piątek, 21 czerwca 2019

Michelle Obama "Becoming. Moja historia"


Autorka: Michelle Obama
Tytuł: "Becoming. Moja historia"
Agora, luty 2019


Bardzo krótko o tej biografii, bo przecież napisano już tony recenzji (tutaj w wydaniu uwielbianej przeze mnie Katarzyny Wężyk ). 
"Becoming. Moja historia" było absolutnym hitem wydawniczym, 750 tys. egzemplarzy sprzedanych w dniu premiery. To liczba, nawet jak na realia amerykańskiej skali, powalająca. Ale nie co dzień była Pierwsza Dama tego pokroju co Michelle, postanawia opowiedzieć o swoim życiu. 

Nie jest to arcydzieło w sensie literackim, ale książka oczywiście warta przeczytania z uwagi na Autorkę i jej historię. Po ośmiu latach spędzonych w Białym Domu, Michelle Obama w bardzo szczerej prozie przybliża nam swoją rodzinę, dzieciństwo, oszałamiającą ambicję i jeszcze bardziej oszałamiające cele, jakie sobie stawiała na każdym etapie życia. Typ wzorowej uczennicy, we wszystkim najlepszej. Obowiązkowa, sumienna, zawsze perfekcyjnie przygotowana. Jednocześnie jak sama przyznaje przez wiele lat po prostu dążyła do zdobycia jak najlepszego, prestiżowego wykształcenia i to się jej udało. Zwieńczeniem była praca w renomowanej kancelarii prawniczej, w której była min. mentorką swojego przyszłego męża i przyszłego Prezydenta Stanów Zjednoczonych. Jednocześnie przez ten cały czas nie udało jej się odnaleźć nic, co ją naprawdę pasjonowało. Albo raczej o tym zapomniała. Super jest oczywiście świetnie zarabiać i zamawiać sobie dostawy wyrafinowanych win do apartamentu, ale to się z czasem może znudzić. Tym, co nadaje życiu sens i uczucie spełnienia, jest pasja, poczucie sensu i misji. Na szczęście dla wszystkich i dla samej siebie Michelle nie bała się "zrobić kroku w tył" i zająć tym, co naprawdę wydawało się jej ważne. 
Michelle Obamę podziwiam absolutnie! A oto w kilku zdecydowanie niewyczerpujących całości tematu punktach, dlaczego: 
  • Za pozostanie sobą: pamiętanie zawsze skąd pochodzi, skąd się wywodzi, kim byli jej rodzice, jak ciężko pracowali na to, żeby mogła się uczyć i zostać w życiu kimś. 
  • Za zdawanie sobie sprawy z własnej uprzywilejowanej pozycji. (To cecha, którą bardzo cenię ludzi. Dużo osób twierdzi, że zawdzięcza wszystko sobie. Rzadko kiedy jest to prawdą. Michelle mimo, że pochodziła z niezamożnej rodziny, żyła w niezbyt dobrej dzielnicy Chicago, zawsze podkreślała, że i tak jest uprzywilejowana, bo może się uczyć, w przeciwieństwie do wielu dzieciaków wokół niej). Oczywiście znakomita większość jej przyszłych kolegów ze studiów, była w położeniu o 100% lepszym już tylko z racji miejsca urodzenia i koloru skóry.  
  • Za mówienie "pełnym głosem", pozostawanie z podniesioną głową, niekulenie się pod siebie, cokolwiek przykrego czy niesprawiedliwego ją spotykało. 
  • Za długotrwałe wspieranie dziewcząt z różnych środowisk, szkół etc. (Czyli nie jednorazowa akcja ze zdjęciem do gazet, bo ładnie wygląda, tylko rzeczywista długoletnia praca). 
  • Za przetrwanie dwóch kampanii prezydenckich swojego męża.  "Przez większość 2008 roku próbowałam nie przejmować się ciosami". 
  • Za godne spotkanie z Donaldem Trumpem i Melanią, oficjalne "przekazanie im Białego Domu". Podziwiam, bo Trump nieustająco szczuł na jej rodzinę, nie biorąc zupełnie pod uwagę tego, że jego nienawistne słowa, mogą być jak woda na młyn dla różnych szaleńców, gotowych tylko odpalić broń. (Zwłaszcza w kraju, w którym o pistolet czy karabin jest tak łatwo).
  • Za program mentorski oferowany dziewczętom z różnych środowisk, w którym mentorkami były współpracowniczki Białego Domu. 
  • Za program walki z otyłością, za ogromną kampanię społeczną w temacie odżywiania dzieci w szkołach, za zaangażowanie w temat firm dostarczających lunche, przekąski i napoje do szkół. 
  • Za przyjmowanie dzieci w Białym Domu. 
  • Za jeszcze, jeszcze, jeszcze więcej. 
  • Za dobrze rozumianą normalność. 


"Kariera męża pozwoliła mi z bliska przyglądać się mechanizmowi polityki i władzy. Wiedziałam, że garstka głosów oddanych w każdym okręgu może zaważyć nie tylko na tym, czy przejdzie ten czy tamten kandydat, lecz także na tym, który system wartości zatriumfuje. Jeśli w każdej dzielnicy kilkoro ludzi postanowi zostać w domu, ich decyzja może wpłynąć na to, czego nasze dzieci będą się uczyć w szkołach, jakie możliwości leczenia otrzymamy albo czy poślemy żołnierzy na wojnę. Głosowanie było zarówno proste, jak i niesamowicie skuteczne."



czwartek, 13 czerwca 2019

Deborah Feldman "Unorthodox. Jak porzuciłam świat ortodoksyjnych Żydów"

Autorka: Deborah Feldman
Tytuł: "Unorthodox. Jak porzuciłam świat ortodoksyjnych Żydów"
Wydawnictwo Poradnia K, maj 2017

Historia ze szczęśliwym zakończeniem. W przeciwnym razie reportaż nie miałby pewnie szansy ukazania się. 
Osobiste wspomnienia Autorki, wychowanej w zamkniętej i opresyjnej społeczności chasydów, z której udało jej się uciec. Happy endem jest również prawomocne uzyskanie opieki nad synem. 
W reportażach opisujących życie w reżimach i różnych zamkniętych wspólnotach religijnych, do których ograniczony jest dostęp informacji, wiedzy i zewnętrznej kontroli, zawsze najbardziej zastanawiają mnie "przebłyski u poszczególnych jednostek". Ludzie żyją w odosobnieniu, nieustannie bombardowani propagandą, wszelkimi możliwymi nakazami i zakazami, nie mają dostępu do książek (chasydzi zabraniają kobietom czytać w ogóle), wolnego radia, kultury i telewizji, a jednak przychodzi moment, że cos w proponowanej wizji świata przestaje im grać i składać się w logiczną całość. Zaczynają wtedy własne poszukiwania. Dla bohaterki "Unorthodox" było to potajemne czytanie. Odwiedzała wszystkie możliwe biblioteki i sklepy, i ukradkiem, gdy nikt nie widział, oddawała się lekturze. Marzyła o normalnym życiu, gdzie jej zdanie będzie się liczyć, gdzie będzie się mogła oddawać codziennym, zwyczajnym przyjemnościom, będzie ważna, kochana i wolna od absurdalnych wymysłów chasydzkich rabinów. Przebyć drogę od tak trudnego dzieciństwa, poprzez zdobycia wykształcenia, aż do pełnej samodzielności i wzięcie odpowiedzialności za syna, bez żadnego praktycznie wsparcia rodziny, to jest naprawdę wielki wyczyn! 

"Nie wolno unosić się prawdziwym gniewem, ale z uwagi na chinuch (surowe wychowanie i karcenie) można udawać, jeśli się musi. W naszej rodzinie nie całuje się i nie przytula. Nie prawi się komplementów. Zamiast tego czujnie obserwujemy się nawzajem , zawsze w pełnej gotowości, by wytknąć komuś każde duchowe lub materialne potknięcie. Chaja mówi, że to jest prawdziwe współczucie: dbałość o duchowe dobro innych."

"W szkole uczyli mnie, że jeśli nie odprawimy pokuty przed ostatnim dźwiękiem baraniego rogu, w który dmie się w Jom Kippur, Haszem sam wymierzy sprawiedliwość. Nie istnieje na tym świecie niezasłużona kara - podkreślały z emfazą nauczycielki. Bóg odmierza i wylicza każdą odrobinę cierpienia. Zaczynam rozumieć dlaczego uważamy się za złych z natury - skoro tyle cierpimy, musimy być coraz gorsi. Ale Zajde i Bube (dziadkowie bohaterki) to bodaj najpobożniejsi ludzie, jakich znam, a mimo to ich życie jest pasmem cierpień. Cóż takiego zrobili by sobie na to zasłużyć?"

Polecam!
Moja ocena: 5/6


środa, 5 czerwca 2019

Olga Tokarczuk "Prowadź swój pług przez kości umarłych"

Autorka: Olga Tokarczuk 
Tytuł: "Prowadź swój pług przez kości umarłych"
Wydawnictwo Literackie luty 2017

Realizując postanowienia z początku tego roku: więcej Olgi Tokarczuk, więcej Wiesława Myśliwskiego, po "Prowadź swój pług przez kości umarłych", mogę sobie tylko pogratulować, że to były postanowienia wyśmienite. 
Cóż to jest za proza! Jaka plastyka słowa! Jakie horyzonty myślenia, empatii, przekazu! A przy okazji Agata Kulesza udowodniła mi, że można pokochać audiobooki. Zaczęło się miłością z rozsądku: analizując wskazówki współczesnych poradników (lunchu nie można jeść przed komputerem, w czasie lunchu idź na spacer lub umów się z mężem na randkę, lub ewentualnie bądź lepiej zorganizowana życiowo i zaplanuj zakupy itd. itd.), wyszło mi, że moja przerwa na lunch powinna trwać co najmniej 4 godziny, a nie obecne 30 minut. Z reguły siadałam w kawiarni koło biura i poświęcałam ten czas na czytanie. Ale warto też i miło wybrać się w czasie przerwy na spacer (tak, mieszkając w Stanach poza dużym miastem, chodzenie trzeba planować 😊). Idealnym rozwiązaniem jest więc audiobook - słuchanie i spacerowanie, czyli zestaw wymarzony. Problem z większością lektorów audiobooków polega na tym, że chce mi się krzyczeć: szybciej, szybciej. Nie jestem w stanie znieść ślimaczego tempa lektury. Ale Agata Kulesza jest wspaniała! Jej interpretacja dodaje lekturze dodatkowy wymiar!
Janina Duszejko mieszka w malutkiej miejscowości na płasakowyżu w Kotlinie Kłodzkiej. Zimą pozostaje tam zaledwie kilku mieszkańców, więcej przyjeżdża latem. Kobieta uczy angielskiego w miejscowej szkole, pasjonuje się astrologią i pod nieobecność miejskich właścicieli, zajmuje się ich domami. Nadaje też ludziom nowe imiona, bo wychodzi z założenia, że te w akcie urodzenia bardzo rzadko do nich pasują. Dlatego w powieści pojawia się Matoga (chociaż on nazwany na chrzcie Świętopełek akurat bardzo z imieniem utrafił wg bohaterki), Wilka Stopa, Dobra Nowina itd.
Spokojną do tej pory dolinę nawiedza fala dziwnych morderstw. Zabójca pozostaje nieuchwytny. Wspólną cechą wszystkich ofiar jest to, że polowały. Janina Duszejko jest przekonana, że to zwierzęta się mszczą, a jej odczyty astrologiczne tylko potwierdzają, że wszystko było już zapisane w gwiazdach i praktycznie nie dało się tego uniknąć.

"Prowadź swój pług przez kości umarłych" to oczywiście nie klasyczny kryminał, ale opowieść o zwierzętach. O stanie ludzkości świadczy wg Autorki nasz stosunek do nich, czyli mówiąc krótko jesteśmy w czarnej dziurze. Olga Tokarczuk pisze, że psychika człowieka jest tak skonstruowana, żeby nie dopuścić do siebie prawdy. Każda część rzeczywistości jest bowiem okupiona cierpieniem (chodzi oczywiście o wykorzystywanie zwierząt na pożywienie, skóry, jako rozrywkę) i niewielu z nas chce to dostrzec i przyswoić. Najokrutniejsi są jednak myśliwi, ponieważ zabijają dla frajdy, a do swojego hobby dodają wydumane teorie, wymyślone na potrzebę chwili, np. tradycję. Kiedyś tradycją było mieszkanie w jaskini i krzesanie ognia, żeby przeżyć np. Ciekawe dlaczego akurat  tego zwyczaju nie kultywują. 
Jedna z ostatnich scen powieści rozgrywa się w kościele w dniu Świętego Huberta - patrona myśliwych. Święty słynął z tego, że zabijał zwierzęta, ale potem w czasie polowania ukazał mu się Jezus na głowie jelenia. Mężczyzna nie tylko pozwolił zwierzęciu odejść, ale zrozumiał swoje dotychczasowe błędy i całkowicie zaprzestał polowań. Tymczasem wbrew podstawowej logice, obwołano go patronem myśliwych. Wszystkie dzieci z miejscowej szkoły, zostały komisyjnie poprzebierane za zwierzątka, zapędzone do kościoła w dniu jego święta i wysłuchiwały farmazonów, opowiadanych przez księdza - kapelana polujących - z ambony. O tradycji, o dokarmianiu zwierząt, o ilości paszy i paśników wystawianych w lasach. Jedynie uznawana za szaloną, starą kobietę Janina Duszejko zauważa, że przyciągnie zwierząt karmą, a potem polowanie na nie, to tak mniej więcej, jakby wystrzelać swoich gości podczas niedzielnego obiadu. Ale jest jedyna. 
Reszta słucha i nie kwestionuje, bo ksiądz, bo tradycja, bo polują wszyscy...
Książka Olgi Tokarczuk przytacza też wszystkie argumenty, z jakimi spotykają się ci, którym dobro zwierząt leży na sercu: że ludźmi się tak nie przejmują, że Bóg stworzył nam ziemię poddaną, żeby wymienić tylko kilka. Janina Duszejko uosabia dokładnie to, jak są traktowani: jak szaleńcy, którzy zatruwają życie służb niepotrzebnymi zgłoszeniami. 

Nie będę zbyt odkrywcza twierdząc, że lubimy ludzi, którzy myślą podobnie do nas. Dlatego tak wspaniała wydaje mi się ta powieść, a Olgę Tokarczuk UWIELBIAM. Jej bohaterka Janina Duszejko, którą w mojej wyobraźni już na zawsze będzie Agata Kulesza, nienawidzi "small talków", wspomina o "zamamrywaniu życia small talkami" - naprawdę nie wiem, czy istnieje bohater literacki, z którym w tym temacie mogłabym się identyfikować mocniej. I sto razy bardziej wolę, żeby ktoś mnie zalał już na samym wstępnie historiami całego swojego życia, rodziny i wszystkich przyjaciół, niż bez przerwy: how are you? Good. Thank you, and you? Also good, thanks. How was your weekend? Good.... i tak w kółko, bez końca, przy każdej okazji. Konwersacja, do której wystarczy zapas słów z pierwszej lekcji nauki języka angielskiego. Nienawidzę small talków całym swoim sercem i dobitnie świadczy o tym ten właśnie akapit na blogu. (Zdanie o small talkach nie jest to w żadnym razie najważniejszym zdaniem powieści 😄). 

Wspaniała, piękna powieść!

Gorąco polecam!

Moja ocena: 6/6

środa, 15 maja 2019

Margaret Atwood "Opowieść podręcznej"

Autorka: Margaret Atwood
Tytuł: "Opowieść podręcznej"
Wielka Litera, kwiecień 2017

Feministyczny obowiązek w końcu do mnie zapukał. Zwlekałam długo, bo nie lubię czytać o alternatywnych rzeczywistościach w żadnej postaci. Przeważnie coś mi nie gra, nie do końca się skleja i logicznie układa w całość. Zawsze mam pytanie: po co? Nawet jeżeli antyutopia porusza ważne tematy, to przecież można o nich opowiedzieć w innej formie. Takie są moje preferencje. Ostatecznie zmobilizowałam się jednak, bo zapragnęłam zobaczyć operę (!?!? - tak to nie błąd) "Opowieść podręcznej". Nie było więc opcji, żebym nie znała książki (a przy okazji był to mój pierwszy audiobook w życiu - dzięki Ci Magdo Cielecka, że tak pięknie czytasz). 
W świecie, w którym środowisko zostaje zniszczone, a społeczeństwo dotyka masowa bezpłodność, władzę przejmują fanatyczni chrześcijanie. Stary porządek odchodzi w niepamięć, powstaje Republika Gilead. Kobiety zostają przywrócone ich naturalnym rolom, czyli rozmnażaniu i zajmowaniu się domem. Nie mogą pracować ani posiadać własności prywatnej. Jednocześnie podlegają ścisłemu podziałowi na klasy: Podręczne służą do rodzenia dzieci prominentom, Marty zajmują się pracami domowymi, Ciotki dbają o odpowiednią "edukację" i wpajają kobietom normy społeczne, Żony stanowią własność uprzywilejowanych mężczyzn z elit. Wszystko to pod 24 godzinnym okiem monitoringu. Kobiety wszędzie chodzą parami, mają "pilnować" dziewczyny z pary i same również są przez partnerkę pilnowane. Każdy jest zarówno szpiegiem, jak i szpiegowanym. Bohaterką powieści jest kobieta nazywana Fredą, która trafia do domu komendanta i ma za zadanie urodzić mu dziecko. Poznajemy jej losy przed powstaniem nowego państwa, gdy miała męża Łukasza i córkę oraz potem, gdy już żyje w Gileadzie. Cała trójkę złapano podczas próby ucieczki do Kanady. Freda została skierowana do Czerwonego Centrum i przeznaczona do rozmnażania.
Z takiej historii powstała również opera. Poul Ruders skomponował muzykę, Paul Bentley napisał libretto. Oryginalnym językiem dzieła był angielski, ale opera została przetłumaczona na duński i światową premierę miała 6 marca 2000 roku w Kopenhadze. Bilet na przedstawienie w Bostonie (właściwie w Cambridge) kupiłam pod wpływem impulsu. Dopiero na jeden czy dwa dni przed operowym wieczorem, gdy ogarniałam wyjście organizacyjnie (parking, lokalizacja itd.), uświadomiłam sobie, że to przedsięwzięcie odbywa się w hali do koszykówki (!) i trwa trzy godziny. Hmmmm... Powiedzieć, że byłam zniechęcona, to nie powiedzieć nic. 
Margaret Atwood zresztą też nie pałała początkowo entuzjazmem do zaadaptowania "Opowieści podręcznej" na operę. Ale przedsięwzięcie w wykonaniu Boston Lyric Opera naprawdę robi wrażenie. Czy boisko do koszykówki jest do tego dobrym miejscem? Tak jest!
O ile książka, chociaż porusza bardzo ważne problemy, nie przekonuje mnie w 100%, to opera zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Jest po prostu esencją wszystkich zagadnień z piekła kobiet, opisanego w powieści. Do tego dochodzą wrażenia wizualne, które od razu na widza działają, (w czasie lektury były po prostu dłużyznami) i do tego jeszcze FANTASTYCZNA muzyka, przy której przechodziły mi ciarki po plecach. Siedząca z trzech stron widownia obserwuje Czerwone Centrum - miejsce - gdzie Podręczne, ubrane obowiązkowo na czerwono, w białych czepkach, były tresowane przez Ciotki do ich jedynie słusznej roli społecznej, czyli do bycia inkubatorem (dzieci im zabierano po urodzeniu). Tłumaczy im się, że to wszystko dla ich dobra, że jest wolność "do czegoś" i "od czegoś". Według Ciotek kobiety w Republice Gilead są wolne od pornografii, napadów na tle seksualnym, obrażania ich i poniżania przez mężczyzn. Ten opresyjny twór z powieści Atwood to oczywiście kombinacja fanatyków religijnych i ich odwiecznej chęci sprawowania władzy nad kobietami i ich ciałami. Czytając książkę w jakimś oderwaniu od rzeczywistości, można po prostu prześlizgnąć się po tekście i już. Ale mieszanka w postaci płci (kobieta), obywatelstwa (polskie), miejsca zamieszkania (USA) zmusza do zadumy. Czy te problemy z powieści nie mogą nas spotkać naprawdę? Nie mogą? Nie byłabym taka pewna. W Polsce obowiązuje jedno z najbardziej restrykcyjnych praw dotyczących aborcji na świecie, Ordo luris ma się świetnie, wydaje się, że na jakiś czas przez dalszym zaostrzeniem przepisów uchronił nas czarny marsz. W Ohio sąd właśnie uznał, że owszem 11-letnia ofiara ma urodzić dziecko swojego gwałciciela. W świeckim (?) dużym państwie, w środku Europy w szkołach publicznych wykłada się religię, a każdy kto traktuje kościół normalnie (czyli np. jak partnera - Poznań, gdzie prezydent Jaśkowiak zrobił porządek z mieniem kościelnym) uznawany jest za wroga,  policja wchodzi do domu artystki o 6 rano i aresztuje ją za obrazę uczuć religijnych. Takie przykłady można mnożyć bez końca. Żyjemy w jednym z najdłuższych okresów bez wojny (oczywiście mam na myśli tzw. cywilizację zachodnią), przywykliśmy uważać, że demokracja jest oczywistością, a nasze prawa ustanowione, przyznane i pewne. Jak złudne to poczucie, możemy obserwować od 2015 roku w Polsce. Mając ten kontekst w głowie, patrzenie na scenę, na którą wchodzą uzbrojeni strażnicy i aresztują za niewłaściwe myśli, przy dźwiękach przeszywającej muzyki, naprawdę daje upiorny efekt. Jaki byłby świat, gdyby ktoś mówił Ci co możesz robić, w co masz się ubrać, co masz myśleć, z kim możesz się spotykać? To nie jest niemożliwe. 

A to pierwsza strona dzisiejszych wiadomości: Alabama, USA, XXI wiek




poniedziałek, 6 maja 2019

Guzel Jachina "Zulejka otwiera oczy"

Autorka: Guzel Jachina 
Tytuł: "Zulejka otwiera oczy"
Oficyna Literacka Noir sur Blanc, sierpień 2017 

Nie wiem od czego zacząć, to może najprościej i najszczerzej jak się da: i podobała mi się, i nie za bardzo jednak. A wyjaśnienie już następuje. 

Powieść ma wiele warstw i wątków. Jeden z nich dotyczy uwikłania jednostek w historię. Rodzimy się w takim, a nie innym momencie dziejów i to determinuje nasze życie. Drugi wątek to osobista historia Zulejki i jej dojrzewania. 
Bohaterka to chłopka tatarskiego pochodzenia, podlegająca przymusowemu rozkułaczeniu. W trakcie przypadkowego zatrzymania, z rąk sowieckiego żołnierza ginie jej mąż, a ona sama niedługo potem zostaje zesłana na Syberię. 
Mówiąc łagodnie, Zulejka nie jest kobietą  o szerokich horyzontach. Całe swoje życie poddaje się temu, co jest "jej pisane", nie kwestionuje rzeczywistości, niczego nie oczekuje, nie ma żadnych praw i nawet nie wyobraża sobie, że jednak mogłaby je mieć. Cierpi każdego dnia. Wstaje przed wszystkimi, usługuje wrednej teściowej i obsługuje męża. W ciągu dnia nie ma chwili dla siebie, wieczorem po prostu pada z wyczerpania i marzy, że być może kiedyś nastanie dzień, gdy będzie mogła się wyspać. Swojego losu nie postrzega jako najgorszego, bo mąż jest tak dobry, że jednak nie bije super mocno, a tylko średnio. Również zesłanie jest dla niej tylko kolejnym etapem życia, które trzeba zaakceptować. 
W początkach XX wieku na Syberii lądują rzesze przeróżnych ludzi: wrogowie systemu, czyli inteligencja, posiadający własność chłopi, czyli kułacy, ale także ludzie wierni państwu. Takim właśnie bohaterem jest Iwan Ignatow, który długo żyje w przekonaniu, że tylko "dostarcza" transport ludzi do obozu na dalekiej Północy, a w efekcie okazuje się, że dla niego też nie ma opcji powrotu. Porzuceni w tajdze zarówno więźniowie, jak i kapitan, są skazani na siebie i na współpracę. W pojedynkę nikt nie ma szansy przetrwania. Iwan Ignatow to zdecydowanie najciekawsza postać tej fabuły. Silny, zdecydowany, i przyzwoity. To ostatnie słowo przychodzi mi do głowy, gdy porównuję relację Zulejki i jej męża, a potem Zulejki i Ignatowa, któremu bohaterka od pewnego momentu zaczęła się szalenie podobać. Nigdy nie zrobił nic wbrew niej, chociaż mógłby wykorzystać swoją nadrzędną pozycję. Czekał na nią latami i zawsze traktował dobrze. W przeciwieństwie do jej męża, dla którego była służącą w domu i w łóżku. Interesujące jest to, jak Zulejka stopniowo przegląda na oczy, jak pozbywa się zabobonów, wpojonych jej przez rodzinę i środowisko, w którym się wychowała. Jak nabiera przekonania, że z mężczyzną może być przyjemnie i można być przez niego szanowaną. 
Istnieje paradoks i podobania, i niepodobania mi się tej książki.
Motyw dojrzewania bohaterki do własnych przekonań i decyzji, jest bardzo interesujący i budujący, ale to już podsumowanie po całości lektury. 
Samo czytanie wlecze się niemiłosiernie, mnie ta książka zabiła nudą. 

Zamieszczam jednak linki do bardziej entuzjastycznych recenzji z Miasta Książek bloga Krytycznym Okiem.

Moja ocena 3,5/

piątek, 19 kwietnia 2019

Maciej Jarkowiec "Powrócę jako piorun. Krótka historia Dzikiego Zachodu"

Autor: Maciej Jarkowiec
Tytuł: "Powrócę jako piorun. Krótka historia Dzikiego Zachodu"
Wydawnictwo Agora, luty 2018


"W tysiącach szkół w Stanach Zjednoczonych nauczanie historii Ameryki zaczyna się od Kolumba. Obchodzony w drugi poniedziałek października Dzień Kolumba ustanowiony na pamiątkę "odkrycia" Ameryki, jest świętem państwowym. Formalna nazwa stolicy USA to Dystrykt Kolumbii - a więc "ziemi Kolumba".
Amerykanie w przeciwieństwie do Kanadyjczyków nigdy nie przeprosili ani nie rozliczyli się z Pierwszymi Narodami za dziki podój i przymusową cywilizację, jaką im tutaj urządzili. Dzisiaj Indianie to ponad dwa miliony obywateli USA. Około miliona żyje w rezerwatach. Czterech na pięciu mężczyzn nadużywa alkoholu, umieralność noworodków jest ponad trzy razy większa niż wśród reszty społeczeństwa, dochody średnio 13 razy niższe.
Reportaż Macieja Jarkowca zbudowany jest wokół życia i działań Russela Meansa, Indianina z plemienia Lakotów, aktora, celebryty, rozrabiaki, bojownika o prawa indiańskich plemion. 
Pokazuje niechlubne poczynania i pomysły kolejnych władz na zasymilowanie Pierwszych Narodów ze społeczeństwem Stanów Zjednoczonych. Jest to historia grabieży ziem (często przyznanych Indianom kontraktami), masowego wybijania bizonów, aby uniemożliwić dotychczasowy tryb życia, zabierania dzieci i umieszczania ich w specjalnych szkołach, niszczenia wierzeń w imię zasady znasz "zabobon" jest lepszy niż wasz. Jednym słowem historia niechlubna i ciągle nierozliczona. 

"Ze stolicy na Zachód idzie rozkaz, by powstrzymać Taniec Ducha. Wysyłane są dodatkowe oddziały kawalerii. Jeden z urzędników depeszuje: "Radzę pozwolić im tańczyć. Przybycie oddziałów bardzo ich wystraszyło. Gdy Adwentyści Dnia Siódmego gromadzą się w oczekiwaniu na drugie nadejście zbawiciela i wniebowstąpienie, armia Stanów Zjednoczonych nie zostaje zmobilizowana, żeby ich powstrzymać. Dlaczego podobny przywilej nie miałby dotyczyć Indian. Zapewniam, że jeśli oddziały tu pozostaną, niechybnie nadejdą kłopoty". Ale to odosobniony głos."

"1851 Pierwszy traktat z Laramie. USA uznaje wyłączną zwierzchność ludów Czejenów, Lakotów, Dakotów, Arapaho,Wron, Assiniboinów, Mandanów i Arikarów na terenach środkowego i północnego Zachodu. Ustalone zostają granice między ziemiami plemion. Lakoci i Dakoci dostają m.in. Góry Czarne. Indianie gwarantują USA bezpieczny korytarz dla osadników przemierzających szlak oregoński na Zachodnie Wybrzeże." Zarówno ten traktat jak i koleje będą notorycznie łamane. Spór o święte dla Indian Góry Czarne pozostaje nierozstrzygnięty do dzisiaj. 

"Miasteczko powstało jako pierwsza osada nad rzeką Yellowstone. Miało posłużyć za port dla armii toczącej wojny z Indianami. Nazwane zostało ku czci Jamesa Forsytha, generała kawalerii. 
29 grudnia 1980 roku dowodził oddziałem, który wystrzałami z dział zmasakrował niemal 200 lakockich kobiet i dzieci nad potokiem Wounded Knee w rezerwacie Pine Ridge. 
Miast nazwanych imionami bohaterów rozprawy z Indianami są w Stanach dziesiątki. Stoją setki pomników ludzi, którzy mordowali Pierwszych Amerykanów z zimną krwią. Gdy w całym kraju trwa rozbiórka pomników bohaterów Konfederacji, którzy bronili niewolnictwa, monumentów na cześć rzeźników Indian nikt nie tyka."

Polecam!
Moja ocena: 5.5/6

wtorek, 9 kwietnia 2019

Lars Saabye Christensen "Magnes"

Autor: Lars Saabye Christensen
Tytuł: "Magnes"
Wydawnictwo Literackie, październik 2018


Książka norweskiego Autora, którego bardzo lubię. Jednakże w odróżnieniu od wszystkich poprzednich nie zrobiła na mnie ogromnego wrażenia.
Dlatego tylko wklejam poniżej link do recenzji z Wielkiego Buka. 

A to co zostaje ze mną, (z racji miejsca zamieszkania i codziennych doświadczeń) to opis wrażeń bohatera w amerykańskim mieście - mogłoby być o mnie (nie tylko w mieście, praktycznie wszędzie, gdzie są Amerykanie) 😉:
"Stanął i słuchał. Nagle uświadomił sobie hałas. Oczywiście słyszał go już wcześniej, codziennie, odkąd tu przyjechali, ale dopiero teraz ten hałas dotarł do niego w całym swoim okropieństwie i zmienił się w akustyczną świadomość. To nie ruch uliczny mu przeszkadzał, syreny, nawoływania ani muzyka z rozlicznych ghettoblasterów, tylko amerykański śmiech. Nie mógł się do niego przyzwyczaić. Amerykański śmiech nie mieścił się w żadnym znanym repertuarze. Nie był oznaką radości ani wyższości, nie był próbą ukrycia zawstydzenia, nie rozlegał się jako naturalna ulga pod dobrym żarcie czy komicznej scence, którą w filozofii określa się mianem kichnięcia duszy. Amerykański śmiech był przejawem czystej woli, a ponieważ Amerykanie pragną okazywać silną wolę, to był głośny, bardzo głośny. Był eksplozją dokonującą się w twarz i nikt nie wiedział, kiedy może nastąpić."

Moja ocena 4/5


poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Dionisios Sturis, Ewa Winnicka "Głosy Co się zdarzyło na wyspie Jersey"

Autorzy: Dionisios Sturis, Ewa Winnicka
Tytuł: "Głosy Co się zdarzyło na wyspie Jersey"
Wydawnictwo Czarne, luty 2018 

Spojrzenie pary wybitnych reporterów na tabloidową historię, którą żyły media na wyspie Jersey w 2011 roku. Wiadomo, że happy endu nie będzie. Popołudniem 14 sierpnia 2011 roku Damian Rzeszowski zaszlachtował nożami teścia, żonę i dwójkę dzieci oraz przebywającą w odwiedzinach przyjaciółkę z córką. Potem sam zadał sobie kilkanaście ciosów, ciężko ranny trafił do szpitala, ale został odratowany i stanął przed sądem. W procesie sędzia skazał go na 30 lat pozbawienia wolności w więzieniu o zaostrzonym rygorze. Damian został uznany za niepoczytalnego w chwili popełnia czynu, dlatego skazano go za zabójstwo, a nie morderstwo. Mógłby więc wyjść na wolność po odbyciu kary. To się jednak nie stanie, bo skazany odebrał sobie życie 31 marca 2018 roku. Reporterzy zabierają nas na salę sądową, gdzie rozgrywa się batalia psychiatrów o stan umysłowy oskarżonego. Wiadomo, że zabił. Adwokaci przyjmują linię obrony o słyszanych głosach, niepoczytalności, silnej depresji. Powołani na świadków psychiatrzy w większości przychylają się do tej wersji. Tylko jeden lekarz jest odmiennego zdania i twierdzi, że Damian dokładnie wiedział, co robi. Mnie akurat on przekonał, ale ława przysięgłych nie dała mu wiary. Ewa Winnicka już w reportażu Był sobie chłopczyk pokazała, że ma wybitną umiejętność nakreślania szerszego tła sytuacji. Tutaj szczególnie zwraca uwagę na problem imigracji Polaków. Pisze między innymi o tym, że polska imigracja podzielona jest na imigrację A i B. A to ludzie wykształceni, znający języki, często wyjeżdżają, na z góry zaplanowane kontrakty, zapisują dzieci do lokalnych szkół i szybko się integrują. Imigracja B to Polacy przeważnie ze słabym wykształceniem, emigrujący z regionów, w których załamał się przemysł, często nieznający języków. Zdarza się, że dzieci zostają w Polsce, a tylko rodzice pracują za granicą. Bardzo często są to ludzie nieznający swoich praw, których dotyczy kryzys finansowy, a to "prowadzi do stanów lękowych i halucynacji". Zdarza się, że Polacy nie rozumieją też kodów kulturowych, inaczej się ubierają, inaczej wyglądają, nie odnajdują się w społeczeństwie wielokulturowym. Ograniczenia w znajomości angielskiego (albo brak statusu rezydenta - który np. na Jersey dostaje się po 5 latach dopiero, pod warunkiem spełnia surowych wymogów), uniemożliwia im dostęp do pomocy psychologicznej. Szokujące jest to, że ludzie wyjeżdżają gdzieś i zupełnie nie orientują się w sytuacji kraju, w którym mieszkają. Cytowana w reportażu "Barbara Drozdowicz, szefowa East European Resources Center - organizacji pomocy dla migrantów z Europy Środkowej - mówi, że wielu obywateli polskich nie ma świadomości, że Wielka Brytania opuszcza Unię Europejską. Nie słyszeli o brexicie."
Drugim ważnym tłem jest oczywiście rodzina Damiana. Okazuje się, że była przemocowa. Empatia chyba też nie była tam zbyt mocną stroną, skoro rodzice Damiana nie pofatygowali się na pogrzeb synowej i wnucząt, bo zajęci byli pilnowaniem, żeby im nie przepadło mieszkanie.
Według naszej obecnej władzy w polskich rodzinach nie ma kwestii przemocy, to wszystko to tylko lewackie wymysły. Tymczasem "według statystyk ogłoszonych przez policję w 2017 roku kobiety z Polski stanowiły jedną czwartą wszystkich ofiar przemocy domowej w Wielkiej Brytanii. Następne na liscie były Albanki. Tylko w pierwszych pięciu miesiącach 2018 roku w samym północnym Londynie zginęły cztery Polki. Zostały zamordowane przez swoich polskich partnerów."
To mówi samo za siebie!


Polecam!

Moja ocena: 5/6

wtorek, 26 marca 2019

Joanna Kuciel-Frydryszak "Służące do wszystkiego"

 

Autorka: Joanna Kuciel-Frydryszak
Tytuł: "Służące do wszystkiego"
Wydawnictwo Marginesy, październik 2018

Mało jest po nich pamiątek, zdjęć, eksponatów w muzeach, mimo że, było ich bardzo, bardzo wiele - służące. Historia niań, kucharek, sprzątaczek, albo po prostu kobiet do wszystkiego, które żyły razem z rodzinami, harowały od rana do wieczora, bez dłuższych urlopów i dni wolnych, traktowane przeważnie jak podludzie, z sypialniami urządzonym pod schodami, w łazienkach, albo kuchniach, często głodne, bez prawa do kąpieli, czy nawet korzystania z umywalki, wyrzucane na bruk na starość, mimo wielu lat przepracowanych u państwa z pełnym oddaniem. Historia polskiego niewolnictwa, taki podtytuł mógłby nosić ten reportaż.
Znakomita większość służących pochodziła z wiejskich, przeraźliwie biednych rodzin. Już jako małe dzieci były podrzucane na służbę do państwa, a potem gdy tylko mogły, jechały w świat. Rozwijające się miasta przyciągały, marzące o  lepszym losie, wiejskie dziewczyny. I często nawet najpodlejsze warunki u państwa były lepsze niż to, co miały w domu. Uciekały od opresyjnych ojców i przed małżeństwami, które prowadziły tylko do większej harówki i większego upodlenia. Przybywało ich do miast bardzo dużo. Rozpaczliwie potrzebowały zatrudnienia, więc zgadzały się na wszystkie proponowane warunki bez mrugnięcia okiem. Młode i naiwne, przeważnie analfabetki, marzące o królewiczach, którzy odwróciliby ich marny los, były łatwym łupem różnorakich cwaniaczków i oszustów. Spora część służących kończyła jako prostytutki. Powszechnym zwyczajem było zwalnianie służby na okres wakacji. Dziewczyny pozostawały bez pracy i domu. Jeśli nie miały u kogo się zatrzymać, często kończyły na ulicy. Z czasem zaczęły powstawać organizacje pomocowe, przeważnie kościelne, oferujące dwutygodniowe, darmowe noclegi i wyżywienie, pozwalające na znalezienie nowej pracy. Dziewczyny mogły też w tych stowarzyszeniach odkładać drobne kwoty, które zapewniały im utrzymanie na starość.
Są też historie o służących, które stały się niemalże częścią rodziny i pozostawały pod jej opieką, gdy same już nie mogły pracować, ale to zdecydowanie wyjątki. 
Reportaż Joanny Kuciel-Frydryszak przytacza wzruszające dowody ogromnego przywiązania służących do swoich pracodawców: wyprowadzanie z getta, ukrywanie podczas wojny, ratowania dzieci. Ale wymowa całej pracy jest gorzka. Mieszczaństwo uważało służące za podludzi, bez prawa do czasu wolnego i odrobiny prywatności. Często nawet bez prawa do własnego imienia. Standardem było wołanie na wszystkie bez wyjątku służące Marysia, bo akurat do takiego imienia państwo przywykło. Próby regulacji stosunków pomiędzy służbą i pracodawcami były wyśmiewane i długo w tym temacie nic się nie działo. Wielkie panie nie wyobrażały sobie, że miałby samodzielnie iść na zakupy i ugotować obiad.
Rozdziały w reportażu przeplatane są cytatami z poradników dla służby domowej. Dziś mogą budzić tylko żenadę i niedowierzanie, ale kiedyś wyznaczały niewolnicze standardy pracy wielu tysięcy młodych dziewczyn. 

Doskonała lektura!
Polecam!

Moja ocena: 6/6

poniedziałek, 18 marca 2019

Łukasz Pilip "Podwórko bez trzepaka. Reportaże z dzieciństwa"



Autor: Łukasz Pilip
Tytuł: "Podwórko bez trzepaka. Reportaże z dzieciństwa"
Wydawnictwo Agora, luty 2019

Reportaże dobitnie pokazujące, że dzieciństwo nie zawsze jest beztroskie, a dzieci muszą mierzyć się z sytuacjami wobec których często dorośli są bezradni. Bardzo szeroki zakres tematów: opieka nad śmiertelnie chorymi rodzicami, wszelkiego rodzaju rodziny dysfunkcyjne i patologiczne, autyzm, prawo do prywatności osoby niepełnoletniej i wiele, wiele innych. Wszystkie mocno emocjonalne. 

Moja ocena: 4/6 

czwartek, 7 marca 2019

Maciej Zaremba Bielawski "Dom z dwiema wieżami"

Autor: Maciej Zaremba Bielawski
Tytuł: "Dom z dwiema wieżami"
Wydawnictwo Karakter, grudzień 2018


Zachwyt i wzruszenie. 
Polski dziennikarz, żyjący w Szwecji, mierzy się już po śmierci rodziców z historią ich życia. Spotkali się w gabinecie Oskara - sławnego polskiego psychiatry w 1946 roku, rozstali w marcu 1968, kiedy matka, w połowie Żydówka, zdecydowała się opuścić wraz z dziećmi Polskę. 
Autor próbuje odkryć i zrozumieć najboleśniejsze momenty ich życia, okryte milczeniem, schowane na zawsze. Zestawia ze sobą ich wojenne przeżycia - tak dalece od siebie różne. Matka przez całą wojnę uciekała i walczyła o przetrwanie. Nieprawdopodobne zbiegi okoliczności i przypadki doprowadziły do tego, że właśnie jej się udało. Ojciec z kolei był więźniem oflagu, czyli obozu jenieckiego dla oficerów, więc przeżył wojnę w zasadzie w komfortowych warunkach. Czy ich związek mógł się udać? To pytanie bez odpowiedzi. Zdeterminowana do granic możliwości, bezwzględna w oczekiwaniach kobieta, która postanawia zostawić swoje żydowskie korzenie w przeszłości. I mężczyzna, który stara się jak może, podejmuje wiele wyrzeczeń w imię miłości, ale nie zna demonów wybranki.

"Lila niemało ma do zapomnienia. Nie tylko swoje imię i nazwisko. Gdy idą razem, potrafi nagle wyszeptać: "patrz, tam jest miejsce na czworo." Wypatruje kryjówek, poddaszy, ciężkich gdańskich szaf, ziemianek z ledwie widocznym wejściem. Wtedy Oskar, słynny psychiatra, mówi "Musisz przestać tak myśleć. Zabraniam ci."
Teraz jestem prawie pewien, że ten majowy dzień 1946 roku to musiał być jedyny raz, gdy ona opowiadała. Przez dwie, może trzy godziny a potem już nigdy. 
Może istnieję dzięki temu milczeniu. Gdyby opowiedziała więcej, on mógłby dostrzec jej otchłań i zląc się. To najgorsze i tak by zataiła. Kobiety tak robią i słusznie: nikt nie jest panem własnej wyobraźni. Jednak on by się domyślał, a od tych obrazów już nie można się uwolnić. Więc gdy ona budzi się z krzykiem, on nie pyta, co jej się śniło, tylko ją obejmuje i cicho jej śpiewa. Tak to musiało być. Wybierają życie w teraźniejszości. Oskar nie dowie się, że to spojrzenia Polaków były najbardziej niebezpieczne dla ukrywającej się Żydówki. Przypuszczalnie nie opowiada mu nawet o gettach ławkowych. Nie chce być ofiarą. Chce być nieponiżona. Jak on. Urodzi polskie dzieci, z tarczą herbową i świadectwem chrztu. Oskar nigdy nie dowie się, że aby przeżyć, zostawiła swojego ojca. W imię mojej przyszłości musi pozostać sama ze swoją winą." 


A historia ich życia wydarza się  w Polsce, kraju szalejącego antysemityzmu. 

"Polski antysemityzm, tak należy mówić. Nie antysemityzm w Polsce. Zupełnie własna paranoja, uszyta na miarę dla Polski. Ekstremalnie odporna na zużycie. Przeżywa, jak się okazuje, w każdych warunkach, nawet bez Żydów. Tak dopasowana, że musiała powstawać w laboratorium."

"Niewiele tego na tożsamość, być negatywem fanatyzmu. Szczególnie trudno być anty-czymś, czego już nie ma. I trochę niewygodnie, kiedy się pomyśli, jak i dlaczego zniknęło. Ale nic na to nie poradzisz. Gdyby transport polskich endeków wysadzić na bezludnej wyspie, zaczęliby kopać palmy w przekonaniu, że to przebrani Żydzi. Albo tropić Semitów we własnym gronie. Bez negatywu z garbatym nosem Polacy spod znaku Dmowskiego są jak pijane dzieci we mgle." 

Piękna i poruszająca biograficzna opowieść jednego z najlepszych polskich reporterów. Perełka!
Gorąco polecam!

Moja ocena: 6/6

czwartek, 14 lutego 2019

Ian McEwan "Pokuta"


Autor: Ian McEwan
Tytuł: "Pokuta"
Wydawnictwo Albatros, maj 2018

Droga do lektury "Pokuty" była pokrętna: bohaterka "Morderstw w Somerset" - redaktorka, wymienia ją, jako jedną z książek, która odmieniła jej życie. Historia jest znana głownie z filmu z 2007 roku, nakręconego na podstawie tej powieści. 
W 1935 roku 13-letnia Briony widzi przypadkowo swoją starszą siostrę Cecilię w intymnej, dziwnej sytuacji z synem ogrodnika - Robbim. W czasie tego upalnego lata wiele się dzieje w angielskiej, wiejskiej rezydencji: do domu przyjeżdża starszy brat Leon, wraz z przyjacielem, kuzyni bliźniacy i kuzynka, których matka uciekła do Paryża z kochankiem. Briony ze swoją bujną wyobraźnią i pasją pisarską oraz dramaturgiczną zamierza wystawić sztukę. Porzuca jednak swój pomysł, gdyż próby, "aktorzy", główna bohaterka znacznie odbiegają od jej wyobrażeń. Wieczór ostatecznie i tak jest stracony, gdyż bliźniacy postanawiają uciec, a ich siostra zostaje zgwałcona. Trzynastoletnia dziewczynka jest jedynym świadkiem wydarzeń, ostatecznie swoimi zeznaniami posyłając do więzienia niewinnego człowieka. Rodzina zostaje rozbita, potem wybucha wojna, a Briony pracuje jako pielęgniarka w szpitalu. Zdaje sobie sprawę, że jej zeznania zniszczyły życie wielu osób. Jako dorosła kobieta, pisarka tworzy kolejne wersje powieści, które mają ją przybliżyć do prawdy, co wydarzyło się tamtego dnia. 
Dla mnie to przede wszystkim fantastyczna opowieść o istocie rzeczy. O tym, co naprawdę widzimy, naprawdę słyszymy oraz o tym, co wydaje nam się, że widzimy i wydaje nam się, że słyszymy. Przypadek Briony, trzynastoletniej dziewczynki w okresie dorastania, z wielkimi emocjami, z ogromną, wybujałą wyobraźnią tylko dobitniej pokazuje, jak bardzo możemy się mylić w swoich osądach. Zresztą Robbie i Cecilia, poszkodowani kochankowie, też mają swoją własną nieprawdziwą wersję wydarzeń, opartą na dopowiedzeniach. Bo to niestety zmora nas wszystkich, nieumiejętność oddzielenia faktów, sytuacji, które po prostu są, jakie są od tego, co do nich dopowiadamy. Dodajemy treści i znaczenia, których najczęściej nie ma, tworząc swoje fałszywe przekonania. 
Mistrzostwo Autora polega na tym, że stopniowo wciąga nas w emocje i przeżycia wszystkich bohaterów. Patrzymy ich oczami. Widzimy jak Briony składa swoje zeznania, ale także proces jak się w nich utwierdza, albo raczej jak utwierdza się w nich w jej otoczenie (rodzice, policja, sędziowie) - z wygody, z potrzeby szybkich odpowiedzi i nie pozwala bohaterce na refleksję. Koło się zamyka. Ostatecznie nastolatka już sama nie wie czy widziała, czy sobie dopowiedziała. Briony, jako dorosła kobieta, zdaje sobie sprawę z krzywdy, jaką wyrządziła. Pragnie odkupić swoją winę, ale pytanie czy to w ogóle jest możliwe. 
Piękny język, głębokie emocje, polecam!

Moja ocena: 4,5/6

piątek, 1 lutego 2019

Wiesław Myśliwski "Ucho Igielne"

Autor: Wiesław Myśliwski
Tytuł: "Ucho Igielne"
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, październik 2018 


"Uwierzyć w życie, jakaż to trudna wiara, jeśli się nad tym zastanowić. Może dlatego, że z pozoru prosta, zwyczajna, pospolita. A jednak to najtrudniejsza z wiar. Tym bardziej, że są tylko dwie perspektywy życia: młodość i starość. Kiedy człowiek jest młody, nie wierzy, że będzie stary, a gdy jest stary, nie wierzy, że był młody."


Wiesław Myśliwski to kolejny polski Autor, z którego prozą koniecznie muszę się zapoznać. I to jest jedno z moich wyzwań na ten rok. Jakiś czas temu przymierzałam się do lektury "Widnokręgu", ale ktoś mi powiedział, że jestem za młoda, że do jego twórczości, przemyśleń trzeba dorosnąć. To było około dwunastu lat temu i myślę, że "za młoda" już straciło na aktualności. Poza tym zapałałam uwielbieniem do Autora po wywiadzie w Magazynie Książki.Mądry, bezpretensjonalny, nie silący się na górnolotne frazy i dodawanie znaczenia, tam gdzie go nie ma, niepopularnie w dzisiejszych czasach niewypowiadający się na tematy, na których się nie zna i nie dotyczą pisania. Kilkadziesiąt lat w związku z jedną kobietą, uznający miłość za coś najważniejszego, co się człowiekowi może przytrafić.

"Miłość też może się nie spełnić, ona prostu może nie zaistnieć, i to jest przypadek bohatera "Ucha Igielnego". Ale jest w człowieku coś takiego, co każe mu wierzyć, że marzenie się ziści. I on będzie czekał na tę miłość wbrew rozsądkowi i nadziei."

"Ucho Igielne" to zmierzenie się Autora z czasem i własną pamięcią, spotkanie starości i młodości. W jednej z ostatnich scen bohater siedzi ze swoimi kolegami na uroczystościach rocznicowych szkoły, do której razem chodzili. Wszyscy troje wspominają wspólne mieszkanie na stancji z trzema innymi uczniami. Dochodzi do kłótni i niemalże rękoczynów, gdy zaczynają spierać się o fakty. Każdy jest przekonany, że było tak a nie inaczej, że jego wersja jest prawdziwa a pozostali zapomnieli. 
W "Uchu Igielnym" wszystko się przeplata. To co jest teraz, z tym co było, a właściwiej powiedzieć z tym, co wydawało się, że było. Autor kilkakrotnie zastanawia się czy opowiadamy, o tym co się wydarzyło, czy za każdym kolejnym razem snujemy tak naprawdę inną opowieść. Pamięć i czas nieustanie nas zwodzą. 

"Głowy nie dam, czy to było potem czy przedtem. Nie ma to zresztą większego znaczenia. Mogły mi się czasy zamienić. Czas lubi się tak nieraz zamienić z innym czasem. Czas jest chytry jak lis, a bywa i złośliwy. Potrafi płynąć w tę i zarazem przeciwną stronę. A tylko nam się wydaje, że zawsze płynie razem z nami i nasze życie wyznacza mu granice. Nic bardziej błędnego. Ciągnie nas, gdzie chce. I w tył, kiedy nas nie było, i w przód, kiedy nas nie będzie. Bawi się nami wiedząc, że i tak nic nie możemy. Człowiekiem nietrudno się bawić".

Bardzo piękna i mądra książka, zmuszająca do myślenia, a momentami wzbudzająca niepohamowane wybuchy śmiechu! Doskonała!

Moja ocena: 6/6



piątek, 25 stycznia 2019

Olga Tokarczuk "Księgi Jakubowe"

Autorka: Olga Tokarczuk
Tytuł: "Księgi Jakubowe"
Wydawnictwo Literackie, październik 2014

Zarzekałam się, że nie przeczytam. Nie zamierzałam i już. Nawet po tym, jak książka otrzymała Nike w 2015 roku. Ale po spotkaniu z Olgą Tokarczuk w Bostonie stwierdziłam, że podejmę wyzwanie, że warto spróbować zapoznać się z najnowszą prozą jednej z najbardziej rozpoznawalnych polskich pisarek, odświeżyć też stare lektury i generalnie być na bieżąco, żeby wiedzieć, za co poniektórzy Autorkę wyklinają. I fantastycznie, że takie postanowienie poczyniłam. 
Bo "Księgi Jakubowe" to powieść totalna, wszechogarniająca, lektura, w którą człowiek wpada i się zatapia, ciężko jest skupić myśli na innych tematach. I tak się podróżuje przez 1000 stron ("siedem granic, pięć języków i trzy duże religie").
Dobrze, że dużo tego druku, bo wątków jest tyle, że przy stronie nr 200 ma się wrażenie, że akcja dopiero się zaczyna. Wiele warstw, wielu bohaterów, wiele historii. Wszystko spaja razem Jakub Frank, żydowski, samozwańczy mesjasz, który w drugiej połowie XVIII wieku namówił tysiące żydów do przyjęcia chrztu. Jak powiedziała Autorka: "najbardziej nieprawdopodobne w tej historii jest to, że naprawdę się wydarzyła". Narrację w książce prowadzi kilka osób. Min widzimy świat z perspektywy Jenty - babki, która miała umierać, ale nie umiera.
Połknęła zapisany amulet i teraz nie wiadomo, w którym ze światów przebywa. Ma jednak szerszą perspektywę niż większość bohaterów, a przez to i my więcej wiemy. Mentor Jakuba i jego najwierniejszy, najbardziej naiwny (?) wyznawca Nachman prowadzi zapiski z życia Pana (jak wierni nazywają Jakuba), zatytułowane "Resztki" i stara się w nich opisać drogę, wierzenia, nauczania, historię frankistów czyli antytalmudystów. Ksiądz Chmielowski w osobnym wątku próbuje stworzyć encyklopedię wiedzy uniwersalnej, która obejmowałaby porady dla wszystkich i stała na półce w każdym domu. Jest jeszcze Antoni Kossakowski czyli Moliwda - barwny ptak, który trochę frankistom pomaga, ale tak naprawdę ustawia wszystko pod siebie - typ cwaniaczka, który zawsze unosi się na powierzchni (to moja interpretacja). I kobieta czołg - hrabina Kossakowska - prototyp amerykańskiego lobbysty - nie ma opcji, że się nie da. Jeżeli coś postanowiła, to uda się to przeforsować.  A poza tym dziesiątki innych różnorodnych, świetnie i pełnie nakreślonych postaci. 

"Księgi Jakubowe" to proza wielowarstwowa, ogrom tematów do dyskusji i interpretacji. Mnie szczególnie podobał się proces powstawania i upadku mesjasza, używając górnolotnego określenia. Człowiek niegłupi, można powiedzieć inteligentny, ale bez przesady, prosty w obyciu i usposobieniu, za to z brawurą wypisaną na twarzy, wielką pewnością siebie, znajduje ludzi, którzy zaczynają w nim widzieć przewodnika. Stopniowo sam nabiera pewności, że jest stworzony do przywództwa, zagłębia się w "nauki", wysłuchuje starszych, nabiera mocy, robi dużo szumu wokół siebie, aż któregoś dnia okazuje się, że to mesjasz. Prowadzi wystawny i głośny tryb życia, zarówno prawdziwe historie o nim i jak i plotki, zaczynają mutować, żyć własnym życiem i trafiają w świat. Dużo szumu, mało treści. Taki osiemnastowieczny celebryta. Coraz więcej ważnych osób chce go poznać, bo być może warto. Jakub Frank zdecydowanie budzi ciekawość. Bohater oczywiście z tego korzysta, wszystko niby dla nowej wiary i lepszej przyszłości wiernych. R
zeczywiście, niektórym się powiodło. Jako konwertyci na katolicyzm otrzymywali często tytuły szlacheckie. Ale generalnie byli wyklęci przez swoich jako zdrajcy, a katolicy patrzyli na nich podejrzanie. Sam Jakub z życia korzystał  jak mógł: mesjasz mesjaszem, ale rozwiązłość seksualna, materialne zbytki, najlepsze, najdroższe jedzenie i alkohole za czasów dobrobytu były na porządku dziennym. Pieniądze oczywiście pochodziły od wiernych (nie zawsze świadomych, na co dokładnie płacą). Ciekawe jest to, że mesjasz przecież sam się nie kreuje. Tworzą go ludzie, którzy w niego wierzą. W zwykłym kichnięciu wyznawcy Jakuba nie dostrzegali przeziębienia, tylko znak od Boga (to oczywiście mój skrót myślowy). Z czasem bohater popadł w niełaskę, najwierniejsi wyznawcy rozpierzchli się po świecie, a młodzież, która przyjeżdżała na nauki i szkolenia, widziała w coraz starszych frankistach już tylko grupę żałosnych starców. 

"Księgi Jakubowe" są pięknie wydanie. To jedna z tych książek, którą naprawdę powinno się mieć w wersji papierowej. Podzielona na księgi, z licznymi rysunkami i mapami, z odwrotną numeracją stron. "Inna numeracja ksiąg zastosowana w tej książce jest ukłonem w stronę ksiąg pisanych po hebrajsku. A także przypomnieniem, że każdy porządek jest kwestią przyzwyczajenia." 

Bardzo, bardzo polecam!

Moja ocena: 6/6


środa, 2 stycznia 2019

Mary Beard "Kobiety i władza. Manifest"

Autorka: Mary Beard
Tytuł: "Kobiety i władza. Manifest"
Dom wydawniczy Rebis, wrzesień 2018
"Chcę wyjść od początków zachodniej literatury i pierwszego zapisanego w niej przypadku mężczyzny każącego kobiecie się „zamknąć”, mówiącego, że nie może ona zabierać głosu publicznie. Mam na myśli chwilę uwiecznioną w Odysei Homera, prawie trzy tysiące lat temu.
Skłonni jesteśmy dzisiaj uważać to arcydzieło za epicką opowieść o Odyseuszu, jego przygodach i tarapatach, w jakie wpadał, wracając po wojnie trojańskiej do domu, gdy tymczasem jego żona Penelopa latami wiernie na niego czeka, opierając się nachalnym zalotnikom. Odyseja jest jednak w równym stopniu historią Telemacha, syna Odyseusza i Penelopy, historią jego dorastania i tego, jak w toku narracji zmienia się z chłopca w mężczyznę. Proces ten rozpoczyna się w pierwszej pieśni, kiedy Penelopa schodzi na dół, do wielkiej sali pałacowej i słyszy, jak aojda śpiewa dla tłumu jej zalotników o przeszkodach, które muszą pokonać greccy bohaterowie w drodze do domu. Nie podoba jej się ten przygnębiający temat i w obecności wszystkich prosi go, by wybrał inny, pogodniejszy. Wtedy wtrąca się młody Telemach: „Matko moja (…), wracaj do siebie i pilnuj swojej roboty, krosien i kądzieli (…). Słowo do mężów należy, a ze wszystkich do mnie najbardziej, bo moja władza w tym domu”. I Penelopa wraca na górę. Trochę śmieszne, że mający jeszcze mleko pod nosem chłopiec ucisza rozumną, dojrzałą kobietę. Scena ta dobrze pokazuje, że już u zarania kultury zachodniej, kiedy pojawiają się jej źródła pisane, kobiecego głosu w sferze publicznej nie słychać."