poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Anna Kańtoch "Łaska"

Autor: Anna Kańtoch 
Tytuł: "Łaska" 
Wydawnictwo Czarne, luty 2016

Uwielbiam takie odkrycia. To pierwsza książka Anny Kańtoch, jaką miałam przyjemność przeczytać, ale na pewno nie ostatnia. Nie sięgnę z pewnością po science fiction Autorki, ale po kolejne kryminały jak najbardziej. "Wiara" już czeka na kindlu. W czasach studenckich zarywanie nocy, żeby skończyć pasjonującą książkę, nie było dla mnie czymś szczególnie wyjątkowym. Odkąd jestem mamą, nie pozwalam już sobie na takie ekstrawagancje, a sen jest ciągle na wagę złota. I mimo, że od kilku miesięcy udaje mi się przesypiać w miarę normalnie noce, to ciągle jeszcze z trudem ogarniam ten luksus. Powyższy przydługi wywód o śnie jest wstępem do największej pochwały, jakiej mogę udzielić książce: zawaliłam dla niej noc. 

Bohaterką powieści jest skromna, samotna nauczycielka, która zmaga się z przeszłością. Jako małe dziecko zniknęła w lesie na kilka dni, wróciła zakrwawiona i nie pamięta co się z nią działo. Teraz jako trzydziestoletnia kobieta pojawia się ponownie swojej rodzinnej miejscowości by opiekować się schorowaną ciotką i uczyć w miejscowej szkole podstawowej. Zima nie jest najlepszym czasem dla bohaterki. Każdego poranka wstanie z łóżka jawi się jako przeszkoda nie do pokonania, a bywają dni, że lepiej wymówić się zwolnieniem, albo zrobić dzieciom kartkówkę, żeby tylko nie trzeba było prowadzić lekcji. Na jednym z takich sprawdzianów chłopiec zamiast odpowiedzi na pytania rysuje Kartoflanego Człowieka, którego Maria jako mała Marysia spotkała wiele lat temu w lesie. A potem w miasteczku zaczynają ginąć dzieci, atmosfera się zagęszcza, mieszkańcy żyją w coraz większym strachu, wydaje się, że Maria jest kluczem do tej zagadki. Trwa wyścig milicji z mordercą. 
Wielka zaleta tej książki to skromni, "normalni" bohaterowie, a także epoka sama w sobie - rok 1985 - prowincjonalne miasteczko w Polsce z jego "smaczkami". W domu jednego z bohaterów oznaki szalonego luksusu: kolorowy telewizor i magnetowid. Poza tym autobus jeździ raz na godzinę albo wcale, w sobotę wszyscy stoją w kolejkach i biorą co akurat jest, główna bohaterka pije kawę, bo dzięki znajomości ze sprzedawczynią z pawilonu handlowego dostaje ją spod lady, na milicji ciągle pracuje mało kobiet, a jeśli już są, to głównie wyznaczane do roli parzenia ciepłych napojów itd. Bardzo bogate i realistyczne tło społeczne: czytelnik zagląda do domów wielu przeciętnych rodzin z ich problemami i przekonaniami, że brudy się pierze pod własnym dachem. Wszystkie wątki są ze sobą bardzo logicznie połączone i prawie do samego końca nie wiadomo kto jest mordercą. 

Lubię, jak mnie książka tak zasysa :-)
Bardzo, bardzo polecam!

Moja ocen:6/6



piątek, 18 sierpnia 2017

Kolejny międzyczas...

Kolejny międzyczas, czyli bezowocne próby opisywania wszystkich książek zaraz po skończeniu lektury. 
Poniżej dwie, które leżą już przez jakiś moment na kupce "przeczytane do opisania". Ponieważ życie pokazuje, że raczej dane im tam będzie zostać dłużej, zamieszczam chociaż krótkie notki :-)


Autor: Dawid Grosman 
Tytuł: "Wchodzi koń do baru" 
Świat książki, maj 2016
Moja ocena: 5.5/6

Dawid Grosman dostał za tę książkę w tym roku Międzynarodowego Bookera i to właśnie była moja motywacja do przeczytania. Świetna, ale ciężka proza. Zgromadzeni w barze/klubie widzowie przyszli popatrzeć na podstarzałego komika i oczekują lekkiego, zabawnego przedstawienia, które zapewni im miły i relaksujący wieczór. Tymczasem aktor zaczyna wracać do swojego dzieciństwa i do "wyboru" jakiego wtedy dokonał. Rozkłada to wszystko na czynniki pierwsze i robi to tak, że czytelnikowi aż skręca wnętrzności. Naprawdę momentami trzeba tą książkę odłożyć na bok. W miarę jak bohater "rozsypuje się" na scenie, czytelnik coraz bardziej odczuwa jego tragedię. Świetnie opisane emocje, Autor mistrzowsko się w nie "wkręca" i rozbebesza je. Taka cielesna proza, odczuwalna do krwi, nie żadne prześlizgiwanie się po powierzchni. Polecam!



Autor: Benedict Wells 
Tytuł: "Koniec samotności" 
Wydawnictwo Muza, kwiecień 2017
Moja ocena: 4.5/6

A to po prostu piękna i wzruszająca momentami książka. Trójka rodzeństwa po śmierci rodziców trafia do internatu. Każde dziecko inaczej układa sobie relacje z rówieśnikami i na różne sposoby radzi z utratą rodziny a potem buduje dorosłe życie. Czy jest możliwe uporanie się z taką tragedią? Książkę czyta się bardzo dobrze, naprawdę wciąga. Jednak już na koniec doszłam do wniosku, że trochę w niej za dużo powtarzalnych schematów, ckliwych wyciskaczy łez i nieprawdopodobnych zdarzeń. Aczkolwiek pochłania. Określiłabym ją jako dobrej jakości czytadło. 



czwartek, 17 sierpnia 2017

Aleksandra Lipczak "Ludzie z placu słońca"


Autor: Aleksandra Lipczak
Tytuł: "Ludzie z placu słońca"
Fundacja Instytut Reportażu
(Dowody na istnienie), maj 2017

17 sierpnia 2017: miałam napisać o reportażach Aleksandry Lipczak z Hiszpanii, rozpoczyna się literacki Sopot, którego tematem przewodnim w tym roku jest literatura hiszpańskojęzyczna, a tymczasem dzisiaj Hiszpania to przede wszystkim Barcelona i Las Ramblas - centrum miasta - gdzie o 17.20 rozpędzona furgonetka wjechała w spacerujący tłum. W mieście chaos i panika... 13 osób zabitych, 50 rannych... 

Reportaże Aleksandry Lipczak, to lektura i dla wielbicieli Hiszpanii, i dla tych, którzy o tym kraju wiedzą niewiele. Autorka porusza bardzo wiele tematów i nie chcę tutaj opowiadać o wszystkich, ale poruszę kilka, szczególnie dla mnie interesujących. 
Hiszpańskie bary - fantastyczne miejsca - zawsze! Są wszędzie. Można po prostu wejść, usiąść, coś wypić, zjeść albo i niekoniecznie, pogadać. Tam się często zaczyna i kończy dzień. Autorka podaje, że w Hiszpanii jest więcej barów niż w całych Stanach Zjednoczonych, a na jednego mieszkańca kraju przypada średnio najwięcej barów na głowę, biorąc pod uwagę wszystkie państwa na świecie. No cóż... kto był w Hiszpanii, wie, że tak po prostu jest. Na lekcjach duńskiego w szkole w Helsingorze w Danii, spotykałam wielu Hiszpanów i ich szoku kulturowego nie było w stanie nic złagodzić: jak to o 19 wszystko (restauracje, sklepy itd.) się zamyka? No, jak to???

Kryzys mieszkaniowy - Pamiętam jak wiele lat temu polscy deweloperzy zachwycali się Hiszpanią i jej mieszkaniowym boomem. Porównywali ze sobą te dwa państwa, marzyli by Polska była drugą "mieszkaniową Hiszpanią". Tymczasem bańka pękła, zostawiając za sobą upiorne miasta widma oraz tysiące ludzi zmuszonych do eksmisji i zostających z długami do końca życia, a także należące do banków pustostany, których nie ma komu sprzedać. Kryzys to rozpacz, samobójstwa zdesperowanych bankrutów, brak perspektyw na własne M, zwłaszcza wśród młodych, z których w najgorszym okresie co trzeci nie pracował, ale także ludzka solidarność... której uosobieniem jest...

Ada Colau - obecna burmistrzyni Barcelony, pierwsza w historii kobieta na tym stanowisku. Stworzyła ruch społeczny do obrony przed hipotekami. Udowodniła, że ludzka solidarność istnieje i może realnie wpływać na rzeczywistość. W czasie szalejącego kryzysu mieszkaniowego wraz z innymi aktywistami blokowała eksmisje, negocjowała z bankami, udzielała porad prawnych. Placówki jej organizacji powstały w kilkuset miejscach w Hiszpanii, by wspierać ludzi w walce o dach nad głową. W 2015 roku wygrała wybory na burmistrzynię Barcelony. Jestem bardzo ciekawa jak sobie poradzi, jak jej ideały przetrwają w zderzeniu z brutalną polityką. Obiecała pozostać przy ludziach, słuchać ich problemów. Tak robi póki co, czego efektem jest walka miasta z przytłaczającą ilością turystów w Barcelonie. U mnie na start ma punkty za gender i zdecydowany sprzeciw wobec machlojek banków. Kibicuję jej po prostu! 

Reportaże Aleksandry Lipczak to znacznie więcej oczywiście. Zachęcam do przeczytania. Minusem książki jest straszliwy chaos: rwanie wątków, przeskakiwanie z kwestii na kwestię, sygnalizowanie jakiś spraw i nie zagłębianie się w nie. Powiedziałbym, że takie rozbiegane to wszystko. Ale przeczytać na pewno warto. 

Moja ocena: 4.5/6 



czwartek, 10 sierpnia 2017

Jussi Valtonen "Nie wiedzą, co czynią"


Autor: Jussi Valtonen 
Tytuł: "Nie wiedzą, co czynią"
Wydawnictwo W.A.B, luty 2017 

Powieść wielowątkowa, wielopłaszczyznowa i wielowymiarowa. Długaaaaaa, żmudna w czytaniu, niepochłaniająca bezdennie, ale mimo wszystko wciągająca i warta przeczytania. I ważna, zmuszająca do przemyśleń. 
Joe, młody Amerykanin i świetnie zapowiadający się naukowiec, poznaje Finkę Alinę i wyjeżdża z nią do Finlandii, rozpoczynając tam swoje życie rodzinne i karierę zawodową. Decyzja wynikająca nie tylko z miłości, ale także z lekkiej chęci zrobienia na złość rodzicom. Rzeczywistość jednak dość szybko weryfikuje oczekiwania: fiński uniwersytet nie jest najbardziej sprzyjającym miejscem do pracy zawodowej, a bycie ojcem i mężem też nie okazuje się specjalnie łatwe. Joe po wielu rozterkach, postanawia wrócić do ojczyzny, zostawiając Alinę z małym synkiem Samuelem. W Stanach ratuje swoją karierę i zostaje cenionym naukowcem, żeni się też drugi raz i ma dwie córki. Wątek fińsko - amerykański przewija się przez całą powieść. Dla mnie jest szczególnie interesujący z racji miejsca gdzie mieszkam (USA) oraz miejsca, gdzie mieszkałam do niedawna (Dania). Co prawda do Finlandii kawałek, ale mentalność "skandynawska" - nazwijmy to tak w wielkim uproszczeniu - zaprezentowana jest tutaj bardzo ciekawie. Autor z ogromnym poczuciem humoru i nieskrywaną złośliwością zestawia ze sobą te dwie kultury. Pokazuje jak Amerykanin czuje się w fińskim dusznym, zamkniętym społeczeństwie, gdzie człowiek nie mówiący po fińsku i nie znający na wylot fińskich zwyczajów, "nie ma żadnych szans". Jak ciężko się "nieswojemu" przebić zarówno w towarzystwie, jak i pracy zawodowej, zwłaszcza, gdy niewiele osób jest otwartych na zmiany, a jakakolwiek rywalizacja w ogóle nie wchodzi w grę. Drugi mąż Aliny (psychoterapeuta) też jest takim trochę "skandynawskim upiorem", dla mnie metaforą ciągłych, wszechobecnych analiz, przepracowywania siebie, niekończących się dyskusji i zebrań, z których nic nie wynika. Dostało się fińskiemu społeczeństwu, dostało się Amerykanom. Wątek rewelacyjny! 
Poza tym szeroko rozważana jest kwestia badań na zwierzętach, czy są konieczne dla postępu cywilizacji, czy można je usprawiedliwiać, łagodzić, czy na wszystkie trzeba wyrażać zgodę, czy różni ludzie wykorzystujący zwierzęta do pracy, robią to tak samo, z takich samych pobudek. Dalej pojawia się odpowiedzialność naukowców za swoją pracę. Co jeśli wyniki badań zostaną wykorzystane wbrew pierwotnym zamiarom?! W powieści efekty pracy Joe powracają w postaci "uderzenia" w jego córki za pomocą wielofunkcyjnego eksploratora wrażeń, który totalnie pochłania życie nastolatki. Bohaterowie książki to także aktywiści, "ekolobbyści" i zwykli terroryści, organizujący bezsensowne zamachy w imię "wyższych" celów. 
A poza tym to książka o zerwanej bardzo wcześnie relacji ojciec - syn i matce, słabej, niepewnej siebie kobiecie, która nie potrafiła sytuacji udźwignąć, a swoimi lękami przeszkodziła w utrzymaniu tej tlącej się jeszcze ostatkiem sił więzi. Dużo tutaj o samotności, o tym, że nawet mieszkając z kimś pod jednym dachem, nie wiemy, jakie emocje i myśli się w  nim gotują. Nie znamy się, nie słuchamy się, okopujemy się w swoich poglądach i opiniach i nie dajemy innym szans, na przedstawienie własnych prawd, a przez to zamykamy się na jakikolwiek dialog. 
Powieść pokazuje nam także, jak bardzo jesteśmy pod wpływem korporacji i treści, przez nie dostarczanych, jak można nami manipulować i jak nasze działania nie mają znaczenia (a może mają?). 
W "Nie wiedzą, co czynią" na nie ma jednoznacznej odpowiedzi na nic. Książka zostawia nas z mnóstwem przemyśleń i pytań. Lubimy o sobie myśleć dobrze, ale czy naprawdę jesteśmy dobrzy (a może czasem wolimy nie wiedzieć) i czy wszystko jest takie, jak nam się wydaje... 

Polecam

Moja ocena: 5,5/6

PS. Polecam też profesjonalną recenzję na stronie: Krytycznym Okiem




poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Ferdinand von Schirach "Przestępstwo", "Wina"

Autor: Ferdinand von Schirach
Tytuł: "Przestępstwo"
Wydawnictwo W.A.B, lipiec 2011 
Moja ocena: 6/6





Autor: Ferdinand von Schirach
Tytuł: "Wina"
Wydawnictwo W.A.B, maj 2012
Moja ocena: 6/6

Opowiadania kryminalne niemieckiego adwokata Ferdinanda von Schiracha "Przestępstwo" i "Wina" to literatura doskonała! Krótkie historie, które tną jak brzytwa i zostawiają czytelnika z przemyśleniami na cały dzień. Raz, dwa, trzy i po sprawie, wszystko jasne, tylko ciężko potem zastanawiać się nad czymś innym. Bardzo oszczędny język, bez zbędnych słów i niepotrzebnych ozdobników - konkret, czyli to co ja uwielbiam najbardziej. W opisie "Przestępstwa" czytamy: "W krótkiej, prostej i mocnej fabule pojawia się także szary, przeciętny i na pozór nieefektowny bohater - jest nim kodeks, prawo, system". Ja dodałabym jeszcze sprawiedliwość, która z tym "nieefektownym bohaterem" dosyć często nie miewa po drodze. Fantastyczne! Aczkolwiek każda z tych książek to lektura na jeden wieczór tylko. 

Polecam!!!

piątek, 21 lipca 2017

Roxane Gay "Hunger: A Memoir of (My) Body"

Autor: Roxane Gay 
Tytuł: "Hunger: A Memoir of (My) Body"
Wydawnictwo : Harper Collins, czerwiec 2017

Każdy kto mnie zna, wie, że jestem kobietą wielu diet, przeważnie kończących się porażkami. Ale ciągle mieszczę się w przepisowych wartościach BMI. Przekonanie o potrzebie schudnięcia towarzyszy mi od zawsze. Po roku mieszkania w USA stało się to pilne. Póki co odnotowuję sukcesy i żądna kolejnych "trzymam się planu odchudzania". Będąc już na diecie, znowu mając wyrytą w pamięci zawartość cukru we wszystkich produktach, wpadłam w księgarni na książkę amerykańskiej feministki Roxany Gay "Hunger". Już z okładki dowiemy się, że nie jest to zapis cudownego chudnięcia i że nie będzie na końcu zdjęcia w spodniach za dużych o kilkanaście rozmiarów. Nie jest to też opowieść o akceptacji i cieszeniu się życiem w ciele o wiele za dużym.

Ja, powielając wszystkie najgorsze stereotypy, też myślę widząc ludzi postury Roxane Gay: "jak można się doprowadzić do takiego stanu?!" Kupiłam "Hunger", żeby spojrzeć na temat z drugie strony, że spróbować zrozumieć.

Autorka, feministka, uznana pisarka, wykładowczyni akademicka opowiada jak doszło do tego, że zaczęła niepohamowanie jeść. Historia wstrząsająca: Roxane Gay jako 12-letnia dziewczyna została zbiorowo zgwałcona przez swojego chłopaka i jego kolegów. A potem żyła z tym sekretem sama przez wiele lat, obarczając się winą za to, co się stało, niezdolna wyznać wszystkiego kochającej i wspierającej rodzinie. Jedzenie było ucieczką, odpowiedzią na samotność, a ciało miało służyć jako twierdza, której nikt już nie sforsuje, nie pokona, nie przestraszy, dlatego musiało rosnąć i zabierać coraz więcej miejsca. Autodestrukcja Autorki, poczucie, że jest nikim i na nic dobrego nie zasługuje trwało wiele lat i chyba jeszcze nie udało się go przezwyciężyć. "Pamiętnik" Roxane Gay pokazuje też jak ciężko jest być osobą otyłą na co dzień, być widzianym w każdej sytuacji tylko przez pryzmat wagi. Tak jakby konkretna kobieta ze swoją osobowością, potrzebami, emocjami nie istniała poza dużym ciałem. Książka uzmysławia też z jakimi problemami praktycznymi osoby tak bardzo otyłe codziennie się borykają: za małe krzesła wszędzie (począwszy od restauracji a skończywszy na fotelach u lekarzy), za krótkie pasy bezpieczeństwa w samolotach, za małe opaski do mierzenia ciśnienia w gabinetach lekarskich, podesty, na które nie można wejść, strach przed drzwiami - czy aby na pewno będą wystarczająco szerokie, nie mówiąc już o pouczaniu ze strony przygodnych ludzi na temat ich wagi i wyglądu, szeptach za plecami, czyli mówiąc krótko: życie w ciągłym poniżeniu. Książka bardzo ważna: określana już mianem "najbardziej feministycznej" w dorobku Autorki, ale przede wszystkim pozwalająca chociaż trochę wczuć się w sytuację osób otyłych i być może wykazać zachowania empatyczne, gdy kiedyś taką osobę spotkamy. 

Polecam!
Moja ocena: 5/6




poniedziałek, 17 lipca 2017

Przeczytane w międzyczasie...

I znowu to samo... brak czasu na dłuższe wypowiedzi na blogu, a kupka przeczytanych rośnie. 
Ale chociaż krótko o każdej książce, tym bardziej, że to najwyższa czytelnicza liga. 

Autor: Łukasz Orbitowski
Tytuł: "Inna dusza"
Wydawnictwo Od Deski do Deski, czerwiec 2015
Moja ocena: 6/6

"Inna dusza" ukazała się w serii na faktach wydawnictwa od Deski do Deski. Różni pisarze wzięli na warsztat "słynne" zbrodnie, które w swoim czasie wstrząsnęły opinią publiczną w Polsce i przedstawili ich fabularyzowane wersje. Łukasz Oribitowski przenosi nas do Bydgoszczy z początku lat 90tych. W książce nie ma typowej zagadki kryminalnej. Wiadomo, że zbrodnia się wydarzy, nawet jeśli nie zna się sprawy, wiadomo kto ją popełni. To co mnie urzekło w tej powieści, to klimat beznadziei najgorszych bydgoskich dzielnic tamtych lat: początek kapitalistycznych przemian i ludzie, którzy nie wiedzą jak się w nich odnaleźć, najtańszy alkohol sprzedawany na zeszyt i pełne studium rodziny alkoholowej. Mrok, beznadzieja i zero perspektyw. To się po prostu nie może dobrze skończyć. Polecam! Świetna pozycja!


Autor: Wojciech Kuczok
Tytuł: "Czarna"
Wydawnictwo Od Deski do Deski, maj 2017
Moja ocena: 4,5/6
Podobnie jak Łukasz Orbitowski Wojciech Kuczok pisze o sprawie, która wydarzyła się naprawdę. Ciekawie opowiedziana historia. Jeżeli ktoś nie wie, jakie wydarzenia miały miejsce w rzeczywistości, to do praktycznie do ostatnich stron pozostanie w niewiedzy. Z opowieści Kuczoka "płynie przesłanie/rada": nie igraj z emocjami. Polecam!


Autor: Dorota Masłowska 
Tytuł: "Jak przejąć kontrolę nad światem nie wychodząc z domu"
Wydawnictwo Literackie, maj 2017
Moja ocena: 6/6

Zebrane felietony Doroty Masłowskiej, wcześniej publikowane w internetowym wydawnictwie: Dwutygodnik.com oraz kilka dodanych na potrzeby tej publikacji. Uwielbiam ten język: pełen pasji, zjadliwy, momentami zakręcony, bardzo dosadny. Czyta się świetnie! Gorąco polecam! 






Autor: Sarah Moss
Tytuł: "Nocne czuwanie" 
Wydawnictwo Czwarta Strona, maj 2017 
Moja ocena: 4,5/6 

Paulina Surniak z Miasta Książek zachwyciła się Autorką Sarah Moss wiele lat temu. A niedawno przetłumaczyła jej książkę "Nocne czuwanie" dla Wydawnictwa Czwarta Strona. Mnie powieść się bardzo podobała i nie żałuję, że przeczytałam, ale do zachwytów daleko. Historia naukowczyni, która spędza lata na odziedziczonej przez męża wyspie, próbując jednocześnie zajmować się dziećmi i pisać książkę. Gdy przypadkiem natrafia na zakopane w ogrodzie ciało małego dziecka, uruchamia się jej historyczna smykałka i docieka co się stało. Powieść bardzo ciekawie skonstruowana, mądra ale ja chyba nie jestem w dobrym momencie życia na takie lektury. Opisy zmagań z dziećmi mnie przerastały. Po prostu mam to na co dzień i chyba wystarczy. Ale na pewno pozycja warta przeczytania. 











środa, 28 czerwca 2017

Jon Ronson "Wstydź się"

Autor: Jon Ronson 
Tytuł: "Wstydź się" 
Wydawnictwo Insignis, kwiecień 2017

W którymś z numerów Wysokich Obcasów ukazał się wywiad o takim tytule: Jon Ronson, autor książki "Wstydź się!": Motłoch w internecie to jesteśmy my, a nie jacyś oni. Zabrzmiało interesująco. Po przeczytaniu rozmowy z Jonem Ronsonem byłam pewna, że ta książka to pozycja obowiązkowa, zwłaszcza dla użytkowników mediów społecznościowych i osób ogólnie aktywnych w sieci. Autor opisuje wstyd, jako jedną z najpotężniejszych sił, wpływających na ludzkie zachowania i decyzje. Publiczne zawstydzanie było powszechnie stosowaną karą, której cywilizowane społeczeństwa stopniowo zabraniały stosować w XIX - XX wieku. Wystawieni na publiczne upokorzenie ludzie mieli jednak tą przewagę nad współczesnymi użytkownikami Twittera czy Facebooka, że ich wina była wcześniej udowodniona w sądzie, mieli szansę przyprowadzenia świadków, odpowiedzenia na pytania i wyjaśnienia sytuacji. Tymczasem w mediach społecznościowych każda wypowiedź może się zakończyć hejtem i to nie tylko tym wirtualnym. Już historia przytoczona przez Autora w wywiadzie jest niesamowita: nudząca się na lotnisku, przed wylotem na wakacje do Afryki Południowej, Justine Sacco wrzuciła na Twittera żart, który był nieudolnym/źle sformułowanym, ale jednak tylko żartem na temat uprzywilejowanej sytuacji białych kobiet. Został opacznie odczytany jako obrzydliwy, rasistowski komentarz. Gdy niczego nieświadoma Justine wysiadła kilka godzin później z samolotu, jej twitta przeczytało ponad milion osób, ktoś czekał na nią na lotnisku, zrobił jej zdjęcie i wrzucił do sieci, musiała skrócić wakacje, bo ludzie bojkotowali hotele, w których się zatrzymywała, została zwolniona z pracy, prawie rok nie wychodziła z domu, wszystko przypłaciła depresją. Wylała się nie nią fala hejtu, od zwykłych ludzi, przekonanych, że robią coś dobrego, bo takie rasistki nie powinny funkcjonować w społeczeństwie. "Autorka afery" nie miała żadnej możliwości obrony. Nikogo nie interesowało, że nie ma poglądów rasistowskich, że to był niefortunny żart. Życie tej kobiety zostało zamienione w koszmar. Autor poznał Justine Sacco osobiście, spędził z nią wiele czasu, podobnie jak z innymi swoimi bohaterami, którym niefortunne wypowiedzi w sieci, zrujnowały życie. Jak mówi Jon Ronson w przytoczonym wywiadzie: "gdy jesteś oskarżony w internecie, nie masz żadnych praw". 
"Podobno internet jest stworzony dla nas. To najbezczelniejsze kłamstwo, jakie słyszałem. Lubimy myśleć o sobie jako o ludziach, którzy sami dokonują swoich wyborów, kierują się własnym gustem i sami dobierają sobie internetowe treści. Ale tak naprawdę nie chodzi tu o nas. Tu chodzi o wielkie korporacje, które kontrolują przepływ danych". I na tych danych zarabiają: na naszych kliknięciach, kreowaniu afer, napędzaniu ruchu na stronach czy to rzeczywistym, czy wyimaginowanym bohaterom lub "aferzystom". 
Problemem w mediach społecznościowych zawsze jest to, że są to to tylko wyrywki i fragmenty, odizolowane, bez kontekstu, przepuszczone przez filtr oceniającego, jego wizję świata, jego doświadczenie, jego wyobraźnię i jego ograniczenia. Cały kontekst pozostaje poza wiedzą użytkownika, albo jest przez niego tworzony na "potrzeby chwili", dopowiadany i często nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Dobrzy ludzie chcą robić dobre rzeczy i szkalują "winnych". "Zawstydzanie może być jak zniekształcające lustro w wesołym miasteczku -zwykłych ludzi zamienia w szkaradne monstra". Warto sięgnąć po książkę Jona Ronsona, żeby na przykładzie przedstawianych przez niego historii, to zrozumieć. "Wstydź się!" to moim zdaniem też fantastyczna lektura pomagająca uzmysłowić sobie, jak łatwo można zostać zmanipulowanym, nie tylko na Facebooku czy Twitterze. Mnie się już nie raz zdarzało czytać tekst, z którym się "absolutnie zgadzałam". Po czym po kilku dniach, pojawiała się do niego polemika i moje "absolutnie" trochę się chwiało. Jak mylne może być wrażenie po przeczytaniu postu na Facebooku albo po rzuceniu okiem na zamieszczone zdjęcie, przekonamy się po lekturze "Wstydź się!". A czyta się świetnie! Autor wciąga nas całkowicie w historie swoich bohaterów, a wszystko doprawia fantastycznym humorem. 

Polecam!

Moja ocena: 6/6


czwartek, 15 czerwca 2017

Elizabeth Strout "Anything Is Possible"

Autor: Elizabeth Strout
Tytuł: "Anything Is Possible"
Wydawnictwo Random House, kwiecień 2017

"Mam na imię Lucy" to wg Magazynu Książki najlepsza powieść 2016 roku w Polsce. Zgadzam się z tym, chociaż ogólnie uważam, że "naj" powinno przyznawać się co najmniej 20-30 pozycjom, wtedy byłoby "sprawiedliwiej". Ale wysoka lub najwyższa lokata "Mam na imię Lucy" we wszystkich możliwych rankingach jest jak najbardziej zrozumiała. Autorka w tym roku powróciła z "kontynuacją". W "Mam na imię Lucy" w ciągu pięciu nocy, kiedy bohaterka leży w szpitalu, a przy jej łóżku czuwa dawno niewidziana matka, dowiadujemy się o jej niezbyt szczęśliwym dzieciństwie. W "Anything Is Possible" Lucy Barton jest już uznaną pisarką, mieszkającą w Nowym Jorku, uczestniczącą w promocjach swoich powieści i spotkaniach autorskich. Przy okazji wydania wspomnień, wraca do swojej rodzinnej miejscowości Amgash, Illinois aby odwiedzić mieszkających tam ciągle brata i siostrę. Samej Lucy "niewiele jest w tych opowiadaniach". Poznajemy ją poprzez mistrzowsko zaprezentowane i splatające się ze sobą historie mieszkańców, z których każdy jakoś Lucy pamięta. Elizabeth Lowry w The Guardian napisała, że "to opowieść o zwykłych ludziach, poddanych nieprzeciętnemu cierpieniu, którym czasami udaje się to przetrwać". Poszczególni mieszkańcy Amgash mogą przeczytać swoje historie, odkryć nieznane fakty we wspomnieniach opublikowanych przez Lucy.
Elizabeth Strout jest "moim zeszłorocznym objawieniem". Główną zaletą jej prozy jest nieprzegadanie. Dawno nie czytałam czegoś tak oszczędnego w słowa, a jednocześnie tak dosadnie trafiającego w punkt. Ja, jako wielbicielka fikcji, ale jednak niezbyt odległej od rzeczywistości (co np uniemożliwia mi jakąkolwiek przyjaźń z fantastyką), doceniam w powieściach Autorki zanurzenie w prostej, przyziemnej codzienności tzw. "zwykłych ludzi" z ich problemami, rozterkami i czasami też radościami. Podoba mi się również to w jaki sposób Elizabeth Strout "wydobywa" dla czytelników historie swoich bohaterów. Dużo wątków nie jest przedstawionych wprost, trzeba je sobie posklejać z różnych kawałków, aby otrzymać całość, niekiedy powalającą.


Gorąco polecam!!!



Moja ocena: 6/6

Magda

piątek, 26 maja 2017

Magdalena Niedźwiedzka "Maria Skłodowska - Curie"


Autor: Magdalena Niedźwiedzka
Tytuł: "Maria Skłodowska - Curie"
Wydawnictwo Prószyński Media, luty 2017

Czy dwukrotna laureatka Nagrody Nobla z fizyki i chemii może poza wszelką logiką oszaleć z miłości do żonatego kobieciarza i łatwo sterowalnego "pantoflarza"? Okazuje się, że tak. Na tych burzliwych latach z okresu życia wielkiej naukowczyni skupia się powieść Magdaleny Niedźwiedzkiej. Po tragicznej śmierci męża Piotra Curie, Maria Skłodowska - Curie związała się ze słynnym fizykiem Paulem Langevinem, ojcem czwórki dzieci. Ich romans wywołał skandal we Francji. Żona naukowca szalała, starając się ze wszystkich sił zemścić na kochance męża. Doprowadziła do publikacji listów, które wymieniali, dostarczając "gorących" tematów paryskim codziennym brukowcom. Maria Skłodowska - Curie musiała się ukrywać, romans przypłaciła też zdrowiem i załamaniem nerwowym. Powieść czyta się bardzo dobrze. Oprócz bieżących wydarzeń Autorka przenosi też czytelników w przeszłość i mamy możliwość poznania najważniejszych wydarzeń z dzieciństwa i młodości bohaterki. Maria niesłychanie ambitna i pracowita robi wszystko, aby spełnić swoje marzenie o studiach Paryżu. Najgorszym jednak przeciwnikiem nie okazuje się bieda, ale głębokie społeczne przekonania o roli i powinności kobiet w życiu. Maria wysłuchuje więc codziennie tekstów po co jej studia, czy to się jej przyda w prowadzeniu domu i wychowywaniu dzieci itd. Przez całe życie mimo wszelkich zdobytych nagród i ogromnych osiągnięć naukowych, jest ciągle oceniana przez pryzmat swojej kobiecości. Również za romans z żonatym mężczyzną cenę płaci głównie ona, chociaż to ona jest sama, nikogo nie oszukuje, nikomu innemu nic nie ślubowała. Ale w tym temacie od czasów Marii Skłodowskiej- Curie niewiele się zmieniło.

Polecam!
Moja ocena: 5/6

niedziela, 14 maja 2017

Siri Hustved "Świat w płomieniach"

Autor: Siri Hustved  
Tytuł: "Świat w płomieniach"
Wydawnictwo W.A.B

Moje doświadczenie pokazuje, że zakończenie absolutnie wciągającej serii ("Genialna Przyjaciółka" i inne) plus przeprowadzka razem wzięte nie sprzyjają nadmiernemu czytelnictwu. Męczyłam się przez 2 tygodnie z "Ósmym dniem", porzuciłam, sięgnęłam po "Świat w płomieniach" i też okupiłam męką, ale dobrnęłam do końca.
"Świat w płomieniach" to historia wymyślonej artystki Harry, żony nowojorskiego mecenasa sztuki Felixa, która ze swoimi pracami nie może się przebić do szerokiej publiczności. Bohaterka to kobieta wykształcona, oczytana, niebywale inteligentna, o szerokich zainteresowaniach. Nie mieści się w kategoriach przypisywanych stereotypowej kobiecie. "Harry ich odstraszała. Miała zbyt szeroką wiedzę, za dużo czytała, była za wysoka. [...] Zaczęła mówić co myśli, poprawiała osoby, jeśli się myliły [...]. Harry przestała komukolwiek ustępować." Uważała, że nowojorski świat sztuki jest mizoginiczny. Aby udowodnić swoje racje i ostatecznie zatriumfować rozpoczęła współpracę z trzema artystami i pod ich nazwiskami wystawiła swoje prace. Wystawy odniosły sukces. Sprawy się skomplikowały, gdy jeden z mężczyzn zaprzeczył, że Harry jest autorką wystawianych prac. Prawdy nie dało się dociec, gdyż mężczyzna zmarł w niejasnych okolicznościach. "Dokumentalna fikcja" - chyba tak można określić konstrukcję "Świata w płomieniach". Powieść składa się ze zredagowanych "dzienników" Harry, "rozmów" Autorki z różnymi osobami - dziećmi artystki, krytykami sztuki, dziennikarzami, przyjaciółmi, współpracownikami. Poszczególne relacje pokazują bohaterkę z różnych perspektyw i ujęć, pozwalając czytelnikowi na obiektywizm i wyrobienie własnej opinii. Powieść nominowana do nagrody Bookera, zebrała świetne recenzje, ja się od niej trochę odbiłam. Wydała mi się mocno "przekombinowana". Poziom "dygresji do dygresji" dla mnie zdecydowanie zbyt zaplątany i czyniący lekturę niestrawną. 

Moja ocena: 4/6

sobota, 1 kwietnia 2017

Elena Ferrante „Genialna przyjaciółka”, „Historia nowego nazwiska”, „Historia ucieczki”, „Historia zaginionej dziewczynki”

Autor: Elena Ferrante
Tytuł: „Genialna przyjaciółka”
Wydawnictwo Sonia Draga, czerwiec 2014

Tytuł: „Historia nowego nazwiska”
Wydawnictwo Sonia Draga, marzec 2015


Tytuł: „Historia ucieczki”

Wydawnictwo Sonia Draga, styczeń 2016



Tytuł: „Historia zaginionej dziewczynki”
Wydawnictwo Sonia Draga, maj 2016

Kupić z ciekawości pierwszy tom, rozpocząć czytanie, wkurzyć się sto razy, znudzić się kolejne sto, oburzyć, że ktokolwiek śmie porównywać Elenę Ferrante do Karla Ove Knausgaarda, porzucić w połowie, powrócić niechętnie po namowach Oli, przebrnąć przez nudy, i dać się uwieść absolutnie i w 100%. Tak mniej więcej wyglądała moja czytelnicza przygoda z cyklem o dwóch przyjaciółkach z Neapolu autorstwa kogoś, kto ukrywa się za pseudonimem Elena Ferrante i jest jedną/jednym z najbardziej popularnych włoskich pisarek/pisarzy współczesnych. Żeby jednak zanurzyć się w tej prozie, trzeba pokonać te pierwsze strony, które były straszliwie nudne, a mnie osobiście dodatkowo okrutnie irytowała jedna z bohaterek (zresztą ta irytacja trwała do końca czwartego tomu, z tymże potem lektura dostarczyła innych, ciekawszych wrażeń, więc można było irytację zepchnąć w odchłań zpomnienia). Ale naprawdę warto. W większości recenzji nacisk położony jest głównie na przyjaźń między Eleną a Lillą, trwającą od dzieciństwa do starości, kiedy to Lilla realizuje swoje odwieczne marzenie i znika bez śladu, a Elena toczy z nią ostatnią walkę i „próbuje nie dopuścić do tego zniknięcia”, pisząc powieść o ich życiu. Ja zamiast określenia „opowieść o przyjaźni” napisałabym „opowieść o wzajemnym, chorym przywiązaniu, nienawiści, wykorzystywaniu, rywalizacji na każdym polu oraz o rzadkich chwilach wytchnienia od tego i obopólnego zrozumienia i wspierania się”. Jakkolwiek to nazwać relacja między dwiema bohaterkami jest przyczynkiem do zanurzenia czytelnika w świat powojennych Włoch, a konkretnie Neapolu. Lillia i Elena dorastały w biedzie, w środowisku prostych ludzi, gdzie przemoc, chamstwo i walka o byt to codzienność, a edukacja postrzegana była jako mało przydatny zapełniacz czasu dzieci, które z powodzeniem mogłyby go wykorzystać na coś bardziej pożytecznego. Od najwcześniejszych lat obydwie dziewczynki wyróżniały się nieprzeciętną inteligencją i wyobraźnią, marzyły o wyrwaniu się ze świata swojego dzieciństwa, a potem wybrały zupełnie różne drogi, do realizacji tego celu. W realich, gdzie pochodzenie, klasa społeczna i pieniądze decydują o wszystkim, bohaterki próbują przekroczyć niemożliwe bariery i przejść na inny poziom. Dla mnie jednym z najbardziej „wstrząsających” momentów powieści był, ten kiedy Elena już jako nastolatka, zaczyna rozumieć, niezruzmiane dla niej wcześniej określenie „plebs” i uświadamia sobie, że plebs to ona, jej rodzina, przyjaciele, sąsiedzi z dzielnicy...
Przy okazji śledzenia losów Lilli i Eleny myślałam też o tym, jak wiele w życiu nie zależy od nas. Jak wiele zawdzięczamy innym, dobrej sytuacji, fartowi. Oczywiście wiadomo, że „szczęscie sprzyja lepszemu, ściany grają z gospodarzem [to jeszcze z czasów siatkówki powiedzenie] itd.” Ci, którym się udało, lubią podkreślać, że wstawali wcześniej, dużo pracowali, sporo poświęcili. I ja się z tym zgadzam i pewnie tak to się odbywa. Ale jest też sporo czynników, które akurat wystąpiły we właściwym miejscu i we właściwym czasie. Jedna z bohaterek bardzo wiele zawdzięcza swojej nauczycielce, która wymuszała na rodzicach dalsze posyłanie dziewczynki do szkoły i załatwiała jej książki, za które matka nigdy by nie zapłaciła. Spotkanie odpowiednich osób w odpowiednim czasie też ma znaczenie.
Powieść Eleny Ferrante to również historia o aspiracjach do świata inteligencji i trudna walka by się tam dostać. Walka w zasadzie nigdy się nie kończąca: bo czy można w życiu stanąć na równi z tymi, którzy są inteligencją od wielu pokoleń? Czy można „nadrobić zaległości” wobec „dobrze urodzonych” rówieśników dla których niektóre rzeczy (np. ambitne rozmowy przy stole, spokojna dyskusja, nawet przy wyrażaniu różnych opinii, podróże, galerie, teatr czy chociażby maniery przy stole i codzienne mycie zębów) są tak oczywiste jak oddychanie i nie stanowią mozolnie nabytego nowego stylu bycia? Elena mimo wszystkich swoich osiągnięć przez wiele lat czuła się w środku małą, nieokrzesaną, niewykształconą dziewczynką z przedmieść Neapolu, bojącą się, że ktoś boleśnie obnaży jej pochodzenie i prostactwo.  I nieraz usłyszała z pogardą, że jest „świeżą inteligencją”. Ta książka to również obraz włoskiego społeczeństwa z dominującą rolą mężczyzn, podporządkowaniem się kobiet, głębokim przywiązaniem do rodziny i odpowiedzialności za nią. Lata, w których rozgrywa się akcja, odzwierciedlają przemiany zachodzące w obyczajowości włoskiej – rozwód nie jest już końcem świata, można nie ochrzcić dziecka i ciągle być porządnym człowiekiem, można nie wziąć ślubu w kościele i żyć przyzwoicie. Ciekawe jest dorastanie bohaterki do feminizmu. Gdy piszę te słowa, nie dotarłam jeszcze do końca ostatniej czwartej części i zastanawiam się tutaj właśnie w tym momencie czy Elena będzie potrafiła jasno zaświadczyć swoim życiem o ideach, które wyznaje, bo póki co w kwestiach damsko – męskich pomiędzy jej feministycznymi deklaracjami a realnym życiem zachodzi lekki rozdźwięk.
Tak, książka Eleny Ferrante to również opowieść o wielkiej miłości.
Fantastyczna, wielowątkowa narracja z ciekawymi zwrotami akcji, pełnokrwistymi bohaterami, barwnym językiem... tak, wciągnęła mnie maksymalnie. I teraz jestem w stadium rozdarcia zachłannego czytelnika: chciałabym już się dowiedzieć, co będzie na końcu, ale jednocześnie szkoda kończyć książkę... ehhh.

No i cóż...skończyłam... :-(

Gorąco polecam!


Moja ocena: 5.5/6 („tylko” 5.5 bo jednak ten początek naprawdę był męczący).


PS. Zupełnie mnie nie kręci, że Autor/Autorka  ukrywa się pod pseudonimem i pozostaje w ukryciu – i co z tego się pytam. Ilu pisarzy tak naprawdę znamy głębiej, co o nich wiemy, mimo że nie ukrywają się przed nikim. Nie rozumiem o co cały ten szum i to nadawanie aury tajemniczości... Najważniejsze, że książki się dobrze czyta. Autorce/Autorowi niech się wiedzie jak najlepiej, kimkolwiek jest.

środa, 15 marca 2017

Katarzyna Boni "Ganbare. Warsztaty z umierania"

Autor: Katarzyna Boni
Tytuł: "Warsztaty z umierania" 
Wydawnictwo Agora, czerwiec 2006 

"11 marca 2011 roku płyty starły się o 14:46.45. O 14:46.53 informacja o trzęsieniu z Japońskiej Agencji Meteorologicznej dotarła do prefektur na północnym wybrzeżu Japonii (Iwate, Miyagi, Fukushima). Włączył się automatyczny alarm - w szkołach, w fabrykach, w siedzibie telewizji, stacjach radiowych i w telefonach komórkowych.
Zbliża się trzęsienie ziemi. Macie 32 sekundy. 
Trzęsienie było tak silne, że zmieniło kąt nachylenia Ziemi, przesunęło wybrzeże o pięć metrów na południowy zachód i obniżyło je o cały metr w dół." 

Japonię w 2011 roku spotkało potrójne nieszczęście: najpierw potężne trzęsienie ziemi, potem wywołane tym trzęsieniem tsunami, a potem spowodowana tsunami awaria w elektrowni atomowej Fukushima Daiichi. "Samo trzęsienie ziemi nie jest specjalnie niebezpieczne, zwłaszcza przy zaawansowanej technologi wzmocnień i zabezpieczeń. Zagrożeniem stają się ogień i woda. I jeszcze zawalające się budynki, spadające przedmioty i osuwiska ziemne." Katarzyna Boni pojechała do Japonii i postanowiła opowiedzieć o tej potrójnej tragedii. Dotarła do świadków wydarzeń, którzy nie mogą się pogodzić z tym co zaszło w 2011 roku i oddała im głos. Ascetyczny styl i bardzo osobiste relacje bohaterów sprawiają, że w czasie lektury przechodzą ciarki po plecach. Osoby, z którymi Autorka się spotkała opowiadają, co robili tamtego dnia, gdzie byli, jakie mieli plany, w momencie gdy najpierw włączył się alarm dotyczący trzęsienia ziemi, a potem przyszła informacja o tsunami, które było tak potężne, że nie przewidywały tego instrukcje ewakuacyjne. Wiele osób, które zachowało się tak jak powinno, zginęło. Zdarzało się, że przetrwali ci, którzy działali zupełnie wbrew regułom np. wybiegali z teoretycznie bezpiecznego miejsca i pędzili do szkół swoich dzieci. Bo przy tsunami jest jedna zasada, a właściwie dwie: biegnij w górę i nigdy pod żadnym pozorem nie wracaj, aby komuś pomóc, albo kogoś ratować. Przy okazji tej książki rozmawiałam ze swoimi japońskimi znajomymi, mieszkającymi tutaj w Stanach i potwierdzili, że dzieci w szkołach regularnie uczą się i ćwiczą zachowania na wypadek trzęsienia ziemi i tsunami, wszyscy mają spakowane plecaki ewakuacyjne, ustawione przy drzwiach. Moi znajomi takie pakiety na wypadek koniecznej ucieczki mają również tutaj. Każdy z nas prawdopodobnie dosyć rzadko, o ile w ogóle, myśli o tym, jak trzeba się zachować w przypadku katastrof. Japończycy działają automatycznie. "Bo jedno to te dziesięć sekund, które dostajemy od technologii. A drugie to wyćwiczone, automatyczne zachowania." Pamiętam ze swojej wizyty w Japonii tabliczki na murach w kształcie strzałki z napisem tsunami, pokazujące gdzie trzeba biec. Wtedy patrzyłam na nie oczami turystki jak na nieznany, egzotyczny mix. A to podstawa: nie wiesz jak się zachować w czasie trzęsienia ziemi, powodzi, tsunami, gdzie się schować, gdzie biec... nie masz żadnych szans. 
Skutki tamtych katastrof z 2011 roku już znamy, ale nie wszystkie. Zniszczeniu uległa elektrownia jądrowa Fukushima Daiichi. Szacuje się, że okres jej wygaszania to około 40 lat, przy czym nie ma jeszcze technologii, żeby to zrobić. Nikt tak naprawdę nie wie, co się tam stanie. Cudem jest, że nie doszło do wybuchu. Relacje świadków tamtych wydarzeń czyta się jak prawdziwy horror. Mnie osobiście najbardziej zszokował fakt, że w elektrowni bardzo często zatrudnia się totalnie niewykwalifikowanych robotników, którzy po prostu chcą mieć dobrze płatną pracę. Stawka godzinowa jest wysoka, ale ludzie zupełnie nie zdają sobie sprawy z tego na jakie niebezpieczeństwo się narażają. Znaczna część osób, które ratowały elektrownię w 2011 już nie żyje (łącznie z dyrektorem) albo choruje na raka. Wokół Fukushima Daiichi wyznaczono strefę ewakuacji, do której nie ma wstępu, ale nie wszyscy wyjechali zgodnie z nakazem władz.
"Kiedy 22 kwietnia 2011 roku rząd zabronił wstępu do ewakuowanej strefy i rozstawił barykady na drogach, dla Matsumury było już za późno.  Miał pod opieką kilkadziesiąt psów, prawie setkę kotów, stado bydła i dwa strusie. [...] Zataczał coraz szersze kręgi po mieście. Jeździł białym samochodem z przyczepą. Witało go szczekanie. Psy rozpoznawały warkot silnika. Merdały ogonami.[...] 
W ewakuowanej strefie samych psów zostało 5800. A przecież są jeszcze zwierzęta hodowlane. Nie zabierzesz ze sobą stada krów albo tysiąca kurczaków. [...]" Pan Matsumura ciągle próbuje walczyć i znaleźć odpowiedzialnych za tą tragedię zwierząt. A sam został obiektem badań i eksperymentów. Badali jego, prosili też o sadzenie upraw w strefie skażonej, żeby zbadać właściwości różnych roślin. "Kiedy pojechał zmierzyć przyjętą przez siebie dawkę promieniowania, lekarz zaczął krzyczeć". 
Ten reportaż to też pomnik dla takich cichych bohaterów jak pan Matsumura. I wiele faktów, o których się nie myśli, oglądając relacje z katastrofy w tv. np. taka: "Na dnie znajdowali samochody, lodówki, automaty z piciem, łodzie, ciężarówki, sieci rybackie, harpuny, bojki. I całe piętra domów. Woda zabrała ze sobą pięć milionów ton śmieci. Większość zatonęła przy japońskim brzegu."
5 milionów ton śmieci!!! To niewyobrażalne, podobnie jak wszystko co opisuje w swoim reportażu Katarzyna Boni. 

Gorąco polecam!!!

Moja ocena: 6/6

środa, 22 lutego 2017

Hanya Yanagihara "Małe życie"

Autor: Hanya Yanagihara
Tytuł: "Małe życie" 
Wydawnictwo W.A.B, kwiecień 2016 

Po pierwsze i po ostatnie, to nie będzie recenzja, bo tych już powstało więcej niż stron książki. 

Więc, więc, więc...

Bez względu na to, co tu zostanie napisane w dalszej części, to stwierdzam: 
  • nie żałuję, że przeczytałam
  • lektura dość wciągająca
  • ciekawi bohaterowie, w których świat na kilka dni wsiąknęłam 

Ale, ale, ale...

Długo zbierałam się do tego, żeby "Małe życie" w ogóle przeczytać. Jedna z najgłośniejszych książek ostatniego roku, okupująca wysokie miejsca w większości rankingów, ale z jakiegoś powodu spora część recenzji próbowała rozgryźć czy to "hit czy kicz". Dość zniechęcające. Bo poświęcenie czasu na 800 stron, po to by stwierdzić, że to nie miało sensu, wydaje się jednak pewnym ryzykiem. Ostatecznie przekonała mnie bardzo emocjonalna opinia z bloga: God save the books. I tak jak napisałam wyżej, nie żałuję, że przeczytałam, ale coś mi po prostu tutaj nie gra. 
Akcja powieści to opowieść o życiu czterech przyjaciół, którzy poznają się w czasie studiów. Przynajmniej tak zapowiada się na początku. Okaże się jednak, że historia tak naprawdę dotyczy postaci Juda, wokół którego koncentrują się wszystkie wątki i wydarzenia. Jude to bohater z traumatycznym dzieciństwem, które warunkuje całe jego późniejsze życie i spod którego ciężaru nigdy nie zdoła się wyzwolić. Czytelnik ma wrażenie, że być może z czasem, Jude się przełamie, zrozumie i poczuje, że przeszłość minęła, a teraz otaczając go ludzie, którym może ufać, ale niestety... jego otchłań rozpaczy i odczuwany bezsens życia są nie do naruszenia. Wysiłki wszystkich otaczających go osób są zupełnie daremne, chwil szczęścia jest mało, za to dramatyczne przeżycia z dzieciństwa jak hieny dają o sobie znać każdego dnia. Piszę ogólnikami, bo ciężko cokolwiek o tej książce powiedzieć, żeby nie zdradzić treści. Ciekawy wydaje mi się wątek, o którym Autorka mówiła w wywiadach: że człowiek ma prawo nie chcieć przeżyć swojego życia po tym, co go spotkało. Nie wiem. Nie mam zdania na ten temat. Być może to kwestia indywidualnych doświadczeń i wrażliwości każdego z nas z osobna, być może to kwestia wiary albo niewiary. 
Mnie osobiście rzeczywistość w tej książce nie przekonuje. Wszyscy przyjaciele są absolutnie, zawsze wspierający, żadnych rozterek, żadnych załamań, zawsze na 100% gotowość pomocy w ekstremalnych(!!!) sytuacjach. Ludzie otaczający Juda znoszą ze zrozumieniem i miłością cały komplet wyzwań, które im serwuje. Żadnego: "kurwa DOSYĆ!"; żadnego: "nie mogę już więcej Jude, nie dam rady". Wszyscy kochają, wszyscy mogą, wszyscy dadzą radę 24 godziny/356 dni/trzydzieści kilka lat. Już bardziej jestem w stanie uwierzyć w opis traum i zła, którego bohater doświadczył. A o tym z ledwością można czytać. W moim prywatnym rozstrzygnięciu czy "Małe życie" to hit czy kicz szala jednak przechyla się na stronę kiczu. Nie powiem, że w kiczu się mocno tapla, ale zdecydowanie się o niego mocno ociera. 
Najbliżej mi w opinii o książce do tego co sądzi Kinga Dunin (dla tych którzy planują przeczytać, uprzedzam, że jest w poniższej recenzji sporo spojlerów). 


Moja ocena: 4/6

Zeruya Shalev "Ból"

Autor: Zeruya Shalev
Tytuł: "Ból"
Wydawnictwo W.A.B, październik 2016 



Iris, główna bohaterka książki, przeżyła 10 lat temu atak terrorystyczny. Do tej pory odczuwa jego skutki. Po pierwsze powraca do niej silny ból, czasami tak mocny, że nie może wstać z łóżka, a po drugie ciągle zadaje sobie pytanie czy gdyby tamtego pechowego dnia drobne zdarzenia poranka ułożyły się inaczej, uniknęłaby ataku. Iris po wielu latach spotyka swoją wielką miłość - Ejtana - człowieka, który zostawiając ją dawno temu, zrujnował jej życie i wpędził w depresję. Teraz po nieoczekiwanym spotkaniu po latach, gotowa jest zaryzykować wszystko by odzyskać mężczyznę, którego kochała z całego serca. W międzyczasie dochodzą problemy z dorosłą córką, która niedawno wyprowadziła się z domu i zaczęła samodzielne życie. 
Na początku powieść rozwijała się bardzo zachęcająco. Podobały mi się opisów stanów psychicznych bohaterki, rozterek, rozmyślań, wahań dotyczących pogrążonego w stagnacji małżeństwa, relacji z dziećmi. Ale potem coś "tąpnęło". Miałam wrażenie, że albo środek powieści pisał ktoś inny, albo Autorka bardzo się spieszyła i nie przykładała wagi do poziomu. Przy okazji lektury pierwszy raz w życiu zastanawiałam się, czy jedno zdanie może dyskwalifikować książkę. No i doszłam do wniosku, że tak, skoro brzmi ono: "między nogami miał płonący knot". Cały opis relacji pomiędzy Iris a Ejtanem, którzy spotykają się po latach, jest jak wyjęty z najtańszego romansu. Po prostu załamujący. Powieść na ocenę 4 uratowało niebanalne zakończenie. Ciekawie, z różnych punktów widzenia opisane uczucia i doświadczenia członków rodziny w obliczu długiej i ciężkiej choroby mamy i żony. 

Ogólnie raczej książki nie polecam. Chyba, że absolutnie nic innego do czytania akurat się nie znajdzie. Co jak wiadomo jest mało prawdopodobne. 

Moja ocena: 4/6