły w Leningradzie 3 miliony ludzi. 100 tysięcy powołano na front w pierwszych dniach wojny. 448700 ewakuowano przed blokadą. 2,5 miliona żyło w mieście przed blokadą. 557700 osób było w Leningradzie w styczniu 1944 roku [...]. Ponad milion osób umarło w mieście z głodu."
"Gdy zbliża się śmierć głodowa, nie masz siły wstać. Bywały takie dni, gdy już nie mogłam podnieść się z łóżka. Mama wtedy nie pozwalała leżeć. [...]
Nie pozwalała. Jak raz zostaniesz w łóżku, to już nie wstaniesz."
  • Teatrze, wystawiającym swoje przedstawienia nietypowych miejscach np. gułagu. 
  • Matkach odwiedzających synów w więzieniach, bo nigdzie nie jest łatwiej trafić za kratki niż w Rosji. Tutaj też spotyka się to ze społecznym zrozumieniem.
  • Handlarzach-marzycielach sprzedających w metrze najróżniejsze towary, żeby zdobyć pieniądze na zaplanowany projekt. "Więzienie i torba żebracza mogą przypaść w udziale każdemu - głosi rosyjskie przysłowie."
  • Bananowym biznesmenie, który kupił sobie teatr i wystąpił w głównej roli w balecie, bo miał taką fantazję. A jednocześnie o historii rosyjskiego baletu klasycznego i jego światowym, niepodrabialnym fenomenie. (Uwielbiam oglądać balet, chociaż nie jestem jego jego znawczynią. Natomiast jak się raz zobaczy kunszt rosyjskiego zespołu np. Moscow City Ballet, to naprawdę niewiele może się temu równać). 
  • Gejach i lesbijkach przenoszących się do Petersburga, jako miasta, które mimo wszystko jest trochę bardziej łaskawe dla ich stylu życia niż rosyjska prowincja. 
  • Rosyjskim roczniku 1980 - dzieciach z tych bardzo bogatych rodzin, które na 18 urodziny dostają centrum handlowe, ale także o ludziach z prostych rodzin, którym partia oferuje stanowiska i pieniądze, w zamian żądając lojalności. Ten ostatni reportaż można przeczytać w Dużym Formacie


Pasjonująca lektura!

Polecam!

Moja ocena: 6/6

piątek, 13 kwietnia 2018

Jarosław Kamiński "Tylko Lola", Julian Barnes "Zgiełk czasu"

Autor: Jarosław Kamiński
Tytuł: "Tylko Lola"
Wydawnictwo W.A.B kwiecień 2017 

Dwie książki o systemie i o jednostkach wobec niego postawionych, dwie na które w ogóle nie miałam ochoty. 
No po prostu nie i już. Wierzę w to, że czasami to lektura wybiera człowieka w najlepszym dla niej momencie, ale dlaczego mnie w ciągu krótkiego czasu trzy razy (uwzględniając "Dżentelmena w Moskwie" ) dopadają towarzysze i jedyne słuszne idee, to nie mam pojęcia.



Autor: Julian Barnes
Tytuł: "Zgiełk czasu"
Świat książki, październik 2017

 "Zgiełk czasu" był najlepszą książką 2017 roku na według Magazynu Książki, a "Tylko Lola" królowała na listach kilku blogerów, których bardzo cenię. Poczułam więc, że są to dla mnie lektury obowiązkowe. Obydwie książki są wybitne i gorąco je polecam, co nie zmienia faktu, że wolałabym czytać o angielskiej arystokracji i jej gierkach towarzyskich, niż o podłych, szarych i smętnych czasach komunizmu, w których miernoty moralne zdobywają władzę i miażdżą jednostki według niejasnych reguł systemu i zmieniających się humorów mężów stanu. 
"Tylko Lola" to pamiętnikowe, przeplatające się ze sobą opowieści dwóch kobiet, które los złączył osobą tytułowej Loli. Lidia Kowal, prosta, niewykształcona komunistyczna działaczka, w małym stopniu z rzeczywistego wyboru, bardziej z konsekwencji, że "tak wyszło po prostu" spisuje swoje wspomnienia będąc w szpitalu psychiatrycznym. Jej relacje są krótkie, rwane, chaotyczne, w większości bez interpunkcji - czyta się to straszliwie. Dawno temu łączyło ją z Lolą wyjątkowe uczucie, a wyobrażenie i pamięć tej kobiety, często kieruje jej działaniami do dzisiaj. Wydarzenia z lat 60- tych w Polsce, tuż przed marcem 68 roku poznajemy też z opowieści Niny, Polki żydowskiego pochodzenia, bratanicy Loli, która bardzo długo chciała wierzyć, że Polska to jej jedyna ojczyzna i nie widziała powodu, dla którego miałaby sobie szukać miejsca gdzieś indziej. Nina rozpoczyna błyskotliwą karierę w TV, jej bezpośrednią szefową jest Lidia. A tam propaganda, układy, teczki i haki na każdego, czyli podły czas komunizmu i zbliżających się czystek. Kobiety postawione przed wyborem jak się zachować, komu pozostać lojalnym i czy to w ogóle jest możliwe. 

"Zgiełk czasu" to uniwersalna proza o wybitnej jednostce przeciwstawionej reżimowi. Opowieść o twórcy, który chciałby być po prostu zostawiony samemu sobie, tymczasem władza ma wręcz przeciwne plany. Julian Barnes spisał losy wybitnego kompozytora rosyjskiego Dmitrija Szostakowicza, który nigdy nie wybrał emigracji, spędził życie w Związku Radzieckim w nieustannym oczekiwaniu śmierci i prześladowań, zmagając się z kolejnymi pomysłami towarzyszy i propagandowej maszyny władzy. Jego decyzje, wybory, postawa wobec reżimu są trudne do oceny i bardzo niejednoznaczne. Autor właśnie te kontrowersyjne relacje z komunistycznymi władzami uczynił esencją tej fikcyjnej autobiografii. Opowieść o twórczości, o niemożności ucieczki od rzeczywistości, miażdżeniu i upadku człowieka, czyli podły czas Związku Radzieckiego. 

Polecam!

Moja ocena: 5.5/6






piątek, 6 kwietnia 2018

Anna Cieplak "Ma być czysto"

Autor: Anna Cieplak
Tytuł: "Ma być czysto" 
Wydawnictwo Krytyka Polityczna, październik 2016

O nastolatkach.. czyli jeden z najbardziej odstraszających mnie opisów książki. Ale ponieważ warto być na bieżąco z głosem nowego literackiego pokolenia, to za sprawą Anny Cieplak, trochę bardziej jestem. Już wcześniej pisałam tutaj, że Autorka jest bardzo dojrzała i koniecznie muszę zapoznać się z jej prozą. "Ma być czysto" nie zawodzi. Uważam też, że byłaby to świetna lektura dla uczniów szkół średnich, dająca duże możliwości dyskusji o tym, co nastolatki najbardziej interesuje, czyli o ich własnych problemach, rozterkach, emocjach. 
Bohaterkami są Julia i Oliwia. Julia pochodzi z tzw. dobrego domu, w którym je się śniadania i jest to w miarę normalne wydarzenie. Rodzice się o nią troszczą, interesują jej życiem, wiedzą co robi i starają się być dla niej wsparciem, mimo, że są rozwiedzeni. Oliwia to jej dokładne przeciwieństwo: mieszkająca w zapyziałych blokach w gorszej dzielnicy, często nie ma w domu nic do jedzenia, jej matka na stałe żyje i pracuje w Niemczech, a Oliwia mieszka z ojczymem i zajmuje się młodszym rodzeństwem. Kontroluje ją kurator i opieka społeczna. Światy obu dziewczyn wydają się zupełnie do siebie nieprzystające, a jednak nastolatki zaprzyjaźniają się. Wydarzenia, które razem przeżywają poznajemy też z opowieści Magdy - macochy Julki, dużo młodszej od ojca swojej pasierbicy. Kobieta interesuje się losem Oliwki i stara się nastolatce pomóc. To też jest zderzenie światów - Magda odwiedza ojczyma Oliwki i przedstawia możliwości działania, aby nie dopuścić do umieszczenia dziewczyny w ośrodku wychowawczym, ale to trafia na obojętność, niezrozumienie, kompletną niezdolność do podjęcia akcji. Reakcje Julki na dom i życie Oliwki pokazują w jakiej "bańce dobrej rodziny" żyje. Pewne rzeczy, które dla niej są oczywiste jak słońce na niebie, dla Oliwki stanowią ekstrawaganckie wymysły. "System" rzadko widzi w Oliwce po prostu nastolatkę z problemami, potrzebującą odrobiny uwagi i empatii. Jest jakimś bliżej niekreślonym przypadkiem, poddawanym obowiązującym procedurom dla nieletnich z "nieczystą kartoteką". Jak nierówno obie dziewczyny są traktowane widać, gdy wpadają z kolegami na kradzieży w sklepie. Julka wychodzi z tego praktycznie bez szwanku, Oliwce grozi ośrodek wychowawczy. Świetnie przedstawiona jest też w książce kwestia indywidualnych możliwości każdej z dziewczyn. Według prawa są absolutnie równe, jednakże środowisko z którego pochodzą oraz zaplecze w postaci świadomości, wykształcenia, poziomu życia każdej z rodzin, plasują je na dwóch totalnie przeciwstawnych poziomach startu w dorosłość. 

Polecam recenzję z bloga Krytycznym Okiem. 

Moja ocena: 5/6




środa, 28 marca 2018

Liane Moriarty " Wielkie kłamstewka"


Autor: Liane Moriarty 
Tytuł: "Wielkie kłamstewka" 
Wydawnictwo: Prószyński Media, luty 2017



Książka, serial, muzyka - po prostu zachwyt!


Powieść rozpoczyna się ciekawie: wiemy, że ktoś nie żyje i że prawdopodobnie ktoś inny mu w tej śmierci pomógł. Nie wiemy jednak kim jest ofiara, a z zeznań składanych przez świadków zdarzenia, wynika jedno: nikt nic nie widział, a nawet jak widział, to w sumie może mu się zdawało, więc jednak nie wie, nie jest pewien... Od samego początku podejrzewamy, że zeznający kłamią, albo co najmniej w znacznym stopniu mijają się z prawdą. Szybko okazuje się też, że wiele osób miałoby dobry motyw, aby kogoś się pozbyć. Słowa padające w potocznych wypowiedziach, takie jak "zabiję go jeśli jeszcze raz to zrobi", "mam ochotę ją zabić czasami" itp. nabierają nagle całkiem innego znaczenia. 



Tajemnicza śmierć miała miejsce podczas wieczorku integracyjnego dla rodziców, organizowanego przez szkołę, do której chodziły dzieci wszystkich bohaterów. Od razu na samym początku dowiadujemy się, że ktoś nie żyje, a potem Autorka cofa nas o sześć miesięcy i poznajemy historię trzech przyjaciółek: pięknej, bogatej i mądrej Celeste, żywiołowej, perfekcyjnej i awanturniczej Madeline oraz skromnej, zastraszonej i samotnej Jane. Książka rozpoczyna się komediowo: ja co chwila wybuchałam śmiechem, gdy czytałam zeznania świadków obecnych przy śmierci, ich komentarze, złośliwe uwagi o ludziach, do których codziennie promiennie się uśmiechali, własne wydumane przypuszczenia i dopowiedzenia na najrozmaitsze tematy. Życie opowiedziane plotkami w mistrzowskim stylu! Ale potem akcja się rozpędza i komedia stopniowo przestaje być komedią, żeby nie powiedzieć, że Autorka przywala w czytelnika z całej siły. Dowiadujemy się więcej o samotnym macierzyństwie Jane, poznajemy wstrząsającą historię przemocowej relacji dwójki bohaterów - to jest niemalże wzorcowy przykład, pokazujący jak takie związki wyglądają, jak nakręca się spirala przemocy, jak ofiara bierze na siebie winę, jak sprawca obiecuje poprawę itd. Oprócz tego w powieści stale przewija się wątek matek: tych pracujących i tych siedzących w domu. Każda za wszelką cenę będzie bronić swojego wyboru i udowadniać wszem i wobec jego wyższość, podczas gdy oczywiście wszystkie mają wątpliwości czy aby na pewno zdecydowały najlepiej. Tym pracującym brakuje czasu z dziećmi, te siedzące w domu, nie realizują swoich zawodowych aspiracji. 
Powieść bardzo interesująco się rozwija, atmosfera zagęszcza, a wszystkie wątki sprawnie splatają i wyjaśniają na końcu. Perełka! 
Zarówno czytelnik i widz zostają z tematami do przemyśleń: czy na pewno wszystko, co tak pięknie wygląda, tym właśnie jest...

Nicole Kidman jako Celeste olśniewa. Sceny u terapeutki, w których wije się, aby nie dojść do sedna i nie wyjawić prawdy przed samą sobą, to kwintesencja zaprzeczenia i wyparcia. Ogólnie sesje z terapeutką opisane w książce (trochę różne od tego, jak to wygląda w filmie) mogą służyć za wytłumaczenie, na czym polega terapia. Szczególnie przydatne dla osób, które uważają, że do terapeuty się idzie poleżeć na kozetce, pogadać, a on w odpowiedzi przedstawi przepis na życie. Więcej nie zdradzam, żeby nie ujawniać fabuły. Ale jedna rozmowa bohaterki z terapeutką wbija w fotel. Przynajmniej mnie. 
Film też zachwyca: trzyma w napięciu od początku do końca, a piękna muzyka i ocean dodają niepowtarzalnego klimatu. 


Moja ocena: 6/6




poniedziałek, 19 marca 2018

Amor Towles "Dżentelmen w Moskwie"

Autor: Amor Towles 
Tytuł: "Dżentelmen w Moskwie" 
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, wrzesień 2017

Ufff, już myślałam, że ciąży jakieś fatum, wykluczające mnie z lubienia ubiegłorocznych hitów książkowych, ale okazuje się, że jednak nie. "Dżentelmen w Moskwie" zachwycił mnie podobnie, jak większość czytelników. Spokojna, refleksyjna powieść, napisana przepięknym językiem, stworzona by rozkoszować się każdym zdaniem i słowem. W Rosji rozgrywają się najważniejsze wydarzenia ubiegłego wieku: powoli w zapomnienie odchodzi arystokracja z jej wartościami, a na pierwszy plan wysuwa się nowy rosyjski obywatel i praca u podstaw. Towarzysze dziękują arystokratom, a zamiana miejsc nie jest do końca dobrowolna i bezproblemowa. Hrabia Rostow za sprawą publikacji jednego wiersza staje się wrogiem nowego systemu i zostaje skazany na dożywotni pobyt w hotelu Metropol. Musi opuścić zajmowany dotąd luksusowy apartament i przenieść się do małego pokoju na strychu. W tej patowej sytuacji postanawia jednak nie poddać się i buduje swój nowy świat wewnątrz murów hotelu. Przyzwoitość, kultura osobista, narzucona sobie dyscyplina i wielkie serce, pozwalają mu przetrwać kilkadziesiąt lat w Metropolu. 

Polecam!

Moja ocena: 5/6 


poniedziałek, 12 marca 2018

Jonathan Safran Foer "Oto jestem"

Autor: Jonathan Safran Foer 
Tytuł: "Oto jestem" 
Wydawnictwo W.A.B. kwiecień 2017

"No jak zachwyca, jak nie zachwyca" chcę tutaj zawołać. Kolejny z ubiegłorocznych ceglastych hitów, który zupełnie do mnie nie przemówił. Zmusiłam się ostatecznie do przeczytania całości, czego nie żałuję, ale do zachwytów zdecydowanie daleko. "Oto jestem" to powieść o powolnym, nieuchronnym rozpadzie małżeństwa Juli i Jacoba, zapoczątkowanym "formalnie" odkryciem przez żonę smsów męża do innej kobiety, faktycznie gromadzonymi przez lata drobnymi zdarzeniami, rosnącą wzajemną niechęcią, niewypowiedzianymi żalami itd. To także mierzenie się bohaterów ze swoimi żydowskimi korzeniami. Niby dobra, ale...

Straszliwie nie podobało mi się to, czym Justyna Sobolewska w Polityce jest oczarowana: "[...] kapitalne są chłopięce szermierki słowne [...]". A dla mnie było to jednym z najbardziej męczących elementów powieści. Trójka dzieci Jacoba i Juli, trzech synów, przez cały czas rozmawiająca niemalże filozoficznymi tekstami i wyzywająca nimi na "pojedynki słowne" rodziców. Autor w rozmowie z Michałem Nogasiem twierdzi, że właśnie takie było zamierzenie, żeby uczynić dzieci "mądrzejszymi od rodziców". No cóż. Nie mnie się kłócić z założeniami pisarza. Dla mnie brzmiało to sztucznie i czytało się strasznie. W ogóle dialogi były momentami okrutnie wydumane. Po prostu może nie czas i nie miejsce dla tej powieści w moim życiu teraz. W poszukiwaniu zachwytów odsyłam do internetu - nie znalazłam sceptyków podobnych sobie, za to same pochwały. 

Moja ocena: 4/6

A zdanie, które uratowało czas spędzony nad książką, brzmi: 

"Rodzice nie mogą sobie pozwolić na luksus rozsądku, a przynajmniej nie w większym stopniu niż człowiek religijny. To, co sprawia, że ludzie religijni i rodzice potrafią być tak zupełnie nie do zniesienia, czyni zarazem religię i rodzicielstwo czymś tak niezrównanie pięknym: to zakład o wszystko albo nic. To wiara."

wtorek, 27 lutego 2018

Jakub Ćwiek "Drobinki nieśmiertelności"


Autor: Jakub Ćwiek 
Tytuł: "Drobinki nieśmiertelności" 
Wydawnictwo SQN, wrzesień 2017

Jak ja nie lubię opowiadań. Ale jakimś cudem ciągle do mnie trafiają: polecone przez kogoś, zachwalane wielorako tak, że nie wypada nie przeczytać, przypadkiem. Zawsze zmuszam się do czytania, zawsze niechętnie po nie sięgam... Ale to uczucie później, gdy okazuje się, że nie miałam racji, że moje uprzedzenia są nieuzasadnione, że to się świetnie czyta... to uczucie... bezcenne. "Drobinki nieśmiertelności" po prostu wzięłam, zatonęłam od pierwszych zdań i odłożyłam dopiero przeczytane. 
Opowiadania rewelacyjne: jest tutaj wszystko: niemożność oderwania się od kolejnych zdań, oczekiwanie w napięciu, co będzie dalej, wzruszenia, i to co lubię najbardziej: zmiana akcji o 180 stopni i osłupienie czytelnika, gdy okazuje się, że wszystko, co sobie wyobrażał, jest czymś zupełnie odwrotnym. 

Jakub Ćwiek  przemierzał Amerykę, z której powstała książka "Przez Stany POPświadomosci", będąca zapisem anegdot, przemyśleń i spostrzeżeń. "Odwiedzał ważne dla popkultury miejsca, by zmierzyć się z tym, co go ukształtowało." Autor dodatkowo za swój prywatny cel uznał, napisanie zbioru opowiadań na podstawie inspiracji zaczerpniętych u źródeł. Po powrocie powstały właśnie "Drobinki nieśmiertelności". Po każdym opowiadaniu Autor przytacza towarzyszącą mu inspirację. Mamy tutaj między innymi: szczególną historię schodów, które zagrały w "Egzorcyście", wizytę papieża Franciszka w Filadelfii, ruch "Black life matters", bar, w którym kręcono "Harry Angel", Senoi, czyli miasteczko, w którym kręcony jest serial "The Walking Dead", Halloween i przestępstwa seksualne, różnice w cenach papierosów między Karoliną Północną a Nowym Jorkiem, Powerball. Jednym słowem mieszankę prawdziwie amerykańską!

Polecam!

Moja ocena: 5.5/6

środa, 21 lutego 2018

Wojciech Jagielski "Na wschód od zachodu"

Autor: Wojciech Jagielski 
Tytuł: "Na wschód od zachodu"
Wydawnictwo: Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, styczeń 2018 

Jedna z bardziej wyczekiwanych przeze mnie książek i niestety trochę rozczarowanie. Bardzo dużo tutaj ciekawych opowieści, interesujących informacji, spojrzenia na różne tematy z wielu stron. Ale wszystko to jakoś nie skleja się w dobrze czytającą się całość.
Autor wyjeżdża do Indii aby spotkać się z Kamal. Kamal nazywała się Kamila zanim opuściła Polskę i przeniosła się na stałe do Indii. Pochodziła z dobrej rodziny, po rozwodzie rodziców zamieszkała z matką, dziennikarką. Kobieta pracowała w swoim domu i z komunistycznej Polski, gdzie właśnie wprowadzono stan wojenny, nadawała codziennie korespondencję. Kamal poszła drogą matki i studiowała dziennikarstwo, zapisała się też na kursy z orientalistyki, historii kultury i religii Indii. Wyjechała z Polski, gdy miała 23 lata (w 1996 roku). I zatonęła w Indiach. Autor pragnie usłyszeć i opowiedzieć jej historię. W międzyczasie poznajemy losy Świętego, jednego z najstarszej generacji hippisów: jego wędrówkę przez Nepal, Pakistan, Iran, Afganistan w drodze do Indii. Wszyscy wyruszają do tego kraju, aby "odnaleźć siebie", wyzwolić się z okowów codzienności i ograniczających zobowiązań. Mistyczne Indie mają temu sprzyjać. Z jakiegoś powodu lepiej się tam medytuje i szuka sensu życia. Stałam się prawdopodobnie bardziej cyniczna z wiekiem (komentarz mojej przyjaciółki na tę uwagę: "to można jeszcze bardziej niż byłaś? dzięki Ania), ale naprawdę już nie wytrzymuję klimatów pt.: jego historia jest ciekawa, bo się urwał z zachodniego świata, tułał najarany po Indiach przez 50 lat i teraz z pewnością jest bardziej oświecony, a nam przyziemnym nędznikom pozostaje tylko czerpać garściami z jego aury, mądrości i odwagi. Każdy oczywiście wybiera swoją ścieżkę, może nią być jeżdżenie z Goa do Dharamsali stopem, z plecakiem i trawką w kieszeni i z powrotem, ale nie rozumiem gloryfikacji tej drogi właśnie. Dlaczego nie podziwia się człowieka, który codziennie rano wstaje, idzie do pracy, dobrze wykonuje swoje obowiązki, kocha swoją rodzinę, ma i zmartwienia, i radości i zarówno jedne, jak i drugie adekwatnie przeżywa. Dlaczego zawsze na piedestale te Indie i plecak. Ostatecznie każdy może to zrobić, jeśli tylko chce. I nie ma w tym żadnego bohaterstwa. Zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę, że znakomita większość mieszkańców tego kraju, bardzo chętnie zamieniłaby się z nami na nasz luksusowy i "pusty" tryb życia, od którego niektórzy uciekają na Wschód, żeby w końcu "siebie odnaleźć". Mój mąż powiedział, że to jest pozytywizm vs. romantyzm. W takim razie ja zdecydowanie nie jestem romantykiem i czekam aż ktoś te Indie kiedyś odczaruje, chociaż sama tam byłam kilka razy i bardzo się tym krajem interesuję. Oddaję Autorowi sprawiedliwość, że pisze też o wielokrotnych rozczarowaniach swoich bohaterów. Bardzo często to, co było duchowe, okazywało się tylko sprytnym przedsięwzięciem biznesowym, nastawionym na wyciągnięcie kasy od zachodnich turystów, szukających oświecenia i spokoju na Wschodzie. Podsumowując, mam bardzo mieszane uczucia dotyczące tej książki. Pytanie, które kołacze mi w głowie jest jedno: po co? Po co Autor "Modlitwy o deszcz", "Wieży z kamienia", "Nocnych wędrowców" .... napisał taką książkę? Nie wiem...
Historii Kamal w Indiach odkąd urodziła dziecko, to już się nie da czytać. Przynajmniej ja jako matka nie mogę. Kamal ma syna Lhamo, jeździ z nim z południa na północ, jak robi spora część mieszkańców Indii. Oczywiście odrzuca takie wynalazki diabła i zgniłego zachodu jak szczepionki, antybiotyki, edukację, szkołę itd. Lepiej jest targać odwodnione dziecko 40 godzin pociągiem, a potem mu zafundować przetrwanie choroby i gorączki na chodniku w Benares wśród innych żebrzących, w upale, tłumie stąpającym niemalże po głowie i leczyć ziołami. Historia Kamal to dla mnie ostateczna obraza rozumu... Dla Lhamo jest jakaś szansa, bo chyba chce mimo wszystko być trochę inny niż matka. W końcu hippisi "zniknęli", bo okazało się, że ich dzieci chciałby mieć jednak różowe łazienki. 
                                                                                                                   
Kamal i Lhamo:  

"Nie pozwoliła mu nawet zbliżyć się do tego, co instynktownie rozpoznawała jako opresyjne i ograniczające jego duchowość. Nie chodził do szkoły, nie znał pojęcia rywalizacji, nie potrafił podzielić ludzi na zwycięzców i pokonanych, nie znał żadnych schematów prócz tych, jakie narzucała przyroda, i nigdy nie był oceniany, o ile nie oceniała go natura. Gryzła i parzyła, kiedy postępował. Przyprawiała o bąble albo wysypkę, kiedy się mylił. Był to prosty, całkowicie jasny układ, pozbawiony wartościowania, wymagający jedynie doświadczenia."


I kilka innych cytatów: 



"Wędrówka jest także, a może nade wszystko, drogą do świętości, wyzwolenia. Nigdzie indziej na świecie nie spotyka się tylu pątników, pielgrzymujących od jednego świętego miejsca do drugiego, by na brzegach i u źródeł świętych rzek, u podnóża świętych gór, w świętych pieczarach i lasach zyskać łaskę, oczyszczenie, odpuszczenie grzechów, spełnienie próśb. 
Włóczęga i dola pustelnika, ostateczne porzucenie osiadłego, codziennego życia i wszystkiego, co się nań składa, uznawane jest tutaj za najpewniejszy, choć nie jedyny i z pewnością najtrudniejszy sposób uwolnienia się z wędrówki dusz u wybawienia od dalszego ciężaru doczesności. Jest ostatnim etapem pobożnego i prawego życia, jego dopełnieniem."

"Jak to jest żyć po swojemu? Co się czuje, nie stając do wyścigu, w którym udział uważany jest za święty obowiązek, choćby dlatego, że wszyscy inni w nim uczestniczą? Jak to jest, nie stawić się na linię startową albo pobiec nie z resztą rywali, ale własną trasą, w swoim tempie? I nie zważać na szyderstwa, oburzenie, gniewne obelgi. Jak poradzić sobie z lękiem przed potępieniem i wykluczeniem, niezrozumieniem i samotnością?"


"Nikt z wędrowców nie liczył czasu, jaki im upływał w podróży, nikt nie przejmował się tym, co będzie dalej ani kiedy to nastąpi. Tak miała wyglądać wieczność w nowym swiecie, jaki spodziewali się znaleźć na Wschodzie, w krainie duchowości i wspólnoty."


Moja ocena: 4/6



czwartek, 15 lutego 2018

Kati Hiekkepelto "Bezsilni"

Autor: Kati Hiekkepelto 
Tytuł: "Bezsilni"
Ringier Axel Springer, marzec 2017 

Najlepszy fiński kryminał 2014 roku mnie osobiście nie powalił. Dużo ciekawsze od samej intrygi kryminalnej wydaje mi się nakreślone przez Autorkę tło społeczne i z tego właśnie względu polecam tę książkę do przeczytania. 
Anne Fekete pochodzi z Jugosławii, wiele lat temu przyjechała do Finlandii i tutaj teraz jest jej ojczyzna. Mówi płynnie po fińsku, skończyła edukację, pracuje jako policjantka. Jest jednak bardzo samotna. Nie do końca potrafi ułożyć sobie życie w związkach, mieszka sama i bardzo tęskni za swoim byłym krajem, za rodziną, chorą babcią, kuchnią i atmosferą Jugosławii. Musi przesłuchać swoją rodaczkę, która w nocy wjechała w mężczyznę, leżącego na drodze. Szybko jednak wychodzi na jaw, że ofiara wcale nie zginęła w wyniku potrącenia, tylko została już martwa wyrzucona na drogę. Śledztwo zatacza coraz szersze kręgi. Włącza się do niego kolega Anne Esko: Fin, starszy policjant przed emeryturą, szukający sensu egzystencji, prowadzący niezdrowy tryb życia, chamski i arogancki w obyciu, nie znoszący imigrantów, pragnący aby ich natychmiast wydalić z Finlandii. Policjanci natrafiają na walki gangów, handel narkotykami, haracze i wymuszenia. 
Autorka bardzo szeroko porusza problem od kilku lat wstrząsający całą Europą, czyli nielegalną imigrację. Ludzie uciekający przed wojną i prześladowaniami ryzykują wszystko, żeby się dostać do lepszego świata. Wielu się udaje, chociaż kwestią sporną pozostaje pytanie czy prowadzenie pizzerii przez profesorów literatury, można przypisać do kategorii "udało się". Jeśli uznamy, że bezpieczeństwo i stały pobyt są  wystarczające, to jak najbardziej tak. Ale jeżeli dostrzeżmy w nich ludzi, tak do szpiku kości, to chyba jednak nie. Nie mają praktycznie żadnych szans, żeby kiedykolwiek wejść na poziom, który mieli w swoich ojczyznach. W powieści poznajemy też Sammiego, nielegalnego imigranta, zaplątanego w kryminalną zagadkę powieści. Nie ma szans na legalny pobyt w Finlandii, chociaż ucieka przed wojną, a powrót do Pakistanu oznacza dla niego najpewniej śmierć. Anne i Esko patrzą na niego zupełnie inaczej, a każde z nich odzwierciedla postawy, które możemy zobaczyć w europejskich społecznościach, mierzących się z problemem napływu uchodźców. Kobieta stara się go zrozumieć, dowiedzieć o nim czegoś więcej, załatwić mu adwokata, żeby odwołał się od odmownej decyzji o przyznaniu azylu. Esko wszystko wie z góry, widzi w nim tylko narkomana i przestępcę, chociaż śledztwo ciągle trwa, a Sammiemu wciąż nie postawiono oficjalnych zarzutów. Ale wiadomo: wszyscy imigranci to jedna banda. 
Autorka pokazuje też Finów od niezbyt przyjemnej strony: zamkniętych w sobie, niechętnych obcym, zimnych i nietroszczących się nawet o własnych rodziców. 
Tytuł obrazuje wszystko: bezsilność. Bezsilność wobec bezduszności fińskich urzędników, którzy jednym podpisem w dniu złego humoru mogą przekreślić czyjeś marzenia o lepszym i przede wszystkim bezpiecznym życiu. Bezsilność wobec nałogów, własnej samotności i nieprzystosowania. 

Polecam!

Moja ocena: 4,5/6

wtorek, 13 lutego 2018

Between...


Dzisiaj będzie zdecydowanie between, czyli nie o książkach: trzeci tydzień choroby w domu, czasami nawet nie mam siły czytać. Męczę kilka książek, ale jakos słabo to wypada... Mam nadzieję, że niedługo cała rodzina powróci do pełni sił. Dodatkowo jestem wciągnięta w serial Downton Abbey. Raczej nie najnowszy 😁. Ale musiał poczekać na swoją kolej, czyli na moment, kiedy zapałałam totalnym uwielbieniem do scenarzysty Juliana Fellowesa i jego książek: Czas przeszły niedoskonałySnoby, Belgravia. 
Serial jest doskonały - wciągnął mnie absolutnie. 
Widziałam też musical Love never dies w Boston Opera House. 



Przedstawienie fantastyczne, a sam gmach opery robi jeszcze większe wrażenie.

I trochę gotujemy w międzyczasie. (zdjęcia poniżej). Czekam na przyszły tydzień i mam nadzieję pełnię zdrowia