piątek, 5 października 2018

Elizabeth Strout "Trwaj przy mnie"


Autorka: Elizabeth Strout
Tytuł: "Trwaj przy mnie"
Wydawnictwo Wielka Litera, wrzesień 2018

Jeden z drugoplanowych bohaterów powieści - wypowiada takie słowa: "Prawdę powiedziawszy, obstawałbym przy tym, że nikt z nas nie posiada środka ciężkości. Powiedziałbym raczej, że w każdej minucie życia jesteśmy ciągnięci i popychani przez sprzeczne siły i że trzymamy się najlepiej, jak umiemy."

Czyż to nie jest jedna z największych, a jednocześnie najprostszych prawd naszego życia?!

W "Trwaj przy mnie" Elizbateh Strout zabiera nas do małej mieściny West Annet w Maine, w Nowej Anglii. Tam zaraz po studiach przyjeżdża objąć parafię młody pastor Tom Caskey wraz ze swoją żoną. Szybko zaczyna się świetnie dogadywać z mieszkańcami, wygłasza porywające i pasjonujące kazania, a wierni go uwielbiają. Jego młoda żona, modna i "światowa" kobieta nie za bardzo dogaduje się z miejscową społecznością: nie bierze udziału w zebraniach żadnych lokalnych klubów i towarzystw, nie chce prowadzić kółka modlitewnego. Ale życie biegnie swoim torem, wkrótce na świat przychodzą dwie córki i wszystko toczy się gładko do momentu, gdy pastorowa dzwoni na plebanię z informacją, że nie wie, gdzie jest. To początek choroby, której nazwy się wtedy nie wypowiadało. Niebawem Tom Caskey zostaje sam z córkami. Załamanie i nawarstwiające się problemy, powodują, że przestaje spełniać oczekiwania społeczności. A ponieważ wydaje się złośliwy i niemiły, mieszkańcy w obliczu wszechogarniającej nudy, paskudnie długich zim i ciągłego mroku, zaczynają wymyślać niestworzone rzeczy na jego temat. Tutaj oczywiście mistrzostwo Autorki osiąga wyżyny: warstwa po warstwie zdziera z prawych obywateli ich maski.
Ale dla mnie "Trwaj przy mnie" to przede wszystkim opowieść o prawdziwym, szczerym spotkaniu z drugim człowiekiem, które jest możliwe tylko wtedy, gdy się otworzymy, gdy nie będziemy udawać kogoś, kim nie jesteśmy, gdy również od innych nie będziemy wymagać udawania i póz. I to jest bardzo trudne. Bo zawsze łatwiej stylizować się na bohatera, niż stanąć odartym ze wszystkiego i przyznać, że się sięgnęło dna (czymkolwiek to dno jest). 
To jest chyba ostatnia z książek Elizabeth Strout przetłumaczona na polski (aczkolwiek druga w jej karierze), więc przeczytałam ją po prostu dlatego, że uwielbiam tę Autorkę. Po lekturze przejrzałam też pobieżnie recenzje i zaszokowało mnie to, że spora część czytelników uważa, że powieść jest nudna, wlecze się przez 300 stron i nic się nie dzieje. Dla mnie tam dzieje się wszystko. Codzienna nuda West Annet aż buzuje skrywanymi emocjami, poszukiwaniem sensacji (na miarę West Annet oczywiście), niespełnionymi oczekiwaniami i uniwersalną dla wszystkich potrzebą miłości i zrozumienia. Fantastyczna!

Gorąco polecam!
Obiektywna nie jestem, bo uwielbiam Elizabeth Strout 😏

Moja ocena: 6/6

środa, 3 października 2018

Margot J.S. "Mazel Tow Mazel tow. Jak zostałam korepetytorką w domu ortodoksyjnych Żydów"


Autorka: Margot J.S.
Tytuł: "Mazel Tow Mazel tow. Jak zostałam
korepetytorką w domu ortodoksyjnych Żydów."
Wydawnictwo Czarne, lipiec 2018

Reportaż dla wszystkich tych, którzy chcą przyjrzeć się życiu społeczności ortodoksyjnych Żydów, ich niezmiennym od setek lat obyczajom i drakońskim regułom koszerności, które, mówiąc krótko, codziennego funkcjonowania nie ułatwiają. Margot przez kilka lat pracowała w domu rodziny Schneiderów w Antwerpii, pomagając czwórce dzieci w nauce. Początkowy dystans wobec korepetytorki z czasem przerodził się w zaufanie i wieloletnią przyjaźń. Lektura zdecydowanie bardzo ciekawa, czyta się szybko i przyjemnie. Aczkolwiek trzeba powiedzieć jasno, że osobie z innego kręgu kulturowego/religijnego (takiej jak ja) trudno zrozumieć czyjąkolwiek zdolność do funkcjonowania współcześnie w ramach tak "opresyjnych" reguł, regulujących każdy najmniejszy aspekt życia. 

Polecam!
Moja ocena: 5/6

wtorek, 18 września 2018

Niklas Orrenius "Strzały w Kopenhadze"

Autor: Niklas Orrenius
Tytuł: "Strzały w Kopenhadze"
Wydawnictwo Poznańskie, sierpień 2018 

Bardzo ciekawy reportaż szwedzkiego dziennikarza o granicach sztuki i wolności słowa, oraz wzajemnych między nimi relacjach oraz o konsekwencjach, jakie na siebie przyjmujemy jako społeczeństwo, gdy z jednej strony chcemy wolności słowa bronić za wszelką cenę, a z drugiej, gdy nasza wolność ekspresji i wyrazu jest dla innych społeczeństw nieakceptowalna. Najważniejszą zaletą książki jest jej ogromny obiektywizm. Autor dociera (lub stara się dotrzeć) do różnych osób, reprezentujących absolutnie odmienne poglądy i prosi je o rozmowę i komentarz do sytuacji. 

Niklas Orrenius postanowił przyjrzeć się życiu, jakie prowadzi artysta Lars Vilks, po tym jak islamskie organizacje terrorystyczne wydały na niego wyrok śmierci za publikację w 2007 roku rysunku Mahometa jako psa na rondzie. Autor sięga do dzieciństwa i młodości artysty, ale w największym stopniu oczywiście skupia się na stanie obecnym.
Lars Vilks żyje w ukryciu pod ciągłą ochroną, porusza się w konwojach policyjnych, a gdy ktokolwiek dowie się o jego miejscu zamieszkania, musi je natychmiast zmienić. Kosztuje to szwedzkich podatników ponad 20 milionów koron rocznie. Pierwsze pytanie jakie się nasuwa, to czy gdyby wiedział, o konsekwencjach swojego postępowania, to nie opublikowałby rysunku. Pytanie, które w przypadku tego artysty, nie ma zupełnie sensu. Jak podaje Wikipedia: "należy on do nurtu artystów konceptualnych, którzy bardziej niż na formie i treści dzieł skupiają się na osobie samego artysty". O lepsze podsumowanie trudno. Moje wrażenia są takie, że Larsowi Vilksowi właśnie o niego samego najbardziej chodzi, o robienie szumu. Nigdy nie poparł, ale nigdy też nie odciął się od ruchów faszystowskich, nacjonalistycznych i antyislamistycznych, które często jego sztukę wieszają sobie na sztandarach i zapraszają go na swoje wszelkie możliwe spotkania. Artysta budzi skrajne emocje. Zwłaszcza od czasu tytułowych strzałów w Kopenhadze w 2015 roku, kiedy brał udział w dyskusji i zamachowiec, próbujący wykonać na nim wyrok śmierci, zabił przypadkowego człowieka. 
"W czasach, gdy wielu chętnie dzieli ludzi i zjawiska na to, co dobre i to, co złe, Lars Vilks jest interesujący. Jego życiu zagrażają muzułmańscy terroryści z tych samych potężnych ugrupowań, które nienawidzą demokracji, mordują Żydów w Paryżu i w Kopenhadze oraz dokonują rzezi w Iraku i Syrii. 
Jednocześnie wśród obrońców Vilksa znajduje się inny gatunek ekstremistów: rasiści używający argumentów na rzecz wolności słowa po to, by podżegać przeciw muzułmanom i imigrantom, ci, którzy klasyfikują ludzi jako niegodnych zaufania niszczycieli społeczeństwa jedynie ze względu na ich religię czy pochodzenie."
Ida karykatury Mahometa jako psa na rondzie łączy w sobie dwa wydarzenia artystyczne: opublikowanie przez duńską gazetę "Jullands-Posten" 12 satyrycznych rysunków proroka Mahometa oraz akcję solidarności z artystką Stiną Optiz. Jej praca Cyrkulacje II została wystawiona na rondzie w Linkoping. Wandale ją jednak zniszczyli, w tym jej część: rzeźbę psa, któremu skradziono głowę. Mieszkańcy zaczęli spontanicznie umieszczać zrobione przez siebie rzeźby psów na różnych rondach w Szwecji. Akcja wyszła poza miasto Linkoping i była szeroko komentowana. Lars Vilks połączył ze sobą te dwa wydarzenia, z których jedno było chwalone, a drugie potępiane i na wystawę w Tallerund w 2007, której motywem był pies w sztuce, przygotował rysunek Mahometa jako psa na rondzie. Temat przedostał się do prasy, a karykatury opublikowała lokalna gazeta z Orebro "Nerikes Allehanda". A potem rozpętało się piekło.
W swoim reportażu Niklas Orrenius przez to piekło nas prowadzi, pokazując jak Szwecja poradziła sobie z wywołanym przez artystę międzynarodowym kryzysem, atakami na Szwedów za granicą i podpaleniami szwedzkich flag i ambasad. Wszystko to porównuje do patowej sytuacji, w jakiej znalazła się Dania w 2007 roku, gdy "Jullands-Posten" opublikowała swoje rysunki. Szwecja szczyci się tym, że wolność słowa ma wpisaną do konstytucji - jako pierwsze państwo na swiecie (w 2016 roku obchodzono 250 rocznicę tego wydarzenia). Jednocześnie to jak starano się rozwiązać kryzys Larsa Vilksa, to jakie jego prace budzą emocje, pokazuje, że jest jednak jakieś "ale" i wiele spraw się przemilcza. Artysta został praktycznie usunięty z głównego nurtu sztuki, nie za wiele pisze o nim szwedzka prasa. Ma za to swoich wielkich zwolenników w Danii, gdzie jest często zapraszany na różnorodne wystawy i wykłady. 
Nawet najwybitniejsi profesorzy, wypowiadający się w reportażu, nie są w stanie rozwikłać dylematu wolności słowa.
"Z jednej strony, mamy fundamentalistów wolności słowa, którzy uważają, że wszystko i zawsze powinno móc być powiedziane i że jakakolwiek próba podważenia tej zasady jest niedemokratyczna. Z drugiej strony, mamy grupy walczące o prawo do tego, by nigdy ich nie obrażano, które chciałby ograniczyć wolność wypowiedzi. Pośrodku jest dość pusto".
Gdy dodatkowo zaczynają ginąć ludzie, wychodzimy już tylko poza filozoficzne dywagacje. Kierownicy wystaw, ci którzy gorąco popierają Larsa Vilksa i chcą go gościć na wydarzeniach w swoich galeriach, mówią dziennikarzowi, że pracownicy, gdy dowiadują się o planowanej obecności artysty, nie chcą przychodzić do pracy. Trudno się dziwić. Nikt raczej nie chce podwyższyć swojej szansy na otrzymanie przypadkowej kulki w głowę, bo akurat artysta, którego aktywnie próbują zabić islamscy fundamentaliści, będzie gościem galerii. Trudno od ludzi wymagać, żeby nadstawiali głowy, za to, że jakiś szwedzki konceptualista postanowił z premedytacją obrazić grupę ludzi, która naprawdę ma zachodnią wolność słowa w głębokim poważaniu i się nie pier****. 
Ja nie ukrywam swojej niechęci do tego artysty. Jawi mi się jako taki cwaniaczek, prześlizgujący się po powierzchni, za nic naprawdę nie biorący odpowiedzialności. Ma przechlapane do końca życia, to fakt, współczuję mu z tego powodu, ale jego postawa pt.: prowokuję i co mi zrobicie (nie tylko zresztą w temacie Mahometa) jest dość mocno żałosna. 
Reportaż gorąco polecam, bo nie jest tylko o Larsie Vilksie, ale o dylematach, przed jakimi staje współczesna Europa. Przedstawia skrajne punkty widzenia, przez co staje się jeszcze bardziej interesujący. 

Moja ocena: 6/6




piątek, 24 sierpnia 2018

Rob Schmitz "Ulica Wiecznej Szczęśliwości. O czym marzy Szanghaj"

Autor: Rob Schmitz 
Tytuł: "Ulica Wiecznej Szczęśliwości. O czym marzy Szanghaj"
Wydawnictwo Czarne, czerwiec 2018

To był dobry strzał! Rewelacyjny! Czasami patrzę na reportaż (których teraz, przyznajmy, jest ogromny wysyp, momentami mam wrażenie, że każdy już jakiś napisał), czytam zachęcające komentarze na okładce i myślę: "no super, ale co mnie to właściwie obchodzi?!". I często szukam takiej iskry, ulotnego przebłysku, który każe mi jednak po książkę sięgnąć. I gdy zaczynam z nastawieniem "nie do końca wiem czy mnie to obchodzi", a kończę z przekonaniem, że moje życie byłoby uboższe bez tego reportażu, to jest to po prostu rewelacja. Z "Ulicą Wiecznej Szczęśliwości" nie do końca tak było, bo Szanghaj jest mi jednak trochę znany, kilka razy tam byłam, sporo o Chinach w ogóle czytałam, więc gdzieś tam książka Roba Schmitza tematem była w kręgu moich zainteresowań. A zwątpienie, bo reportaż reklamuje się hasłem: "historie zwykłych ludzi". Ja zawsze wtedy chcę uciec. No ale tym razem na swoje szczęście nie zwiałam. "Ulica Wiecznej Szczęśliwości" to opowieści o mieszkańcach jednej malutkiej ulicy w centrum Szanghaju. Kiedyś po prostu typowo chińskiej plątaniny nieskończonej ilości zaułków i zakrętów, miejsca życia setek prostych Chińczyków, z których każdy na minimalnej powierzchni prowadził swój biznes, teraz ulicy w centrum gigantycznej metropolii, gdzie grunt jest na wagę złota i każdy jego skrawek wykorzystuje się pod budowę nowoczesnych biurowców i apartamentów. W jednym z nowych budynków mieszka Autor reportażu Rob Schmitz - amerykański dziennikarz, biegle mówiący po chińsku, który w Chinach spędził wiele lat min. jako korespondent NPR (National Public Radio). Zastanawiałam się, co decyduje o sukcesie tej książki i dochodzę do wniosku, że oprócz rozległej wiedzy Autora o Chinach, umiejętności opowiadania, to przede wszystkich szczerość i głębia relacji ze swoimi bohaterami, ogromny do nich szacunek i czas im poświęcony. Czas na autentyczne poznanie ich życia, rodzin, znajomych, kościołów, przekonań, czas, w którym nie ma kalkulacji i wyrachowania: "teraz zbieram materiał do książki", czas, gdzie jest tylko zainteresowanie drugim człowiekiem, albo po prostu zwyczajne spędzenie kilku chwil razem, w drodze do pracy, na wieczornym spacerze czy w leniwe niedzielne popołudnie. Historiom pojedynczych bohaterów Ulicy Wiecznej Szczęśliwości, Autor dodał tło historyczne. Poznajemy ludzkie smutki i porażki, radości i nadzieje wplecione w szerszą społeczną perspektywę. Reportaż opowiada o najważniejszych aspektach chińskiej rzeczywistości: wielkim głodzie, rewolucji kulturalnej, prawie do zameldowania tylko w miejscu urodzenia, sięgającym kilku generacji wstecz, modernizacji wielkich metropolii i wysiedleniu (często bezprawnym) milionów ludzi, polityce jednego dziecka, walce z systemem. I o zamazywaniu historii. Większość bohaterów uważa, że jest jak jest i nie ma co drążyć. Nie chcą pamiętać. Rob Schmitz odwiedza min. kwiaciarkę, sprzedawcę akordeonów i właściciela punktu gastronomicznego, kucharza sprzedającego gorące cebulowe placki, ostatnich mieszkańców parceli, przeznaczonej pod rozbiórkę, którzy nie chcą się z niej wynieść, przysiada się do bezdomnego, który w sezonie przyjeżdża do Szanghaju zarobić. Zaprzyjaźnia się nimi wszystkimi: odwiedza ich rodziny, uczestniczy w ślubach, chodzi na zebrania szemranych kościołów, a potem fantastycznie o tym pisze i opowiada. Zanim powstała książka Rob Schmitz prowadził audycje radiowe o życiu jej mieszkańców. 
Polecam i słuchanie audycji, i czytanie reportażu. Sama przyjemność! 


Moja ocena: 6/6





piątek, 10 sierpnia 2018

Paul Beatty "Sprzedawczyk"


Autor: Paul Beatty
Tytuł: "Sprzedawczyk" 
Wydawnictwo Sonia Draga, styczeń 2018 

Piekielnie inteligentna i złośliwa satyra na podziały rasowe w Stanach Zjednoczonych. Świetna lektura, ale czyta się bardzo ciężko. Książka nafaszerowana odniesieniami do historii i kultury amerykańskiej. Czytelnikowi niebiegłemu w temacie (np. mnie) dosyć trudno się czyta, przypisy są obowiązkowe, bo bez nich zrozumienie treści staje się praktycznie niemożliwe. 
Genialna praca tłumacza!!!

Gorąco polecam i odsyłam do obszernego omówienia książki przez Macieja Libicha w kwartalniku internetowym "Inter".


Maryla Szymiczkowa (Jacek Dehnel, Piotr Tarczyński) "Seans w Domu Egipskim"

Autor: Maryla Szymiczkowa (Jacek Dehnel, Piotr Tarczyński)
Tytuł: "Seans w Domu Egipskim"
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, lipiec 2018

Profesorowa Zofia Szczupaczyńska pozostaje czujna, więc miejcie się na baczności przestępcy! Po rozwikłaniu skomplikowanych morderstw w "Tajemnicy Domu Helclów" i "Rozdartej zasłonie" bohaterka zdecydowanie nudzi się życiem krakowskiej mieszczki i pani domu, i tęskni za wyzwaniami, jakich dostarcza śledzenie złoczyńców. Na szczęście dla profesorowej po czterech latach przerwy, znowu może (już teraz ramię w ramię z sędzią Klossowitzem) stanąć na czele śledztwa. Przełom 1898 i 1899 roku w Krakowie, do miasta przybył skandalista Stanisław Przybyszewski, "Szatan", wzbudzając ogromne emocje wśród krakowskiego społeczeństwa. Razem z nim i dziesięcioma innymi osobami profesorowa Szczupaczyńska spotkała się w Domu Egipskim u państwa Beringerów, aby obejrzeć zaćmienie księżyca, a potem wziąć udział w seansie spirytystycznym z "prawdziwym" medium. Jedna osoba od tego stołu nie wstała. Aby uniknąć skandalu i rozgłosu oraz wykorzystać świąteczny marazm państwowych służb, profesorowa kontaktuje się z sędzią Klossowitzem i razem podejmują się wykrycia sprawcy. Czasu nie mają zbyt wiele. Jeżeli nie uda im się szybko rozwiązać zagadki, trzeba będzie sprawę przekazać policji i skandal gotowy. Okazuje się, że wszyscy uczestnicy seansu mieli dobre motywy, aby pozbyć się ofiary, ale Zofii oczywiście nie zmylą fałszywe tropy. Czytelnik rusza razem z profesorową ulicami XIX-wiecznego Krakowa, aby wytropić mordercę. Zabawny, inteligentny kryminał retro, który gwarantuje świetnie spędzony czas. Bogate tło historyczne, mieszczanie dokładający dekadentom i odwrotnie, wszystko to warte jest każdej chwili poświęconej na lekturę. A profesorowa Szczupaczyńska z tomu na tom, coraz sympatyczniejsza i bardziej zaskakująca. Niestraszne jej konwenanse - gotowa się udać nawet do mieszkania samego "Szatana" byle tylko dociec prawdy. Zjadliwie podsumowuje też dekadencję towarzystwa, wytykając im, że pełne miski i kieliszki to stare cechy mieszczaństwa, więc nie wie, co oni odkrywają. Do tego wszystkiego sprawnie zwodzi męża, który nie jest świadomy jej kariery detektywa. 

Polecam i czekam na kolejne części!

Moja ocena: 5.5/6





czwartek, 2 sierpnia 2018

Elizabeth Strout "Amy i Isabelle"


Autorka: Elizabeth Strout
Tytuł: "Amy i Isabelle"
Wydawnictwo Wielka Litera, maj 2018

Elizabeth Strout, jedna z moich absolutnie ulubionych autorek. Właśnie została uhonorowana przez The New York Public Library wyróżnieniem Library Lion.
"Amy i Isabelle" to jej debiutancka powieść i jak dla mnie już arcydzieło. Najbardziej podziwiam u Autorki umiejętność wyłuskania z nudnej, prowincjonalnej, powolnej i tutaj upalnej oraz ospałej rzeczywistości, buzujących emocji, pokazania skomplikowanych relacji rodzinnych, dotarcia do wnętrz bohaterów i wyciągnięcia na światło dzienne ich "prawdziwego  ja", po prostu zobaczenia ich jako ludzi, z ich wadami, niedoskonałościami, ale także z ich tęsknotami, wielkimi sercami i uniwersalną dla wszystkich potrzebą bliskości. "Amy i Isabelle" to historia matki samotnie wychowującej nastoletnią córkę i łączących je trudnych relacji. Isabelle pracuje w fabryce jako sekretarka, stroni od ludzi, przez co bywa uważana za wyniosłą i niedostępną, podczas gdy jej wycofanie i dystans, to objawy niepewności i lęku przed wejściem w relacje. Amy tymczasem dorasta, piękna i jeszcze nieświadoma swojego uroku. To zacznie się zmieniać, gdy w szkole na zastępstwo pojawi się nowy nauczyciel matematyki. Wciągająca historia. Autorka mistrzowsko rozkręca akcję i emocje, ujawniając nieznane fakty z życia bohaterów, pokazując, że każdy chowa się za maską, którą przywdziewa dla Świata. Książka trochę smutna, bo pokazuje, że miłość i nienawiść często idą w parze, a jednocześnie napawająca optymizmem, bo okazuje się, że tylko "będąc sobą" można nawiązać prawdziwe relacje. 

Polecam!

Moja ocena: 5,5/6



piątek, 27 lipca 2018

Natalia Fiedorczuk "Ulga"

Autorka: Natalia Fiedorczuk 
Tytuł: "Ulga" 
Wydawnictwo Wielka Litera, maj 2018


Tytuł wyraża dokładnie to, co czułam, gdy skończyłam czytać... ulgę, że już koniec i że nie muszę się więcej męczyć. Czasami się zmagam z książkami, bo temat jest ciężki i trudno przebrnąć, ale za to opisany wybitnie, czuje się zmagania psychiczne bohaterów, ich walkę, coś się z lektury wynosi. Tutaj miałam wrażenie, ze Autorka coś próbuje zbudować, przypisać konsekwencje jakimś zdarzeniom, ale nie do końca jej to wychodzi. A po przeczytaniu kilku recenzji, mnie osobiście nasuwa się wniosek, że ktoś, kiedyś pierwszy opisał "co Pisarka miała na myśli", a potem większość poszła tym tropem. Ja też... chociażby dlatego, że na podstawie tych rekomendacji kupiłam "Ulgę". Nie ma co pisać, nie podobała mi się zupełnie... ehhhh. 
Poniżej jednak recenzje przychylne, skoro już sama nic dobrego napisać nie mogę: 


Moja ocena: 3/6




czwartek, 19 lipca 2018

Reni Eddo-Lodge "Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry"

Autorka: Reni Eddo-Lodge
Tytuł: "Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry"  
Wydawnictwo Karakter, maj 2018

Nie byłoby tej książki, gdyby nie wpis Autorki na blogu o tym, że nie będzie więcej rozmawiać z białymi o kolorze skóry. Wpis uzyskał nieprawdopodobną ilość reakcji, był udostępniany i szeroko komentowany. Autorka, paradoksalnie, zaczęła o kolorze skóry mówić więcej, a w końcu napisała książkę "podsumowującą" temat.
Bardzo ciekawa i uświadamiająca lektura.

"Biały przywilej to fakt, że jeśli jesteś biały, twoja rasa niemal na pewno wpłynie pozytywnie na bieg twojego życia w taki czy inny sposób. A ty przypuszczalnie nawet tego nie zauważysz.
Biały przywilej to jeden z powodów, dla których przestałam rozmawiać z białymi na temat rasy. Przekonywanie sceptyków o kamiennych obliczach nigdy nie było moją pasją. Koncepcja białego przywileju każe białym, którzy nie zachowują się jak rasiści, zmierzyć się  z własnym współudziałem w jego podtrzymywaniu. Biały przywilej to monotonne, uporczywe samozadowolenie. Oczywista rzecz na świecie, w którym drastyczną nierówność rasową uważa się za normę i zbywa wzruszeniem ramion."

Autorka wprowadzając czytelnika w temat "białego przywileju", pisze o uniwerslaności beli. Biały człowiek włączając telewizję, czytając kolorowe magazyny, przeglądając internet, widzi podobnych sobie ludzi. Pisarka wspomina, że kiedy miała 5 lub 6 lat zapytała się swojej mamy, kiedy w końcu przestanie być czarna i będzie biała. Jej skojarzenie było bardzo proste: w filmach wszystkie dobre osoby są białe, a podłe charaktery z reguły grane są przez czarnoskórych aktorów, więc skora Autorka uważała siebie za dobrą, liczyła na to, że pewnego dnia "zbieleje". 

"Zwłaszcza w kulturze afirmacja białości jako cechy pozytywnej jest tak rozpowszechniona, że przeciętny biały nawet jej nie zauważa i konsumuje ją bez sprzeciwu. Być białym znaczy być człowiekiem; biel jest uniwersalna. Wiem to tylko dlatego, że nie jestem biała". 

Bardzo ważnym pojęciem dla tej publikacji jest "rasizm strukturalny". Zdaniem Autorki znacznie groźniejszy od otwartego, jawnie wrogiego rasizmu różnych skrajnych organizacji nacjonalistycznych. Po nich przynajmniej wiadomo, czego się spodziewać. W książce przytoczone są dane z sondażu w ramach dorocznego przeglądu postaw, który pokazał wzrost odsetka osób, jawnie przyznających się do swoich rasistowskich postaw.

"Największy wzrost w tej grupie odnotowano wśród białych mężczyzn, specjalistów w swoich dziedzinach, w weku 35-64 lat, wysoko wykształconych  i dużo zarabiających. Tak właśnie wygląda rasizm strukturalny. Chodzi w nim nie tylko o osobiste uprzedzenia, ale także o zbiorowe rezultaty takiego, a nie innego nastawienia. Tego rodzaju rasizm ma moc drastycznego obniżania szans życiowych innych ludzi. Świetnie wykształceni, dobrze zarabiający mężczyźni to często właściciele nieruchomości, szefowie, prezesi, dyrektorzy czy rektorzy uczelni. Są to niemal na sto procent osoby na stanowiskach, które mają wpływ na życie innych. Osoby, które kreują kulturę organizacji. Na ogół nie chwalą się swoimi poglądami przed kolegami z pracy czy znajomymi, bo jawne rasistowskie zapatrywania są piętnowane społecznie. Ich rasizm jest skryty. Nie polega na pluciu na nieznajomych na ulicy. Kryje się w przepraszającym uśmiechu, z jakim tłumaczy się nieszczęśnikowi, że nie dostał pracy. Kryje się w tym szybkim ruchu nadgarstka, którym ciska się CV do kosza, ponieważ kandydat ma obco brzmiące nazwisko."

Natomiast próby zmniejszenia nadreprezentacyjności białych w instytucjach, korporacjach czy na uczelniach, tak by kierownictwo odwzorowywało rzeczywisty stan społeczeństwa spotykają się bardzo często z krytyką. Autorka pisze, że zawsze jak bierze udział w panelach dyskusyjnych, dotyczących kwot, pada sakramentalne pytanie czy to jest sprawiedliwe. "Czy kwoty nie oznaczają, że kobiety i ludzie o innym kolorze skóry niż biały cieszą się specjalnym traktowaniem, dostają fory niedostępne dla innych. [...]
Z uporem podkreśla się osobiste zasługi, dając do zrozumienia, że każde przeważająco białe kierownictwo w dowolnej branży znalazło się na szczycie dzięki wytężonej pracy i bez jakiejkolwiek pomocy z zewnątrz, jak gdyby sama białość nie dawała forów, jakby nie pociągała za sobą tej swojskości, która sprawia, że prowadzący rozmowę kwalifikacyjną spogląda na kandydata przychylniejszym okiem. [...]
Sprzeciwianie się dyskryminacji pozytywnej, powodowane obawą, czy tę pracę dostanie najlepszy, zdradza jak w mniemaniu danej osoby wygląda talent i u kogo się przejawia. Gdyby obecny system działał prawidłowo, a praktyki rekrutacyjne umożliwiały wybór odpowiednich osób na każde stanowisko w dowolnych okolicznościach, wątpię czy aż tyle stanowisk przywódczych zajmowaliby biali mężczyźni  w średnim wieku."

Dla mnie kolejnym ważnym aspektem tej książki była kwestia feminizmu. Naiwnością jest sądzić, że feminizm zawsze reprezentuje wszystkie interesy wszystkich kobiet, bo jest to po prostu niemożliwe. Inne problemy i postulaty ma wykształcona, nowoczesna Dunka z Kopenhagi, inne mieszkanka Sudanu Południowego. Stąd będą i "różne feminizmy". Ale z założenia jest to ruch walczący o równouprawnienie i przeciwko wykluczeniom. Jeżeli ktoś jest czarną, homoseksualną kobietą, to w większości społeczeństw dotyka ją tak naprawdę potrójna dyskryminacja: ze względu na płeć, kolor skóry i orientację seksualną. Autorka pisze o "białym feminizmie":

"Kiedy feministki widzą problem w panelach dyskusyjnych z udziałem samych mężczyzn, ale nie dostrzegają go w programach telewizyjnych z udziałem samych białych, warto zastanowić się nad tym, w czyim imieniu tak naprawdę walczą." Dalej pisze o tym, że to nie brak odwzorowania społeczeństwa w wiadomościach, programach telewizyjnych itp. ją porusza, tylko "łatwość z jaką biali bronili swoich arcybiałych przestrzeni i stref. Siedzieli w nieprzeniknionej bańce, razem ze swoim feminizmem. Więcej: feministki, które rzekomo agitowały za lepszym światem dla wszystkich kobiet, miały w nosie czarnych, a co za tym idzie - kobiety o innym kolorze skóry niż biały. Równość płci domaga się interwencji, a rasa może siedzieć w kącie, zapomniana."

Prawie same cytaty, ale lepiej niż Autorka nie potrafię tego ująć po prostu. 

Bardzo ważna lektura!

Polecam!
Moja ocena: 6/6

środa, 18 lipca 2018

Katarzyna T. Nowak "Rok na odwyku"




Autorka: Katarzyna T. Nowak
Tytuł: "Rok na odwyku"
Wydawnictwo Literackie, kwiecień 2018

Córka znanej pisarki Doroty Terakowskiej opowiada o swoim czasie na odwyku, kiedy to w końcu po kilkunastu latach picia i brania tabletek, zdecydowała się wytrzeźwieć, czyli nie tylko żyć w abstynencji, ale też odbyć pełną terapię, nauczyć się radzić sobie z wyzwalaczami nałogu i normalnie funkcjonować w społeczeństwie. Jaka trudna to walka, pokazuje fakt, że tylko cztery osoby w ciągu roku, kiedy Autorka była w ośrodku, zdołały ten odwyk ukończyć. 

Moja ocena: 4/6



piątek, 13 lipca 2018

Katarzyna Nosowska "A ja żem jej powiedziała..."

Autorka: Katarzyna Nosowska
Tytuł: "A ja żem jej powiedziała..."
Wydawnictwo Wielka Litera, maj 2018


Rozterki, rozterki, rozterki... 
Gdy dotarły do mnie, źródłami różnymi, pogłoski o internetowej twórczości absolutnie przeze mnie uwielbianej piosenkarki, byłam sceptyczna. A nawet więcej - bałam się obejrzeć te filmiki - do tej pory nie widziałam. Lękam się rozczarowań i zawodów pt.: po co uznana Gwiazda to robi. Podobnie było z książką. Powiedziałam sobie nie i już. Literatury jest dosyć na świecie. Niech Kaśka pisze piosenki i śpiewa.  
Ale potem przeczytałam wywiad z Katarzyną Nosowską w Tygodniku Powszechnym i powiem jedno: MEGA. Piosenkarka dużo opowiada o chęci pisania, o zbyt ograniczającej formie tekstów piosenek, o tym, że nie da się tam wyrazić wszystkiego  - chociaż ja i tak podziwiam co i jak udaje się wyrazić. Ale przede wszystkim we wspomnianym wywiadzie otwiera się mocno ze swoim życiem, lękami, zmaganiami. I szokuje! Ale jak to? To Katarzyna Nosowska też ma takie problemy? No okazuje się, że ma. Że sława, uznanie, osiągnięcia nie chronią przed najbardziej okrutną prozą życia. Wsparcie dla tych, którzy myślą, że sławni i bogaci wiodą bajkowy żywot.


Po tym wywiadzie stwierdziłam, że książkę kupię, chociażby po to, żeby wyłożyć złotówki i nabić sprzedaż. Ostatecznie nie ja to zrobiłam, bo dostałam w prezencie, ale... liczy się. 
Książka jest produktem marketingowym - to trzeba przyznać uczciwie - efekt poszukiwań wydawcy, co by tu nadrukować na papierze, żeby się dobrze sprzedawało - ewentualnie dodać trochę grafiki i lecimy... Tak jest, ale nie szkodzi. Felietony Kasi Nosowskiej czyta się bardzo dobrze. Mają różny ciężar gatunkowy: od zupełnie błahych do naprawdę poważnych. Pozwalają się pośmiać i zastanowić nad tym, w co wtłacza nas kultura i "normy" społeczne. Są napisane bardzo ładnym językiem. Chłonie się w 1,5 godziny.
Ale jest także totalny zgrzyt, który mi buczy w głowie, i buczy. W którymś z tekstów Autorka pisząc o "przyjaciółce" i swoim partnerze, podsumowuje temat jednym z najbardziej wyświechtanych, chamskich i seksistowskich tekstów świata: "jak suka nie da, to pies nie weźmie". Nie będę tego zdania odwracać i przeinaczać, bo nie o to chodzi, żeby chamstwo wobec jednej płci, odpłacać chamstwem wobec drugiej. I gdybym  Kaśce cos w tym temacie powiedziała, a ona by chciała słuchać, to by było mniej więcej coś takiego: a ja żem jej powiedziała: Kaśka zmień partnera i uwierz mi, to nie była przyjaciółka. I tyle.
 
A poza tym polecam. Czekam na powieść (podobno ma powstać), a wcześniej na płytę (podobno tuż tuż). 

Moja ocena: 4/6



czwartek, 5 lipca 2018

Arlie Russell Hochschild "Obcy we własnym kraju. Gniew i żal amerykańskiej prawicy"

Autor: Arlie Russell Hochschild
Tytuł: "Obcy we własnym kraju. Gniew i żal amerykańskiej prawicy"
Wydawnictwo Krytyka Polityczna, październik 2017 

N I E W I A R Y G O D N E!!!

Niewiarygodne, że ludzie mogą tak myśleć. To po prostu momentami obraza elementarnej logiki. A jednak... Autorka poświęciła 5 lat na bardzo dokładne poznanie najbardziej radykalnych prawicowych wyborców w Stanach Zjednoczonych. Chciała dogłębnie zrozumieć dlaczego głosują na republikanów, chociaż ci w dużej części w żaden sposób nie reprezentują ich interesów ekonomicznych i nie popierają korzystnych dla nich decyzji, chciała poznać ich najbardziej osobiste motywacje. Uzbroiła się w cierpliwość, uruchomiła całe swoje pokłady empatii, schowała uprzedzenia i wyruszyła do Luizjany spotkać się z ludźmi i poznać ich najbardziej osobiste historie i najważniejsze dla nich wartości. 

"Po obu stronach podziału błędnie sądzimy, że empatia dla strony przeciwnej oznacza koniec trzeźwego rozumowania. W rzeczywistości dopiero po drugiej stronie mostu empatii możemy rozpocząć prawdziwie wartościową analizę."

"W okresach politycznych niepokojów chwytamy się łatwych pewników. Nowe informacje wpychamy w utarte koleiny myślenia. Wystarczy nam, że znamy naszych przeciwników z zewnątrz. Czy bez zmiany własnych przekonań można poznać ich od wewnątrz, spojrzeć na rzeczywistość ich oczyma, zrozumieć związki pomiędzy życiem, emocjami i polityką? Inaczej mówiąc, przeskoczyć mur empatii? Sądziłam, że tak."

Autorka skupiła się na jednym, ważnym problemie - w Luizjanie była to ochrona środowiska. Wydawać by się mogło, że jeżeli ktoś mieszka w stanie, w którym publiczne pieniądze wydawane są na ściąganie do niego koncernów, które trują wodę, glebę i powietrze na potęgę, działają niemalże bez żadnych regulacji, niewiele tak naprawdę dając w zamian, a znaczna część mieszkańców straciła kilkoro członków rodziny bezpośrednio na skutek niekontrolowanej działalności tych firm, to powinni oni głosować na ludzi, którzy w swoich hasłach wyborczych będą deklarować zajęcie się tym tematem. Tu jednak trafiamy na zjawisko określane w książce jako Wielki Paradoks. Bo okazuje się, że właśnie ci wyborcy często popierają osoby, uważające że ocieplenie klimatu to lewicowa ściema. 

"W Luizjanie Wielki Paradoks widoczny był jednak gołym okiem - ogromne zanieczyszczenie środowiska i równie duży opór przeciwko wprowadzeniu przepisów ograniczających działalność trucicieli. Gdyby w tej jednej sprawie udało mi się wejrzeć w głąb umysłów i serc zwolenników skrajnej prawicy, zrozumieć jakie mają przemyślenia na temat wody, którą piją, zwierząt, na które polują, jezior, w których pływają, strumieni, w których łowią ryby, i powietrza, którym oddychają, poznałabym ich naprawdę blisko. Miałam nadzieję, że ich spojrzenie na tę jedną, konkretną sprawę - w jakim stopni, jeśli w ogóle, rząd powinien kontrolować zanieczyszczający środowisko przemysł - pozwoli mi zrozumieć ich punkt widzenia na szereg innych kwestii."

Pytani przez Autorkę czy środowisko jest dla nich ważne, odpowiadali, że tak, owszem, ale ważniejsze było to, żeby rząd federalny nie mieszał się w ich sprawy, czyli nie ustanawiał np. zbyt rygorystycznych przepisów ochrony środowiska. Pytani dlaczego głosują na republikanów, skoro ci nawet w swoich hasłach wyborczych nie mają tematu zalanych ropą terenów i niszczącej działalności koncernów petrochemicznych, odpowiadali, że to nie jest ważne. Że ważniejsze jest dla nich to, że republikanie są za zakazem aborcji, przeciwko małżeństwom jednopłciowym i przeciwko zbyt dużej ingerencji Waszyngtonu w sprawy lokalne. (Fakt, że z rządu federalnego pochodzi ponad 40% budżetu Luizjany, zbywali milczeniem). Dla prawicowych mieszkańców Południa wiara jest sprawą najważniejszą. Jeden z rozmówców mówi, że oni jako wierzący czekają na przyjście Boga, który zabierze ich z Ziemi tak, stoją. I wtedy środowisko nie będzie ważne, będą się liczyć wyznawane wartości. Takie społeczności są poszukiwane przez firmy, które np. w rozwiniętych stanach wschodniego wybrzeża witane byłyby niechętnie. Powstał nawet raport, opisujący najbardziej pożądane miejsca lokalizacji "brudnych" przemysłów. 

"Jak tego rodzaju przedsiębiorstwo może przekonać lokalną społeczność do zaakceptowania jego obecności? Powell kończy raport konkluzją, że próba nakłonienia niechętnych mieszkańców do zmiany zdania nie jest najbardziej efektywną metodą. Lepiej znaleźć społeczność, która najprawdopodobniej nie będzie protestować. Na podstawie przeprowadzonych wywiadów i ankiet Powell stworzył profil "najmniej skłonnego do protestowania typu osobowości":
wieloletni mieszkańcy małych miast na Południu i w Midweście 
  • wykształcenie najwyżej średnie
  • katolicy 
  • niezaangażowani społecznie, nieuczestniczący w życiu kulturalnym 
  • pracujący w górnictwie, rolnictwie, hodowli zwierząt 
  • konserwatyści 
  • głosujący na republikanów
  • zwolennicy wolnego rynku

Kiedy w latach 40. do Luizjany zaczęły ściągać wielkie koncerny naftowe, większość dorosłych mieszkańców miała ukończonych zaledwie pięć klas. Luizjańczycy najrzadziej w kraju przeprowadzali się poza granice własnego stanu. Począwszy od lat 70., przeciętny mieszkaniec stanu głosuje na Partię Republikańską i popiera wolny rynek oraz ograniczenie prerogatyw władzy. [...] Przeciwnicy przemysłu naftowego byli zupełnie innymi ludźmi - młodymi, z wykształceniem wyższym, mieszkańcami dużych miast, liberałami, zaangażowanymi w sprawy społeczne i zwolennikami kompetentnej administracji."

Autorka używa w książce pojęcia "głębokiej historii" czyli najbardziej osobistych, najbardziej kształtujących wybory przeżyć i doświadczeń swoich bohaterów. 
Aby opisać odczucia rozmówców posługuje się metaforą amerykańskiego snu.  Każe nam wyobrazić sobie górę, na której szczycie czeka spełniony amerykański sen. Mieszkańcy Luizjany stoją po niego w kolejce. Kolejka się przesuwa, bardzo wolno, ale ciągle jednak do przodu. Ludzie wierzą, że uczciwą, ciężką pracą w końcu wejdą na szczyt. Tymczasem coś w tym systemie przestaje działać. Przenoszenie fabryk i produkcji do Chin, sprawia, że kolejka przesuwa się coraz wolniej (obecne pokolenie białych 60-letnich robotników, to pierwsze od dawna pokolenie, które zarabia relatywnie mniej od rodziców). W dodatku ludzie czują, że ktoś się przed nich ciągle wpycha: kobiety, które wystąpiły po swoje prawa, imigranci, którym trzeba pomóc, czarni, biorący zasiłki z pomocy społecznej itd. Mieszkańcy Luizjany nie patrzą na nich, jak na tych, którzy do tej pory byli dyskryminowani i teraz sięgają po swoją część. Widzą w nich tylko wpychających się do kolejki. Do tego ich konserwatywne poglądy są wyśmiewane przez wielkomiejską elitę, uważani się za wieśniaków i tępaków. No i przepis na sukces Trumpa gotowy: wystarczy, że wejdzie na scenę i zwolni ich z poprawności politycznej, pozwoli poczuć się dobrze ze swoimi przekonaniami, dopieści ich urażony honor. 

"Także pod względem kulturowym czuli się spychani na margines: media głównego nurtu otwarcie wyśmiewały ich poglądy na temat aborcji, małżeństw jednopłciowych, ról genderowych, rasy, broni i flagi Konfederacji, przedstawiając je jako ciemnogród. Zdawali sobie sprawę, że słabną również w sensie demograficznym; "coraz mniej jest białych chrześcijan, takich jak my"".

"Głęboka historia, opowieść "czuję się jakby", to historia opowiadana przez uczucia językiem symboli. Nie skupia się na faktach. Mówi nam, jak rzeczywistość jest odczuwana. Obu stronom politycznego podziału umożliwia zrobienie kroku do tyłu i poznanie subiektywnego pryzmatu, przez który druga strona patrzy na świat. Myślę, że bez tego nie zrozumiemy nawzajem swoich poglądów, prawicowych czy lewicowych. Ponieważ każdy z nas ma swoją głęboką historię." 


Autorka naprawdę wykonała ogromną pracę. W reportażu przytoczonych jest wiele wyników badań socjologicznych, danych statystycznych a wszystko opisane i przedstawione tak, że trudno się oderwać. 
Myślę, że "Obcy we własnym kraju" może także bardzo pomóc zrozumieć prawicę w Polsce. 
Gorąco polecam!

Moja ocena: 6/6

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Karolina Bednarz "Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet"

Autorka: Karolina Bednarz
Tytuł: "Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet"
Wydawnictwo Czarne, kwiecień 2018

Zbieram się do napisania czegoś i zbieram, ale już nic z tego chyba nie wyjdzie. Więc krótko: reportaże Karoliny Bednarz są po prostu świetne i konieczne do przeczytania, dla każdego kto interesuje się Japonią.  Jeżeli miarą nowoczesnego społeczeństwa jest min. sytuacja kobiet, to Japonia wciąż jest na "szarym końcu nowoczesności". Zaskakujące, momentami nawet wstrząsające i bardzo osobiste historie Japonek, uzupełnione przez Autorkę o zarys historyczny i kulturowy.
Gorąco polecam! A więcej o książce TUTAJ.
Moja ocena: 6/6




czwartek, 14 czerwca 2018

Elisabeth Åsbrink "Świat zaczyna się teraz"

Autorka: Elisabeth Åsbrink
Tytuł: "Świat zaczyna się teraz"
Wydawnictwo Poznańskie, październik 2011 


Bez recenzji- tylko kilka słów:

W roku 1947 jeszcze wszyscy bardzo dobrze pamiętają wojnę, więc hasło - "nigdy więcej" jest na ustach większości ludzi. Rodzi się nowy, powojenny porządek Świata. Pierwszy raz słowo "ludobójstwo" zostaje wprowadzone do debaty publicznej, powstaje Powszechna Deklaracja Praw Człowieka, a jednocześnie pojawiają się nowe problemy np. kwestia Palestyny, zaczynają działać "wizjonerzy czasu islamu na Świecie". Byli faszyści bardzo sprawnie organizują się w międzynarodowe siatki, zajmujące się udzielaniem wzajemnej pomocy i unikaniem odpowiedzialności za zbrodnie wojenne. Autorka próbuje przybliżyć nam ten rok, składając go z różnych gatunkowo wydarzeń, mających wtedy miejsce. Jest więc też nowa kolekcja Diora, romans i gorące listy Simone de Beauvoir i historia prywatna Elisabeth Åsbrink. 

Moja ocena: 4/6