czwartek, 15 czerwca 2017

Elizabeth Strout "Anything Is Possible"

Autor: Elizabeth Strout
Tytuł: "Anything Is Possible"
Wydawnictwo Random House, kwiecień 2017

"Mam na imię Lucy" to wg Magazynu Książki najlepsza powieść 2016 roku w Polsce. Zgadzam się z tym, chociaż ogólnie uważam, że "naj" powinno przyznawać się co najmniej 20-30 pozycjom, wtedy byłoby "sprawiedliwiej". Ale wysoka lub najwyższa lokata "Mam na imię Lucy" we wszystkich możliwych rankingach jest jak najbardziej zrozumiała. Autorka w tym roku powróciła z "kontynuacją". W "Mam na imię Lucy" w ciągu pięciu nocy, kiedy bohaterka leży w szpitalu, a przy jej łóżku czuwa dawno niewidziana matka, dowiadujemy się o jej niezbyt szczęśliwym dzieciństwie. W "Anything Is Possible" Lucy Barton jest już uznaną pisarką, mieszkającą w Nowym Jorku, uczestniczącą w promocjach swoich powieści i spotkaniach autorskich. Przy okazji wydania wspomnień, wraca do swojej rodzinnej miejscowości Amgash, Illinois aby odwiedzić mieszkających tam ciągle brata i siostrę. Samej Lucy "niewiele jest w tych opowiadaniach". Poznajemy ją poprzez mistrzowsko zaprezentowane i splatające się ze sobą historie mieszkańców, z których każdy jakoś Lucy pamięta. Elizabeth Lowry w The Guardian napisała, że "to opowieść o zwykłych ludziach, poddanych nieprzeciętnemu cierpieniu, którym czasami udaje się to przetrwać". Poszczególni mieszkańcy Amgash mogą przeczytać swoje historie, odkryć nieznane fakty we wspomnieniach opublikowanych przez Lucy.
Elizabeth Strout jest "moim zeszłorocznym objawieniem". Główną zaletą jej prozy jest nieprzegadanie. Dawno nie czytałam czegoś tak oszczędnego w słowa, a jednocześnie tak dosadnie trafiającego w punkt. Ja, jako wielbicielka fikcji, ale jednak niezbyt odległej od rzeczywistości (co np uniemożliwia mi jakąkolwiek przyjaźń z fantastyką), doceniam w powieściach Autorki zanurzenie w prostej, przyziemnej codzienności tzw. "zwykłych ludzi" z ich problemami, rozterkami i czasami też radościami. Podoba mi się również to w jaki sposób Elizabeth Strout "wydobywa" dla czytelników historie swoich bohaterów. Dużo wątków nie jest przedstawionych wprost, trzeba je sobie posklejać z różnych kawałków, aby otrzymać całość, niekiedy powalającą.


Gorąco polecam!!!



Moja ocena: 6/6

Magda

piątek, 26 maja 2017

Magdalena Niedźwiedzka "Maria Skłodowska - Curie"


Autor: Magdalena Niedźwiedzka
Tytuł: "Maria Skłodowska - Curie"
Wydawnictwo Prószyński Media, luty 2017

Czy dwukrotna laureatka Nagrody Nobla z fizyki i chemii może poza wszelką logiką oszaleć z miłości do żonatego kobieciarza i łatwo sterowalnego "pantoflarza"? Okazuje się, że tak. Na tych burzliwych latach z okresu życia wielkiej naukowczyni skupia się powieść Magdaleny Niedźwiedzkiej. Po tragicznej śmierci męża Piotra Curie, Maria Skłodowska - Curie związała się ze słynnym fizykiem Paulem Langevinem, ojcem czwórki dzieci. Ich romans wywołał skandal we Francji. Żona naukowca szalała, starając się ze wszystkich sił zemścić na kochance męża. Doprowadziła do publikacji listów, które wymieniali, dostarczając "gorących" tematów paryskim codziennym brukowcom. Maria Skłodowska - Curie musiała się ukrywać, romans przypłaciła też zdrowiem i załamaniem nerwowym. Powieść czyta się bardzo dobrze. Oprócz bieżących wydarzeń Autorka przenosi też czytelników w przeszłość i mamy możliwość poznania najważniejszych wydarzeń z dzieciństwa i młodości bohaterki. Maria niesłychanie ambitna i pracowita robi wszystko, aby spełnić swoje marzenie o studiach Paryżu. Najgorszym jednak przeciwnikiem nie okazuje się bieda, ale głębokie społeczne przekonania o roli i powinności kobiet w życiu. Maria wysłuchuje więc codziennie tekstów po co jej studia, czy to się jej przyda w prowadzeniu domu i wychowywaniu dzieci itd. Przez całe życie mimo wszelkich zdobytych nagród i ogromnych osiągnięć naukowych, jest ciągle oceniana przez pryzmat swojej kobiecości. Również za romans z żonatym mężczyzną cenę płaci głównie ona, chociaż to ona jest sama, nikogo nie oszukuje, nikomu innemu nic nie ślubowała. Ale w tym temacie od czasów Marii Skłodowskiej- Curie niewiele się zmieniło.

Polecam!
Moja ocena: 5/6

niedziela, 14 maja 2017

Siri Hustved "Świat w płomieniach"

Autor: Siri Hustved  
Tytuł: "Świat w płomieniach"
Wydawnictwo W.A.B

Moje doświadczenie pokazuje, że zakończenie absolutnie wciągającej serii ("Genialna Przyjaciółka" i inne) plus przeprowadzka razem wzięte nie sprzyjają nadmiernemu czytelnictwu. Męczyłam się przez 2 tygodnie z "Ósmym dniem", porzuciłam, sięgnęłam po "Świat w płomieniach" i też okupiłam męką, ale dobrnęłam do końca.
"Świat w płomieniach" to historia wymyślonej artystki Harry, żony nowojorskiego mecenasa sztuki Felixa, która ze swoimi pracami nie może się przebić do szerokiej publiczności. Bohaterka to kobieta wykształcona, oczytana, niebywale inteligentna, o szerokich zainteresowaniach. Nie mieści się w kategoriach przypisywanych stereotypowej kobiecie. "Harry ich odstraszała. Miała zbyt szeroką wiedzę, za dużo czytała, była za wysoka. [...] Zaczęła mówić co myśli, poprawiała osoby, jeśli się myliły [...]. Harry przestała komukolwiek ustępować." Uważała, że nowojorski świat sztuki jest mizoginiczny. Aby udowodnić swoje racje i ostatecznie zatriumfować rozpoczęła współpracę z trzema artystami i pod ich nazwiskami wystawiła swoje prace. Wystawy odniosły sukces. Sprawy się skomplikowały, gdy jeden z mężczyzn zaprzeczył, że Harry jest autorką wystawianych prac. Prawdy nie dało się dociec, gdyż mężczyzna zmarł w niejasnych okolicznościach. "Dokumentalna fikcja" - chyba tak można określić konstrukcję "Świata w płomieniach". Powieść składa się ze zredagowanych "dzienników" Harry, "rozmów" Autorki z różnymi osobami - dziećmi artystki, krytykami sztuki, dziennikarzami, przyjaciółmi, współpracownikami. Poszczególne relacje pokazują bohaterkę z różnych perspektyw i ujęć, pozwalając czytelnikowi na obiektywizm i wyrobienie własnej opinii. Powieść nominowana do nagrody Bookera, zebrała świetne recenzje, ja się od niej trochę odbiłam. Wydała mi się mocno "przekombinowana". Poziom "dygresji do dygresji" dla mnie zdecydowanie zbyt zaplątany i czyniący lekturę niestrawną. 

Moja ocena: 4/6

sobota, 1 kwietnia 2017

Elena Ferrante „Genialna przyjaciółka”, „Historia nowego nazwiska”, „Historia ucieczki”, „Historia zaginionej dziewczynki”

Autor: Elena Ferrante
Tytuł: „Genialna przyjaciółka”
Wydawnictwo Sonia Draga, czerwiec 2014

Tytuł: „Historia nowego nazwiska”
Wydawnictwo Sonia Draga, marzec 2015


Tytuł: „Historia ucieczki”

Wydawnictwo Sonia Draga, styczeń 2016



Tytuł: „Historia zaginionej dziewczynki”
Wydawnictwo Sonia Draga, maj 2016

Kupić z ciekawości pierwszy tom, rozpocząć czytanie, wkurzyć się sto razy, znudzić się kolejne sto, oburzyć, że ktokolwiek śmie porównywać Elenę Ferrante do Karla Ove Knausgaarda, porzucić w połowie, powrócić niechętnie po namowach Oli, przebrnąć przez nudy, i dać się uwieść absolutnie i w 100%. Tak mniej więcej wyglądała moja czytelnicza przygoda z cyklem o dwóch przyjaciółkach z Neapolu autorstwa kogoś, kto ukrywa się za pseudonimem Elena Ferrante i jest jedną/jednym z najbardziej popularnych włoskich pisarek/pisarzy współczesnych. Żeby jednak zanurzyć się w tej prozie, trzeba pokonać te pierwsze strony, które były straszliwie nudne, a mnie osobiście dodatkowo okrutnie irytowała jedna z bohaterek (zresztą ta irytacja trwała do końca czwartego tomu, z tymże potem lektura dostarczyła innych, ciekawszych wrażeń, więc można było irytację zepchnąć w odchłań zpomnienia). Ale naprawdę warto. W większości recenzji nacisk położony jest głównie na przyjaźń między Eleną a Lillą, trwającą od dzieciństwa do starości, kiedy to Lilla realizuje swoje odwieczne marzenie i znika bez śladu, a Elena toczy z nią ostatnią walkę i „próbuje nie dopuścić do tego zniknięcia”, pisząc powieść o ich życiu. Ja zamiast określenia „opowieść o przyjaźni” napisałabym „opowieść o wzajemnym, chorym przywiązaniu, nienawiści, wykorzystywaniu, rywalizacji na każdym polu oraz o rzadkich chwilach wytchnienia od tego i obopólnego zrozumienia i wspierania się”. Jakkolwiek to nazwać relacja między dwiema bohaterkami jest przyczynkiem do zanurzenia czytelnika w świat powojennych Włoch, a konkretnie Neapolu. Lillia i Elena dorastały w biedzie, w środowisku prostych ludzi, gdzie przemoc, chamstwo i walka o byt to codzienność, a edukacja postrzegana była jako mało przydatny zapełniacz czasu dzieci, które z powodzeniem mogłyby go wykorzystać na coś bardziej pożytecznego. Od najwcześniejszych lat obydwie dziewczynki wyróżniały się nieprzeciętną inteligencją i wyobraźnią, marzyły o wyrwaniu się ze świata swojego dzieciństwa, a potem wybrały zupełnie różne drogi, do realizacji tego celu. W realich, gdzie pochodzenie, klasa społeczna i pieniądze decydują o wszystkim, bohaterki próbują przekroczyć niemożliwe bariery i przejść na inny poziom. Dla mnie jednym z najbardziej „wstrząsających” momentów powieści był, ten kiedy Elena już jako nastolatka, zaczyna rozumieć, niezruzmiane dla niej wcześniej określenie „plebs” i uświadamia sobie, że plebs to ona, jej rodzina, przyjaciele, sąsiedzi z dzielnicy...
Przy okazji śledzenia losów Lilli i Eleny myślałam też o tym, jak wiele w życiu nie zależy od nas. Jak wiele zawdzięczamy innym, dobrej sytuacji, fartowi. Oczywiście wiadomo, że „szczęscie sprzyja lepszemu, ściany grają z gospodarzem [to jeszcze z czasów siatkówki powiedzenie] itd.” Ci, którym się udało, lubią podkreślać, że wstawali wcześniej, dużo pracowali, sporo poświęcili. I ja się z tym zgadzam i pewnie tak to się odbywa. Ale jest też sporo czynników, które akurat wystąpiły we właściwym miejscu i we właściwym czasie. Jedna z bohaterek bardzo wiele zawdzięcza swojej nauczycielce, która wymuszała na rodzicach dalsze posyłanie dziewczynki do szkoły i załatwiała jej książki, za które matka nigdy by nie zapłaciła. Spotkanie odpowiednich osób w odpowiednim czasie też ma znaczenie.
Powieść Eleny Ferrante to również historia o aspiracjach do świata inteligencji i trudna walka by się tam dostać. Walka w zasadzie nigdy się nie kończąca: bo czy można w życiu stanąć na równi z tymi, którzy są inteligencją od wielu pokoleń? Czy można „nadrobić zaległości” wobec „dobrze urodzonych” rówieśników dla których niektóre rzeczy (np. ambitne rozmowy przy stole, spokojna dyskusja, nawet przy wyrażaniu różnych opinii, podróże, galerie, teatr czy chociażby maniery przy stole i codzienne mycie zębów) są tak oczywiste jak oddychanie i nie stanowią mozolnie nabytego nowego stylu bycia? Elena mimo wszystkich swoich osiągnięć przez wiele lat czuła się w środku małą, nieokrzesaną, niewykształconą dziewczynką z przedmieść Neapolu, bojącą się, że ktoś boleśnie obnaży jej pochodzenie i prostactwo.  I nieraz usłyszała z pogardą, że jest „świeżą inteligencją”. Ta książka to również obraz włoskiego społeczeństwa z dominującą rolą mężczyzn, podporządkowaniem się kobiet, głębokim przywiązaniem do rodziny i odpowiedzialności za nią. Lata, w których rozgrywa się akcja, odzwierciedlają przemiany zachodzące w obyczajowości włoskiej – rozwód nie jest już końcem świata, można nie ochrzcić dziecka i ciągle być porządnym człowiekiem, można nie wziąć ślubu w kościele i żyć przyzwoicie. Ciekawe jest dorastanie bohaterki do feminizmu. Gdy piszę te słowa, nie dotarłam jeszcze do końca ostatniej czwartej części i zastanawiam się tutaj właśnie w tym momencie czy Elena będzie potrafiła jasno zaświadczyć swoim życiem o ideach, które wyznaje, bo póki co w kwestiach damsko – męskich pomiędzy jej feministycznymi deklaracjami a realnym życiem zachodzi lekki rozdźwięk.
Tak, książka Eleny Ferrante to również opowieść o wielkiej miłości.
Fantastyczna, wielowątkowa narracja z ciekawymi zwrotami akcji, pełnokrwistymi bohaterami, barwnym językiem... tak, wciągnęła mnie maksymalnie. I teraz jestem w stadium rozdarcia zachłannego czytelnika: chciałabym już się dowiedzieć, co będzie na końcu, ale jednocześnie szkoda kończyć książkę... ehhh.

No i cóż...skończyłam... :-(

Gorąco polecam!


Moja ocena: 5.5/6 („tylko” 5.5 bo jednak ten początek naprawdę był męczący).


PS. Zupełnie mnie nie kręci, że Autor/Autorka  ukrywa się pod pseudonimem i pozostaje w ukryciu – i co z tego się pytam. Ilu pisarzy tak naprawdę znamy głębiej, co o nich wiemy, mimo że nie ukrywają się przed nikim. Nie rozumiem o co cały ten szum i to nadawanie aury tajemniczości... Najważniejsze, że książki się dobrze czyta. Autorce/Autorowi niech się wiedzie jak najlepiej, kimkolwiek jest.

środa, 15 marca 2017

Katarzyna Boni "Ganbare. Warsztaty z umierania"

Autor: Katarzyna Boni
Tytuł: "Warsztaty z umierania" 
Wydawnictwo Agora, czerwiec 2006 

"11 marca 2011 roku płyty starły się o 14:46.45. O 14:46.53 informacja o trzęsieniu z Japońskiej Agencji Meteorologicznej dotarła do prefektur na północnym wybrzeżu Japonii (Iwate, Miyagi, Fukushima). Włączył się automatyczny alarm - w szkołach, w fabrykach, w siedzibie telewizji, stacjach radiowych i w telefonach komórkowych.
Zbliża się trzęsienie ziemi. Macie 32 sekundy. 
Trzęsienie było tak silne, że zmieniło kąt nachylenia Ziemi, przesunęło wybrzeże o pięć metrów na południowy zachód i obniżyło je o cały metr w dół." 

Japonię w 2011 roku spotkało potrójne nieszczęście: najpierw potężne trzęsienie ziemi, potem wywołane tym trzęsieniem tsunami, a potem spowodowana tsunami awaria w elektrowni atomowej Fukushima Daiichi. "Samo trzęsienie ziemi nie jest specjalnie niebezpieczne, zwłaszcza przy zaawansowanej technologi wzmocnień i zabezpieczeń. Zagrożeniem stają się ogień i woda. I jeszcze zawalające się budynki, spadające przedmioty i osuwiska ziemne." Katarzyna Boni pojechała do Japonii i postanowiła opowiedzieć o tej potrójnej tragedii. Dotarła do świadków wydarzeń, którzy nie mogą się pogodzić z tym co zaszło w 2011 roku i oddała im głos. Ascetyczny styl i bardzo osobiste relacje bohaterów sprawiają, że w czasie lektury przechodzą ciarki po plecach. Osoby, z którymi Autorka się spotkała opowiadają, co robili tamtego dnia, gdzie byli, jakie mieli plany, w momencie gdy najpierw włączył się alarm dotyczący trzęsienia ziemi, a potem przyszła informacja o tsunami, które było tak potężne, że nie przewidywały tego instrukcje ewakuacyjne. Wiele osób, które zachowało się tak jak powinno, zginęło. Zdarzało się, że przetrwali ci, którzy działali zupełnie wbrew regułom np. wybiegali z teoretycznie bezpiecznego miejsca i pędzili do szkół swoich dzieci. Bo przy tsunami jest jedna zasada, a właściwie dwie: biegnij w górę i nigdy pod żadnym pozorem nie wracaj, aby komuś pomóc, albo kogoś ratować. Przy okazji tej książki rozmawiałam ze swoimi japońskimi znajomymi, mieszkającymi tutaj w Stanach i potwierdzili, że dzieci w szkołach regularnie uczą się i ćwiczą zachowania na wypadek trzęsienia ziemi i tsunami, wszyscy mają spakowane plecaki ewakuacyjne, ustawione przy drzwiach. Moi znajomi takie pakiety na wypadek koniecznej ucieczki mają również tutaj. Każdy z nas prawdopodobnie dosyć rzadko, o ile w ogóle, myśli o tym, jak trzeba się zachować w przypadku katastrof. Japończycy działają automatycznie. "Bo jedno to te dziesięć sekund, które dostajemy od technologii. A drugie to wyćwiczone, automatyczne zachowania." Pamiętam ze swojej wizyty w Japonii tabliczki na murach w kształcie strzałki z napisem tsunami, pokazujące gdzie trzeba biec. Wtedy patrzyłam na nie oczami turystki jak na nieznany, egzotyczny mix. A to podstawa: nie wiesz jak się zachować w czasie trzęsienia ziemi, powodzi, tsunami, gdzie się schować, gdzie biec... nie masz żadnych szans. 
Skutki tamtych katastrof z 2011 roku już znamy, ale nie wszystkie. Zniszczeniu uległa elektrownia jądrowa Fukushima Daiichi. Szacuje się, że okres jej wygaszania to około 40 lat, przy czym nie ma jeszcze technologii, żeby to zrobić. Nikt tak naprawdę nie wie, co się tam stanie. Cudem jest, że nie doszło do wybuchu. Relacje świadków tamtych wydarzeń czyta się jak prawdziwy horror. Mnie osobiście najbardziej zszokował fakt, że w elektrowni bardzo często zatrudnia się totalnie niewykwalifikowanych robotników, którzy po prostu chcą mieć dobrze płatną pracę. Stawka godzinowa jest wysoka, ale ludzie zupełnie nie zdają sobie sprawy z tego na jakie niebezpieczeństwo się narażają. Znaczna część osób, które ratowały elektrownię w 2011 już nie żyje (łącznie z dyrektorem) albo choruje na raka. Wokół Fukushima Daiichi wyznaczono strefę ewakuacji, do której nie ma wstępu, ale nie wszyscy wyjechali zgodnie z nakazem władz.
"Kiedy 22 kwietnia 2011 roku rząd zabronił wstępu do ewakuowanej strefy i rozstawił barykady na drogach, dla Matsumury było już za późno.  Miał pod opieką kilkadziesiąt psów, prawie setkę kotów, stado bydła i dwa strusie. [...] Zataczał coraz szersze kręgi po mieście. Jeździł białym samochodem z przyczepą. Witało go szczekanie. Psy rozpoznawały warkot silnika. Merdały ogonami.[...] 
W ewakuowanej strefie samych psów zostało 5800. A przecież są jeszcze zwierzęta hodowlane. Nie zabierzesz ze sobą stada krów albo tysiąca kurczaków. [...]" Pan Matsumura ciągle próbuje walczyć i znaleźć odpowiedzialnych za tą tragedię zwierząt. A sam został obiektem badań i eksperymentów. Badali jego, prosili też o sadzenie upraw w strefie skażonej, żeby zbadać właściwości różnych roślin. "Kiedy pojechał zmierzyć przyjętą przez siebie dawkę promieniowania, lekarz zaczął krzyczeć". 
Ten reportaż to też pomnik dla takich cichych bohaterów jak pan Matsumura. I wiele faktów, o których się nie myśli, oglądając relacje z katastrofy w tv. np. taka: "Na dnie znajdowali samochody, lodówki, automaty z piciem, łodzie, ciężarówki, sieci rybackie, harpuny, bojki. I całe piętra domów. Woda zabrała ze sobą pięć milionów ton śmieci. Większość zatonęła przy japońskim brzegu."
5 milionów ton śmieci!!! To niewyobrażalne, podobnie jak wszystko co opisuje w swoim reportażu Katarzyna Boni. 

Gorąco polecam!!!

Moja ocena: 6/6

środa, 22 lutego 2017

Hanya Yanagihara "Małe życie"

Autor: Hanya Yanagihara
Tytuł: "Małe życie" 
Wydawnictwo W.A.B, kwiecień 2016 

Po pierwsze i po ostatnie, to nie będzie recenzja, bo tych już powstało więcej niż stron książki. 

Więc, więc, więc...

Bez względu na to, co tu zostanie napisane w dalszej części, to stwierdzam: 
  • nie żałuję, że przeczytałam
  • lektura dość wciągająca
  • ciekawi bohaterowie, w których świat na kilka dni wsiąknęłam 

Ale, ale, ale...

Długo zbierałam się do tego, żeby "Małe życie" w ogóle przeczytać. Jedna z najgłośniejszych książek ostatniego roku, okupująca wysokie miejsca w większości rankingów, ale z jakiegoś powodu spora część recenzji próbowała rozgryźć czy to "hit czy kicz". Dość zniechęcające. Bo poświęcenie czasu na 800 stron, po to by stwierdzić, że to nie miało sensu, wydaje się jednak pewnym ryzykiem. Ostatecznie przekonała mnie bardzo emocjonalna opinia z bloga: God save the books. I tak jak napisałam wyżej, nie żałuję, że przeczytałam, ale coś mi po prostu tutaj nie gra. 
Akcja powieści to opowieść o życiu czterech przyjaciół, którzy poznają się w czasie studiów. Przynajmniej tak zapowiada się na początku. Okaże się jednak, że historia tak naprawdę dotyczy postaci Juda, wokół którego koncentrują się wszystkie wątki i wydarzenia. Jude to bohater z traumatycznym dzieciństwem, które warunkuje całe jego późniejsze życie i spod którego ciężaru nigdy nie zdoła się wyzwolić. Czytelnik ma wrażenie, że być może z czasem, Jude się przełamie, zrozumie i poczuje, że przeszłość minęła, a teraz otaczając go ludzie, którym może ufać, ale niestety... jego otchłań rozpaczy i odczuwany bezsens życia są nie do naruszenia. Wysiłki wszystkich otaczających go osób są zupełnie daremne, chwil szczęścia jest mało, za to dramatyczne przeżycia z dzieciństwa jak hieny dają o sobie znać każdego dnia. Piszę ogólnikami, bo ciężko cokolwiek o tej książce powiedzieć, żeby nie zdradzić treści. Ciekawy wydaje mi się wątek, o którym Autorka mówiła w wywiadach: że człowiek ma prawo nie chcieć przeżyć swojego życia po tym, co go spotkało. Nie wiem. Nie mam zdania na ten temat. Być może to kwestia indywidualnych doświadczeń i wrażliwości każdego z nas z osobna, być może to kwestia wiary albo niewiary. 
Mnie osobiście rzeczywistość w tej książce nie przekonuje. Wszyscy przyjaciele są absolutnie, zawsze wspierający, żadnych rozterek, żadnych załamań, zawsze na 100% gotowość pomocy w ekstremalnych(!!!) sytuacjach. Ludzie otaczający Juda znoszą ze zrozumieniem i miłością cały komplet wyzwań, które im serwuje. Żadnego: "kurwa DOSYĆ!"; żadnego: "nie mogę już więcej Jude, nie dam rady". Wszyscy kochają, wszyscy mogą, wszyscy dadzą radę 24 godziny/356 dni/trzydzieści kilka lat. Już bardziej jestem w stanie uwierzyć w opis traum i zła, którego bohater doświadczył. A o tym z ledwością można czytać. W moim prywatnym rozstrzygnięciu czy "Małe życie" to hit czy kicz szala jednak przechyla się na stronę kiczu. Nie powiem, że w kiczu się mocno tapla, ale zdecydowanie się o niego mocno ociera. 
Najbliżej mi w opinii o książce do tego co sądzi Kinga Dunin (dla tych którzy planują przeczytać, uprzedzam, że jest w poniższej recenzji sporo spojlerów). 


Moja ocena: 4/6

Zeruya Shalev "Ból"

Autor: Zeruya Shalev
Tytuł: "Ból"
Wydawnictwo W.A.B, październik 2016 



Iris, główna bohaterka książki, przeżyła 10 lat temu atak terrorystyczny. Do tej pory odczuwa jego skutki. Po pierwsze powraca do niej silny ból, czasami tak mocny, że nie może wstać z łóżka, a po drugie ciągle zadaje sobie pytanie czy gdyby tamtego pechowego dnia drobne zdarzenia poranka ułożyły się inaczej, uniknęłaby ataku. Iris po wielu latach spotyka swoją wielką miłość - Ejtana - człowieka, który zostawiając ją dawno temu, zrujnował jej życie i wpędził w depresję. Teraz po nieoczekiwanym spotkaniu po latach, gotowa jest zaryzykować wszystko by odzyskać mężczyznę, którego kochała z całego serca. W międzyczasie dochodzą problemy z dorosłą córką, która niedawno wyprowadziła się z domu i zaczęła samodzielne życie. 
Na początku powieść rozwijała się bardzo zachęcająco. Podobały mi się opisów stanów psychicznych bohaterki, rozterek, rozmyślań, wahań dotyczących pogrążonego w stagnacji małżeństwa, relacji z dziećmi. Ale potem coś "tąpnęło". Miałam wrażenie, że albo środek powieści pisał ktoś inny, albo Autorka bardzo się spieszyła i nie przykładała wagi do poziomu. Przy okazji lektury pierwszy raz w życiu zastanawiałam się, czy jedno zdanie może dyskwalifikować książkę. No i doszłam do wniosku, że tak, skoro brzmi ono: "między nogami miał płonący knot". Cały opis relacji pomiędzy Iris a Ejtanem, którzy spotykają się po latach, jest jak wyjęty z najtańszego romansu. Po prostu załamujący. Powieść na ocenę 4 uratowało niebanalne zakończenie. Ciekawie, z różnych punktów widzenia opisane uczucia i doświadczenia członków rodziny w obliczu długiej i ciężkiej choroby mamy i żony. 

Ogólnie raczej książki nie polecam. Chyba, że absolutnie nic innego do czytania akurat się nie znajdzie. Co jak wiadomo jest mało prawdopodobne. 

Moja ocena: 4/6

piątek, 10 lutego 2017

Sarah Waters "Niebanalna więź"

Autor: Sarah Waters 
Tytuł: "Niebanalna więź"
Wydawnictwo Prószyński Media, maj 2016 

Jeśli marzę o lekturze odprężającej, wciągającej, przyjemniej, a jednocześnie takiej, która nie załamuje człowieka poziomem intelektualnym, Sarah Waters zawsze jest dobrym wyborem. "Niebanalna więź" również była celnym trafem. Akcja powieści nie jest jakoś szczególnie rozbuchana, ilość zdarzeń nie przyprawia o zawrót głowy, długo się zastanawiałam "o co właściwie chodzi". Ciekawość napędza jednak tajemnica spowijająca przeszłość głównych bohaterek. W XIX-wiecznym Londynie Margaret odwiedza więzienie dla kobiet, aby nieść im pomoc i ukojenie w tych trudnych dla nich chwilach. Wizyty te jednocześnie mają leczyć jej duszę, cierpiącą po śmierci ukochanego ojca. Wśród morderczyń, prostytutek i oszustek Margaret natrafia na Selinę Dawes, znaną jako medium, odsiadującą wyrok za napaść i przyczynienie się do śmierci jednej z londyńskich dam. Między bohaterkami zawiązuje się szczególna więź i dość szybko spotkania w więzieniu stają się dla obydwu kobiet bardzo wyczekiwanym momentem. Początkowo Margaret wątpi w nadprzyrodzone moce Seliny, z czasem zaczyna jednak wierzyć w duchy i inne niemożliwe zdarzenia. Bohaterki odkrywają swoje tajemnice przed czytelnikiem bardzo powoli, z każdego odsłoniętego kawałka dowiadujemy się więcej o ich motywacjach i przeszłości, która doprowadziła je do tego miejsca. Na narrację książki składają się min. pamiętniki Seliny, które pisała przed odsiadką. Cała akcja toczy się bardzo powoli, nie wiadomo w zasadzie dokąd zmierza. Tzn. zmierza do końca, powalającego końca. W zwrotach akcji i zaskakiwaniu czytelnika Sarah Waters osiągnęła prawdziwe mistrzostwo. 

Polecam!

Moja ocena:5/6

czwartek, 26 stycznia 2017

Elizabeth Strout "Bracia Burgess"

Autor: Elizabeth Strout
Tytuł: "Bracia Burgess"
Wydawnictwo Wielka Litera, wrzesień 2016 

Uwaga, uwaga, uwaga: jeżeli ktoś nie chce czytać zachwytów, to musi przestać już teraz, bo dalej będą już tylko zachwyty :-)
Fantastyczna proza, ze świetnie skonstruowanymi wątkami, nieoczywistym rozwojem akcji i wydarzeniami, które pozornie nie mają znaczenia, a potem okazują się kluczowe dla historii. 
Akcja powieści rozgrywa się w Maine, jak sama go określiła Autorka w jednym z wywiadów, najbardziej białym stanie Stanów Zjednoczonych. Susan jako jedyna z trójki rodzeństwa pozostała w Shirley Falls w Main. Jej starszy brat Jim, odnoszący sukcesy, pewny siebie prawnik oraz jej brat bliźniak Bob, trochę niezdarny i zagubiony pracownik organizacji, udzielającej porad prawnych, wyjechali do Nowego Jorku. Rodzina nie żyje ze sobą zbyt blisko. Nad jej losami ciąży spowity milczeniem wypadek z przeszłości, w którym stracili ojca. Rodzeństwo spotyka się w Shirley Falls ponownie, gdy nastoletni syn Susan pakuje się w kłopoty, wrzucając do meczetu, odwiedzanego głównie przez Somalijczyków, świński łeb. 

Problemy nastolatka to historia wokół której rozwijają się kolejne równoległe wątki. Dowiadujemy się, co się stało wiele lat temu w tej rodzinie, poznajemy stosunki panujące między Susan, Bobem i Jimem. Wszystko to ma znaczenie dla akcji. Autorka przedstawia też społeczność somalijską w Maine, z jej problemami, punktem widzenia, cierpieniami i radościami. I nic w tej powieści nie jest oczywiste. Nie ma schematów na temat białych, czarnych, Europejczyków, Amerykanów czy Afrykanów. Autorka pokazuje LUDZI z ich wadami, problemami, traumami, radościami, kompleksami. Na przykładzie bohaterów stworzonych przez Elizabeth Strout, widzimy jak nieoczywiste może być  ludzkie zachowanie, jak można je mylnie interpretować poprzez stereotypy, swoistą "modę" na takie a nie inne interpretacje. Bohaterowie w "Braciach Burgess" potrafią też dostrzec ludzi cierpiących, zrozpaczonych i przestraszonych w swoich przeciwnikach i wyjść poza własne ograniczenia. Autorka stworzyła postacie głębokie, skomplikowane z całą masą wad i niedoskonałości, zmieniające się pod wpływem wydarzeń, czujące. Po prostu prawdziwe, pełnokrwiste. O każdej z nich można napisać tysiąc analiz. Wszystkie wydarzenia i wątki tworzą bardzo spójną całość, każde zdanie w tej książce ma znaczenie i sprawia wrażenie głęboko przemyślanego. A jednocześnie powieść czyta się bardzo gładko. Autorka pisze prosto, stonowanie. 

Dawno, dawno, dawno nie czytałam tak dobrej książki!!!

Moja ocena:
Absolutne 6/6!!!

czwartek, 12 stycznia 2017

Philipp Meyer "Syn"

Autor: Philipp Meyer 
Tytuł: "Syn"
Wydawnictwo Czwarta Strona, październik 2016 

Jedna z najlepszych książek 2016 roku według wszystkich. 
Ciekawą i wyczerpującą recenzję na jej temat napisał Jarosław Czechowicz na swoim blogu KRYTYCZNYM OKIEM. Szczerze polecam zajrzenie właśnie tam. 

Ja od siebie napiszę tylko trochę. Niewątpliwie ciekawa i wielowątkowa narracja, chociaż wciągałam się w opowieść przez dobre 30% książki. Mówiąc "wciągałam się" mam na myśli totalne męczarnie i przedzieranie się z bólem przez kolejne strony. Ale potem zatopiłam się już zupełnie w historię amerykańskiego Zachodu (XIX-XX wiek), przedstawioną losami rodziny McCulloughów. Opowieść o bezwzględności, honorze, dumie, wojnie, prawach silniejszego, zemście, miłości, samotności, rodzinie, wstydzie...
Ciekawych rzeczy dowiedziałam się z wywiadu, jakiego Philipp Meyer udzielił Michałowi Nogasiowi. Autor opowiadał o tym, że w amerykańskich szkołach w ogóle nie uczy się tej części historii. Uczniowie poznają Amerykę tak, jakby biali ludzie po prostu byli tu od zawsze, posiadali ziemię i urządzali cywilizację. Uczniowie nie dowiadują się o podbojach, zabieraniu ziemi Indianom i ich pogromach, czyli o prawdziwej historii zdobywania "dzikiego zachodu". Tak więc "Syn" ma wielkie walory edukacyjne również w samej Ameryce. Interesujące jest też to, jak autor przygotowywał się do napisania powieści. Aby jak najbardziej realnie opisać życie i zwyczaje Indian, nauczył się po prostu robienia tego co oni. Polował, posługiwał się bronią, oprawiał zwierzęta. Chciał dysponować oprócz wiedzy teoretycznej także osobistym doświadczeniem. Przyznać trzeba, że opisy w tym temacie są naprawdę szczegółowe i bardzo realistyczne. 

Świetna i ważna książka!
Polecam!

Moja ocena: 6/6

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Joanna Bator "Rok królika"

Autor: Joanna Bator
Tytuł: "Rok królika"
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, grudzień 2016 


Zbieram się i zbieram do napisania czegoś i chyba nie dam rady. Książkę przeczytałam, bo uwielbiam Joannę Bator i na każdą jej publikację czekam z niecierpliwością. Tym razem jednak mocno się zawiodłam. 

Książka bardzo dziwna. Autorka ciągnie w niej wątek mrocznej bliźniaczki, zapoczątkowany w powieści "Wyspa łza". Julia Mrok, popularna i lubiana pisarka romansów historycznych, postanawia uciec od swojego życia. Wyjeżdża do Ząbkowic Śląskich, w których straszy nawiedzony królik. Historia kryminalna, miłosna, dziwaczny życiowy trójkąt i plejada koszmarnych, kuriozalnych postaci. Gdy wydaje się, że kolejni bohaterowie nie mogą być tak cudaczni i posiadać jeszcze więcej bardziej absurdalnych cech, Joanna Bator udowadnia nam, że się myliliśmy. Jedynym wątkiem, który mi się podobał w tej powieści, to fascynacja Julii Mrok nagłówkami z gazet. Bohaterka uważa, że przemawiają do niej i szuka w nich ukrytych wiadomości, ale także wymyślając nowe, krzykliwe, "tabloidowe" tytuły jest w stanie skomentować każde bieżące wydarzenie. To akurat jest bardzo zabawne. A poza tym... no cóż odsyłam do recenzji Kingi Dunin, z którą się w całości zgadzam. 

Moja ocena: 3/6


poniedziałek, 26 grudnia 2016

Sarah Waters "Ktoś we mnie"

Autor: Sarah Waters 
Tytuł: "Ktoś we mnie" 
Prószyński Media, sierpień 2016 

Uwielbiam być bez reszty wciągnięta w lekturę, absolutnie i w każdej w wolnej chwili. To właśnie gwarantuje jedna z moich ulubionych Autorek: Sarah Waters. 
Lata powojenne to czas wielkich zmian społecznych. Upadają stare ziemiańskie rody, ludzie do tej pory od nich zależni, nie muszą już pozostawać na służbie, znajdują zatrudnienie w rozwijającym się przemyśle. Postęp społeczny to także lepsze warunki życia pod względem dostępu do służby zdrowia i przyzwoitych mieszkań komunalnych. Wraz z doktorem Faradayem wkraczamy w życie zubożałej arystokratycznej rodziny Ayresów. Upadający dwór, w którym mieszkają, dosłownie wysysa z nich życie. Dawniej był piękny i okazały, teraz popada w coraz większą ruinę, a jego mieszkańcy ze wszystkich sił starają się do tego nie dopuścić. Finanse rodziny są w opłakanym stanie, nie mogą sobie pozwolić na zbyt wiele służby, zresztą nikt za bardzo nie garnie się do pracy u nich. W dworze dzieją się "dziwne rzeczy", których pochodzenie trudno określić. Losy doktora (wywodzącego z rodziny sklepikarzy) zupełnie nieoczekiwanie splatają się z historią rodziny. Opisując ich relacje Autorka świetnie nakreśla klasy społeczne i różnice między nimi. Pokazuje paradoksy arystokratycznego stylu życia i mentalności tej klasy społecznej. Świetnie to widać, gdy podupadający, biedny, niemogący związać końca z końcem panicz Rod krzyczy do doktora, pochodzącego się z niższej warstwy, który swoją pozycję zawdzięcza własnej pracy i ogromnym wyrzeczeniom rodziców: "pan jest nikim". Dom wali się na głowę, mieszkańców nie stać nawet na artykuły spożywcze, ale "nie spuszczają z tonu" i zdają się nie zauważać nowych czasów: służące nadal chodzą w staromodnych czepkach, prawdę o rodzinie jest głęboko ukrywana i lęk przed tym, co powiedzą sąsiedzi nadal odgrywa ogromną rolę. 
Sarah Waters pokazuje ten odchodzący stary świat i wkradający się na jego miejsce nowy porządek. Jednocześnie trzyma czytelnika w napięciu przez całą książkę. Do ostatniej strony chcemy wiedzieć, co się właściwie dzieje w tym dziwnym, starym domostwie i jak potoczą się losy bohaterów. Od lektury dosłownie nie można się oderwać. 

Gorąco polecam!!!

Moja ocena: 6/6

Książki do opisania potem czyli nigdy :-)

Życie pokazuje, że jeśli nie napiszę czegoś o książce od razu po jej przeczytaniu, to potem jest ciężej i ciężej i nigdy nie ma czasu i pojawia się tysiąc usprawiedliwień: wyjazdy, sprzątanie, gotowanie, choroba, lenistwo, zabieganie... i tak można bez końca. 

Poniżej kilka takich przeczytanych, odłożonych na wieczne nigdy książek. 

Autor:Margaret Atwood 
Tytuł:"Serce umiera ostatnie"
Wydawnictwo Wielka Litera, kwiecień 2016
Moja ocena: 5/6

Szalona i dziwna powieść. Generalnie od wszystkiego, co ma w opisie "w niedalekiej przyszłości", uciekam jak najdalej. Po tę książkę sięgnęłam ze względu na Autorkę, którą bardzo lubię. Lektura dziwaczna, aczkolwiek z wartką, wciągającą bez reszty akcją. W kraju szaleje kryzys, bohaterowie zmagają się z problemami finansowymi i mieszkają w samochodzie. Rozwiązaniem problemu wydaje się być projekt Pozytron. Uczestnicy żyją w zamkniętym, "idealnym" miejscu. Jeden miesiąc pracują w więzieniu, a drugi żyją w przydzielonym domu. Wszystko działa sprawnie dopóki nie okazuje się, że projekt nie do końca wygląda tak, jak był zaplanowany. Bohaterowie wikłają się w różne intrygi. Książka jest po części romansem, kryminałem i w zasadzie wszystkim, co czytelnik może sobie wymyślić. Dla mnie to jednak pozycja skłaniająca do rozmyślań o tym czy człowiek potrafi żyć świadomie, czy jest "sterowalny" zewnętrznie i co jest dla niego lepsze/wygodniejsze. Polecam!

Autor: Bill Bryson 
Tytuł: "Zapiski z wielkiego kraju"
Wydawnictwo Zysk i S-ka, lipiec 2019
Moja ocena: 5/6 

Zabawna książka o Stanach Zjednoczonych. Tym bardziej śmieszna, gdyż Autor po 20 latach mieszkania w Wielkiej Brytanii wrócił do swojej ojczyzny (USA) i patrzy na nią oczami lekko zdziwionego imigranta. A że Bill Bryson słynie z ciętego humoru, mamy przy lekturze świetną zabawę. Mimo, że książka powstała wiele lat temu a ja do Stanów przybyłam dopiero niedawno, śmieszą mnie te same cechy amerykańskiego stylu życia, o których opowiada Bill Bryson. 

Autor: George Saunders
Tytuł: "10 grudnia"
Wydawnictwo W.A.B, październik 2016
Moja ocena: 6/6

Rewelacyjne, niebanalne opowiadania amerykańskiego Autora. Polecam każdemu, kto ma ochotę na powiew świeżości i wbicie w fotel. 



Autor: Eleanor Catton
Tytuł: "Próba"
Wydawnictwo Literackie, grudzień 2015
Moja ocena: 4/6 

Debiut literacki Eleanor Catton, rozsławionej dzięki znakomitej książce "Wszystko co lśni". W miasteczku doszło do skandalu: nauczyciel współżył seksualnie ze swoją uczennicą. Na podstawie tego wydarzenia studenci ze szkoły aktorskiej przygotowują swoje przedstawienie. Koleżanki ofiary to uczennice gry na saksofonie, które na każdej lekcji zwierzają się swojej nauczycielce. Opowiadają o swoich przeżyciach, informują o kolejnych wydarzeniach "w sprawie". Narracja nauczycielki przeplata się ze scenami ze szkoły aktorskiej, gdzie pierwszoroczniacy poznają granice sztuki (lub ich brak) i próbują się odnaleźć w życiu szkoły. Mnie się konwencja tej książki zupełnie nie podobała. Tak naprawdę byłam znudzona od początku do końca. A do nauczycielki saksofonu czułam totalną antypatię. 



Autor: Sylwia Kubryńska
Tytuł: "Biurwa"
Wydawnictwo Czwarta Strona, wrzesień 2016 
Moja ocena: 4/6 

Trzecia z książek Autorki o kobietach, przedstawiająca totalny w.... na życie. Tym razem o absurdzie tzw. pracy w urzędzie, samotnym macierzyństwie i marzeniach romantycznej miłości. 


czwartek, 15 grudnia 2016

Melanie Raabe "Pułapka"

Autor: Melanie Raabe
Tytuł: "Pułapka"
Wydawnictwo Czarna Owca, kwiecień 2016

"Miły" kryminał na dwa albo trzy wieczory. Linda Conrad jest znaną i popularną pisarką. Wiedzie samotne życie, zamknięta w wielkim domu z pięknym widokiem. Nie może dojść do siebie po morderstwie sprzed lat. Ciągle pamięta miejsce zbrodni, na którym widziała swoją zabitą siostrę i uciekającego zabójcę. Pewnego dnia przypadkowo rozpoznaje mordercę w jednej z popularnych osobowości telewizyjnych. Postanawia go złapać, pisząc thriller, skierowany właśnie do niego. Zapowiada się ciekawie i tak jest. Napisałam, że kryminał jest "miły", bo nie biegają w nim seryjni mordercy, wymyślający coraz bardziej przerażające zbrodnie i tortury dla ofiar, krew nie leje się strumieniami. Jest za to sporo psychologii, ciekawie skonstruowane wątki. Do ostatniej chwili nie wiemy czy główna bohaterka jest obłąkana, a wszystko jest produkcją jej wyobraźni, czy jednak naprawdę rozpoznała mordercę w znanym człowieku. Lektura trzyma w napięciu a czytelnik wraz z rozwojem akcji i kolejnymi argumentami przychyla się ku jednej lub ku drugiej opcji. 

Polecam!

Moja ocena: 5/6

niedziela, 4 grudnia 2016

Maryla Szymiczkowa "Rozdarta zasłona"

Autor: Maryla Szymiczkowa 
(Jacek Dehnel; Piotr Tarczyński)
Tytuł: "Rozdarta zasłona"
Społeczny Instytut Wydawniczy "Znak", październik 2016

Profesorowa Zofia Szczupaczyńska po brawurowym, prowadzonym na własną rękę śledztwie, zakończonym odkryciem prawdziwego sprawcy morderstw w Domu Helclów, cieszy się już w środowisku krakowskich sędziów i stróżów prawa zasłużonym szacunkiem i uznaniem. "W Rozdartej zasłonie" ponownie będzie musiała wziąć na siebie rozwikłanie zagadki kryminalnej, tym bardziej, że dotyczy jej służącej Karolci. Sama intryga jest oczywiście bardzo ciekawa, ale to co mi osobiście w tej powieści podoba się najbardziej to tło historyczne i zanurzenie Zofii Szczupaczyńskiej w prawa kobiet i feminizm (chociaż bohaterka tak siebie jednak nie nazywa). Poważna krakowska matrona, profesorowa (!) zostaje zmuszona do zmierzenia się ze światem, o którym damie z dobrego towarzystwa nie wypada nawet myśleć. Prostytucja, handel kobietami, stręczycielstwo to dla Zofii Szczupaczyńskiej zdecydowanie nowe zagadnienia. Podoba mi się, że Bohaterka na co dzień żyjąca w świecie śniadań na czas, polerowania sreber, mycia czystych okien, smażenia słynnych powideł i utyskiwania na służące, potrafi sama analizować informacje i oceniać wydarzenia, a jej wiedza o świecie staje się szersza i głębsza. Zofia przekonuje się, że prostytutki nie zawsze są pięknościami i że w większości wykonują swój zawód zmuszane do tego siłą. A praprzyczyną tego stanu jest niewyobrażalna bieda i pochodzenie tych dziewczyn. Bohaterka widzi "szacownych" mężczyzn stojących za losem wykorzystywanych kobiet i nie godzi się z tym. Jej świadomość znacząco rośnie: nie czerwieni się na brzmienie słów, których przy damie wypowiadać nie wolno. Zachowuje się jak profesjonalny śledczy, zachęca zaangażowanych w śledztwo mężczyzn do rozmawiania z nią otwarcie i rzeczowo, bez zbędnych przemilczeń, uogólnień czy eufemizmów. Tradycyjną krakowską matronę gra tylko przed mężem, nie bojąc się przy tym stosowania podstępnych środków, aby tylko uśpić mężowską czujność i nie wzbudzać zbytnich podejrzeń, dotyczących jej eskapad po Krakowie. 
Zofia Szczupaczyńska nie nazywa siebie feministką, ale widzi nierówne traktowanie kobiet, szczególnie tych najsłabszych. Każde przeprowadzone śledztwo sprawia, że "czuje się mniej sobą". Przyznaje, że prowadzenie domu ją nudzi, że lubi jak coś się dzieje. Porzuca nawet gotowanie słynnych na cały Kraków powideł śliwkowych na rzecz zdobycia informacji niezbędnych do wykrycia sprawców morderstwa Karolci. 
Jeśli będzie kolejna część i jeśli Autorzy pójdą tą drogą, to spodziewam się, że Bohaterka będzie już zdeklarowaną feministką. A nawet jeśli nie, to przypuszczam, że będzie otwarcie głosić, że są rzeczy ciekawsze niż prowadzenie domu i szorowanie sreber. 
Mam nadzieję, że Autorzy w niezbyt długim czasie pozwolą nam się o tym przekonać. 
Fantastyczna lektura!!!
Gorąco polecam!

Moja ocena: 6/6